Kiedy myślę o składanych smartfonach, te wciąż jawią mi się jako pewnego rodzaju „nowinka technologiczna”. Wydawać by się mogło, że pierwszy komercyjny „składak” trafił na rynek stosunkowo niedawno. No bo kiedy to właściwie było? Trzy? Cztery? Może maksymalnie pięć lat temu? Jednak cyfra w nazwie bohatera tej recenzji nie pozostawia złudzeń i brutalnie weryfikuje rzeczywistość. Tak, to już prawie siedem lat ze składanymi ekranami w smartfonach. Czy Samsung Galaxy Z Fold 7 jest godnym ukoronowaniem lat burzliwego rozwoju tej gałęzi mobilnego rynku?
Gdy spojrzymy na smartfony w dłoniach ludzi wokół nas – w autobusie, biurze czy na ulicy – to raczej wciąż przeważają klasyczne konstrukcje. Z rzadka widuje się gdzieś składane urządzenia. Nie twierdzę oczywiście, że nie ma ich w ogóle, bo widać je coraz częściej, ale z pewnością nie stanowią jeszcze realnego zagrożenia dla hegemonii tradycyjnych, nieskładanych smartfonów. Nie będę się tu już we wstępie siłować na głęboką analizę rynkową, dlaczego tak jest – choć pewnie większości z Was już na start ciśnie się na usta ta najbardziej oczywista, i pewnie słuszna, odpowiedź: „cena”.
Ja sam składanego smartfona prywatnie nie posiadam i – póki co – posiadać nie zamierzam… choć nie będę ukrywał, że recenzowana tu „siódemka” zmieniła nieco moje nastawienie do tej kategorii sprzętów. Już testowany przeze mnie wcześniej – mocno nieidealny i moim zdaniem skrajnie nieopłacalny – Samsung Galaxy Z Flip 7 FE rozkochał mnie w tej wizji, ale to dopiero bohater tej recenzji, Galaxy Z Fold 7, udowodnił mi, że ta technologiczna miłość wcale nie musi być ślepa.

Specyfikacja Samsunga Galaxy Z Fold 7 i pudełko
Można by rzecz, że pudełko od razu zdradza zawartość. Opakowanie sprzedażowe Samsunga Galaxy Z Fold 7 jest dość nietypowe jak na dzisiejsze standardy mobilne – mamy do czynienia z płaskim kwadratem, a nie klasycznym, podłużnym prostokątem, do jakiego przyzwyczaiła nas klasyczna konkurencja. Wynika to z faktu, że urządzenie spoczywa wewnątrz fabrycznie w pozycji otwartej – ma to na celu zminimalizowanie naprężeń i ryzyka uszkodzenia delikatnej konstrukcji ekranu podczas transportu i magazynowania.
Na tym jednak koniec zaskoczeń, bo samo pudełko jest niezwykle smukłe, co zwiastuje ubogą, standardową zawartość. W środku znajdziemy absolutne minimum: sam smartfon, igłę do wysuwania tacki SIM, kabel USB-C (z obu stron) oraz skromną broszurkę z podstawowymi informacjami. Z tej ostatniej warto przede wszystkim zapamiętać: na wewnętrznym ekranie znajduje się fabryczna folia ochronna, której pod żadnym pozorem nie powinniśmy zrywać na własną rękę, by nie uszkodzić panelu.
Specyfikacja:
- wyświetlacz:
- zewnętrzny: Dynamic AMOLED 2X o przekątnej 6,5 cala, rozdzielczość 2520 x 1080 pikseli, adaptacyjne odświeżanie 1 – 120 Hz,
- wewnętrzny: Dynamic AMOLED 2X o przekątnej 8 cali, rozdzielczość 2184 x 1968 pikseli, adaptacyjne odświeżanie 1 – 120 Hz,
- ośmiordzeniowy procesor Snapdragon 8 Elite dla Galaxy z Adreno 830,
- 12 GB RAM LPDDR5,
- 256 GB pamięci wewnętrznej UFS 4.0,
- Android 16 z nakładką OneUI 8,
- WiFi 7,
- 5G,
- eSIM,
- dualSIM (2x nanoSIM + eSIM),
- Bluetooth 5.4,
- NFC,
- UWB,
- GPS, Galileo, Glonass, BeiDou,
- czytnik linii papilarnych w przycisku zasilania,
- głośniki stereo z Dolby Atmos,
- aparat główny 200 Mpix (f/1.7, Quad Pixel AF, OIS) + ultraszerokokątny 12 Mpix (f/2.2, 120°) + teleobiektyw 10 Mpix (3x zoom optyczny, f/2.4, OIS),
- aparat do selfie 10 Mpix f/2.2 100˚ – zarówno po rozłożeniu, jak i złożeniu,
- akumulator o pojemności 4400 mAh, ładowanie przewodowe 25 W + indukcyjne 15 W + zwrotne 4,5 W,
- USB typu C 3.2,
- wymiary:
- złożony: 158,4 x 72,8 x 8,9 mm mm,
- rozłożony: 158,4 x 143,2 x 4,2 mm,
- waga: 215 g,
- wodoodporność IP48.

Jeśli chodzi o pamięć, Samsunga Galaxy Z Fold 7 możemy nabyć w trzech konfiguracjach:
- 256 GB pamięci na dane i 12 GB pamięci RAM,
- 512 GB pamięci na dane i 12 GB pamięci RAM,
- 1 TB pamięci na dane i aż 16 GB pamięci RAM.
Wybierać możemy spośród czterech wersji kolorystycznych: klasycznej czerni, srebra, granatu oraz mięty – przy czym ta ostatnia dostępna jest ekskluzywnie w oficjalnym sklepie producenta. Do mnie na testy trafił egzemplarz z najniższą pojemnością pamięciową, w przepięknym kolorze granatowym, który idealnie komponuje się z barwami naszego portalu.
Samsung Galaxy Z Fold 7
Cena tego konkretnego wariantu w oficjalnym sklepie internetowym Samsunga wynosi 7499 złotych. To z pewnością niemała kwota, choć zauważę, że w innych elektromarketach można ten model „upolować” o około 500 złotych taniej. Warto też pamiętać o często oferowanej przez producenta możliwości skorzystania z programu odkupu starego urządzenia, co pozwala nieco zbić tę cenę.
Jeśli jednak celujecie wyżej, portfel zapłacze jeszcze głośniej: wariant z 512 GB pamięci wbudowanej to wydatek rzędu 7999 złotych, a topowa konfiguracja ociera się o granicę 10000 złotych. Mówimy więc bez dwóch zdań o aktualnie jednym z najdroższych smartfonów dostępnych w szerokiej dystrybucji.
Wzornictwo i jakość wykonania
Kupując urządzenie za ponad 7000 złotych mamy pełne prawo – a wręcz obowiązek – oczekiwać doskonałego, niemal idealnego pierwszego wrażenia. I w przypadku Samsunga Galaxy Z Fold 7 nie ma mowy o rozczarowaniu. Od razu po wyjęciu z pudełka czuć, że obcujemy z jakością premium.
Recenzowany składak wykonany jest z materiałów najwyższej próby i prezentuje się wyśmienicie – zarówno wizualnie, jak i organoleptycznie, po wzięciu go do ręki. Mamy do czynienia z solidnym aluminium (ramka), a także z taflami szkła: Gorilla Glass Victus 2 na pleckach oraz Gorilla Glass Ceramic 2 na froncie.
Gdyby spojrzeć na Galaxy Z Fold 7 i jego poprzednika z większej odległości, można by zaryzykować stwierdzenie, że to bliźniaki. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Przyglądając się bliżej, łatwo zauważymy małe, aczkolwiek kluczowe zmiany. Bryła ciągle jest podobna – kanciasta, dość podłużna podstawa (gdy urządzenie jest oczywiście złożone) przypomina mi nieco smartfony z serii Sony Xperia 5. To dla mnie więcej niż miłe skojarzenie – swego czasu Xperia 5 V skradła moje serce między innymi właśnie tą poręcznością! Recenzowany smartfon przeszedł jednak drastyczną kurację odchudzającą względem swojego starszego brata, Galaxy Z Fold 6.





Liczby mówią same za siebie. Po złożeniu „szóstka” miała aż 12,1 mm grubości (i 5,6 mm po rozłożeniu). Samsung Galaxy Z Fold 7 może pochwalić się już wynikiem 8,9 mm (4,2 mm po rozłożeniu), co jest wartością w pełni akceptowalną, zbliżoną do standardowych, nieskładanych konstrukcji.
O ile więc Folda 6 nazwałbym jeszcze „składakiem z funkcją smartfona”, tak bohatera tej recenzji mogę już z czystym sumieniem określić mianem „smartfona z funkcją składania” – i to podejście pasuje mi zdecydowanie bardziej. Muszę jednak uczciwie odnotować, że Samsung nie jest tu liderem wyznaczającym nowe trendy w smukłości, a jedynie goni konkurencję – palmę pierwszeństwa dzierży wciąż Honor Magic V5, choć wygrywa on z Foldem Koreańczyków o zaledwie jeden milimetr.
Smartfon sporo stracił również na wadze, bo aż 10% – „siódemka” waży teraz 215 g, podczas gdy poprzednik ważył ich 239. To również wartość w pełni akceptowalna, bardzo zbliżona do klasycznych flagowców o podobnych gabarytach. Jeśli chodzi o zawias, to z nim przez cały okres testów nie miałem najmniejszych problemów. Mechanizm pracuje z satysfakcjonującym oporem, sprawia wrażenie „pewnego” i absolutnie nie ma tu mowy o odczuciu tandety czy luzach. To znany z poprzedników, ale przeprojektowany system Armor FlexHinge, który z racji znacznego odchudzenia całej bryły również musiał przejść delikatny lifting.
Subiektywnie, „Siódemka” bardzo podoba mi się wizualnie. Jest spójna w swoim stylu zarówno w formie złożonej, jak i rozłożonej. Całość stylistycznie wpisuje się również w język projektowy całej zeszłorocznej linii Galaxy S25 i Galaxy Z Flip 7, co dla fanów ekosystemu może być istotne. Wypożyczony mi do testów model, jak już wspominałem, przyjechał w kolorze granatowym i na żywo prezentuje się po prostu fenomenalnie.
Muszę jednak dodać małe „ale” – konstrukcja ta lubi zbierać ślady użytkowania. Nie jakoś przesadnie, ale raz na jakiś czas trzeba przetrzeć plecki, by pozbyć się widocznych smug. Całościowo to jednak niezwykle elegancki, minimalistyczny sprzęt, który nie krzyczy swoim designem, ale zyskuje przy bliższym poznaniu – lubię takie podejście.

Z wad wymieniłbym jeszcze to, że smartfon nie jest idealnie wyważony – w przeciwieństwie do chociażby niedawno recenzowanego przeze mnie Pixela 10 Pro. Mogę to jednak wybaczyć, mając na uwadze jego skomplikowaną, składaną naturę.
Wizualnie najbardziej przeszkadza mi w nim bardzo mocno wystająca wyspa aparatów – to zmora większości współczesnych flagowców. Wiem, że fizyki nie oszukamy i pozbycie się tego „garba” na obecnym etapie miniaturyzacji optyki jest niemożliwe, ale z racji bardzo smukłej obudowy smartfona, wyspa ta rzuca się w oczy jeszcze bardziej niż u konkurencji. Jest ona również głównym winowajcą wspomnianego, nieidealnego balansu urządzenia.
Jestem w pełni świadom, że składana konstrukcja Galaxy Z Fold 7 wymusza pewne kompromisy, które nie byłyby konieczne w przypadku klasycznej „bryły”. Finalnie uważam jednak, że całościowo ten „składak” prezentuje się niezwykle kompetentnie. To już z pewnością nie są te czasy sprzed kilku lat, gdy wybór składanego urządzenia wiązał się z byciem beta-testerem i godzeniem się na liczne problemy konstrukcyjne.
Biorąc testowaną tu „siódemkę” do ręki, każdy powinien od razu poczuć, z jaką klasą sprzętu ma do czynienia – to po prostu flagowiec pełną gębą, który na każdym polu jest co najmniej tak dobry jak tradycyjna konkurencja, a w bonusie daje nam magię rozkładanego ekranu.
Wyświetlacz(e)
Samsung Galaxy Z Fold 7 ma dwa ekrany w topowej technologii Dynamic AMOLED 2X. Oba panele można by opisać niemal tymi samymi superlatywami, jeśli chodzi o większość parametrów – oczywiście pomijając ich skrajnie różne rozmiary.
Zacząć wypada od tego mniejszego, zewnętrznego wyświetlacza o przekątnej 6,5 cala, rozdzielczości 1080 na 2520 pikseli (co daje solidne zagęszczenie na poziomie 422 ppi), z adaptacyjnym odświeżaniem od 1 do 120 Hz, a także jasnością maksymalną sięgającą 2600 nitów.
Panel ten jest więc o symboliczne 0,2 cala większy niż w przypadku poprzednika, co delikatnie poszerza ekran na jego krótszej krawędzi. Dzięki temu zabiegowi proporcje zbliżają się do tych bardziej standardowych – choć nadal mówimy o dość smukłym formacie 21:9.

I to dla wielu osób może być pierwszy, znaczący zgrzyt – proporcje 21:9 są dość rzadko spotykane w świecie współczesnych smartfonów, a co za tym idzie nie każdy musi je lubić. Ja akurat nie mam z tym najmniejszego problemu, ba, nawet polubiłem taką charakterystykę, co potwierdza moja nadzwyczaj pozytywna recenzja wielokrotnie przywoływanej w moich recenzjach Sony Xperii 5 V z 2023 roku (wciąż tęsknię! :D).
Proporcje te cenię głównie dlatego, że smartfony z nich korzystające często wybitnie dobrze leżą w mojej dłoni – oferując pewnego rodzaju kompaktowość w chwycie, pomimo zastosowania wciąż sporej powierzchni roboczej. Oczywiście do węższego ekranu trzeba się przyzwyczaić, a ja sam początkowo kląłem pod nosem, przestawiając się na znacznie węższą niż zwykle klawiaturę – proces ten nie trwa jednak dłużej niż dzień czy dwa.
Abstrahując jednak od kwestii formatu, zewnętrzny wyświetlacz jest fenomenalny – jak to u Samsunga – i trudno mu cokolwiek zarzucić. Mogę tu w zasadzie wymienić standardową „litanię” zalet. Fenomenalny, nieskończony kontrast? Tak. Nienaganne, soczyste odwzorowanie kolorów? Tak. Kąty widzenia na poziomie? Oczywiście. Cienkie, symetryczne ramki? Jak najbardziej!
Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić – ale to naprawdę gdybym już musiał szukać dziury w całym – to do maksymalnej jasności. Ta w smartfonach zawsze mogłaby być wyższa, bo mam wrażenie, że w walce ze słońcem nie ma górnego limitu ;)
Wszystko to, co napisałem powyżej, przekłada się praktycznie 1 do 1, gdy otworzymy urządzenie i spojrzymy na wewnętrzny ekran. Jedyne znaczące różnice to – co oczywiste – jego wymiary, proporcje, a co za tym idzie rozdzielczość i zagęszczenie pikseli.
Wewnętrzny wyświetlacz to aż 8 cali, rozdzielczość 2184 na 1968 pikseli (367 ppi) i mniej więcej „kwadratowe” proporcje – dokładnie 91 do 82. Cała reszta, jeśli chodzi o jakość tego panelu, to moim zdaniem ścisła rynkowa „topka” i trudno tu doszukiwać się jakichś wad – no, chyba że tych oczywistych, nierozerwalnie związanych ze składaną naturą tej konstrukcji.



Bowiem takie elementy, jak ta niesławna już fałda na środku ekranu, wciąż są z nami obecne. I choć inżynierowie Samsunga dwoją się i troją, spłycając ją z generacji na generację, to fizyki i specyfiki materiałów nie da się tak łatwo oszukać. W codziennym użytkowaniu, patrząc na wprost przy włączonym ekranie, jest ona niemal niewidoczna, ale wystarczy spojrzeć pod kątem lub przesunąć palcem po środku wyświetlacza, by momentalnie przypomnieć sobie, że nie dotykamy sztywnego szkła, a zaawansowanego polimeru.
Ja zdołałem się do tego przyzwyczaić i koniec końców mi to już nie przeszkadza, ale oczywiście trzymam kciuki, żeby jakoś w przyszłości jeszcze bardziej zminimalizować to uwypuklenie. To wciąż ta cecha charakterystyczna „składaków”, którą po siedmiu latach trzeba po prostu zaakceptować – albo znienawidzić.
Irytować może też sama faktura ekranu, która jest wyczuwalnie bardziej miękka, wręcz „plastikowa” w dotyku pod opuszkiem palca, co nie daje tego poczucia solidności, jakie znamy z klasycznych flagowców pokrytych twardym szkłem Gorilla Glass – nie mogę jej jednak zarzucić niskiej trwałości, przez cały okres testów (podczas których z telefonem nie obchodziłem się jak z jajkiem) zarówno większy, jak i mniejszy ekran nie złapał żadnej, nawet najdrobniejszej ryski.
Nie jestem jednak fanem tego, jak łatwo ten wewnętrzny, elastyczny ekran łapie brud, smugi i odciski palców. Niby łatwo go przetrzeć i pozbyć się tych niedogodności, ale jednak ta fabryczna folia to prawdziwy magnes na wszelkie drobne zabrudzenia i z pewnością jest tu jeszcze spore pole do poprawy w kolejnych modelach.
Jeśli zaś chodzi o przednie kamerki, to te mamy dwie – po jednej na każdy ekran. Są one umiejscowione klasycznie, jako pojedyncze otwory w matrycy. Samsung na szczęście zrezygnował tu już na dobre z eksperymentów w postaci zakamuflowanego, „rozpikselowanego” aparatu pod wyświetlaczem, który straszył chociażby w Galaxy Z Fold 5. Teraz jakość autoportretów jest po prostu lepsza – kosztem małej dziurki w ekranie.

Na koniec tego fragmentu recenzji chciałbym jeszcze podkreślić jedną rzecz: z testowanej tu „siódemki” korzystało mi się przez cały okres miesięcznych testów po prostu fenomenalnie – zarówno wtedy, gdy ekran był zamknięty, jak i otwarty. W tej pierwszej formie, dzięki swojej smukłości i wspomnianym proporcjom, Fold 7 leży w dłoni pewniej niż jakikolwiek szeroki flagowiec typu „Ultra”. To paradoks, ale ta złożona „cegła” jest dla mnie wybitnie ergonomiczna i obsługiwalna jedną ręką.
Z kolei po rozłożeniu, cieniutki profil urządzenia i świetne wyważenie sprawiają, że nawet dłuższe sesje z czytaniem czy oglądaniem wideo nie męczą aż tak bardzo nadgarstków. To po prostu kawał solidnego, przemyślanego sprzętu, który w końcu dojrzał do tego, by być wygodnym towarzyszem na co dzień, a nie tylko efektownym gadżetem na sklepowej wystawie.
Działanie i oprogramowanie
Specyfikacja Galaxy Z Fold 7 jest dokładnie taka, jakiej można oczekiwać od urządzenia tej klasy – nudna, ale w tym najlepszym, flagowym znaczeniu.
Jego sercem jest sprawdzony już wielokrotnie w zeszłym roku w boju, potężny Snapdragon 8 Elite, który – w duecie z 12 GB pamięci RAM (lub 16 GB w przypadku topowego wariantu 1 TB) – gwarantuje absolutnie bezproblemowe działanie. Nieważne, czy mowa o prostej nawigacji po systemie, czy o wyciskaniu ostatnich soków z wymagających gier 3D.
Na szczęście Samsung nie szukał oszczędności również w kwestii magazynu danych – mamy tu oczywiście do czynienia z najszybszą pamięcią UFS 4.0, co ma niebagatelny, pozytywny wpływ na ogólną responsywność i szybkość wczytywania aplikacji.
















Testowany Samsung podczas całego miesiąca intensywnego użytkowania ani razu nie dał mi powodów do narzekań na płynność działania. Interfejs reaguje na polecenia błyskawicznie, a aplikacje uruchamiają się w mgnieniu oka. Co ważne, zarządzanie pamięcią operacyjną stoi na wysokim poziomie – „ubijanie” procesów w tle następuje stosunkowo późno, dzięki czemu powrót do otwartej wcześniej apki jest niemal natychmiastowy. Również praca na dwóch lub nawet trzech oknach jednocześnie – do czego ten wielki, rozkładany ekran wręcz zachęca – nie robi na „siódemce” najmniejszego wrażenia.
Jedyny większy zarzut, jaki mam co do wydajności Folda 7, to jego potencjalna kultura pracy pod ekstremalnym, długotrwałym obciążeniem. Smartfon co prawda rzadko kiedy nagrzewa się podczas standardowej, codziennej pracy, a gdy już to robi, nie osiąga jakichś wybitnie wysokich temperatur (obudowa pozostaje komfortowa w dotyku). Jednak w syntetycznych testach (benchmarkach) łatwo zaobserwować zjawisko dość agresywnego thermal throttlingu w zapętlonych testach.








Podkreślę to jednak jeszcze raz: na co dzień ani razu nie zdarzyło mi się odczuć tego problemu, nawet podczas dłuższych sesji w wymagających graficznie grach mobilnych. Nie chcę jednak bagatelizować danych dostarczonych przez benchmarki, bo mogą one być sygnałem ostrzegawczym dla konkretnej grupy użytkowników – na przykład tych, którzy planują „katować” smartfon renderingiem wideo czy innymi zadaniami, wykraczającymi poza moją codzienną, choć niekiedy intensywną rutynę.
Benchmarki:
- GeekBench 6:
- single core: 2794
- multi core: 8875
- GPU OpenCL: 17907
- GPU Vulkan: 19433
- 3DMark:
- Wild Life: Maxed Out!
- Wild Life Extreme: 4 142
- Steel Nomad Light: 2 321
- Steel Nomad Light Stress Test: 2 236 / 1 032 / 46,2%
- Solar Bay Extreme: 998
- Szybkość pamięci przetestowana w aplikacji CPDT:
- szybkość ciągłego odczytu danych: 2,88 GB/s
- szybkość ciągłego zapisu danych: 1,11 GB/s
- szybkość losowego odczytu danych: 45,73 MB/s
- szybkość losowego zapisu danych: 81,14 MB/s














System operacyjny to oczywiście najnowszy Android 16, przykryty autorską nakładką One UI w wersji 8.0. W trakcie trwania moich testów smartfon otrzymał jedną drobną aktualizację z poprawkami.
Warto w tym miejscu przypomnieć o deklaracji producenta: Samsung obiecuje aż siedem lat dużych aktualizacji systemu, co w teorii oznacza wsparcie dla Folda 7 aż do 2032 roku. Choć polityka ta powoli staje się standardem wśród największych producentów (w końcu!), to i tak warto o tym głośno mówić i zaliczyć to smartfonowi na ogromny plus – to niemała inwestycja, ale potencjalnie na wiele lat.
Samo oprogramowanie jakoś szczególnie nie zaskakuje – to w gruncie rzeczy ten sam, doskonale znany system, co na pozostałych smartfonach koreańskiego producenta, tyle że solidnie wzbogacony o funkcje dedykowane rozkładanemu ekranowi. Co kluczowe, nie ma tu już mowy o żadnych „chorobach wieku dziecięcego”.
Obsługa dodatkowego, gigantycznego wyświetlacza, jest niezwykle naturalna, a interfejs sprawia wrażenie wypolerowanego na błysk przez lata obecności serii Fold na rynku. Przychodzę więc poniekąd „na gotowe”, bo to mój pierwszy duży składak Samsunga testowany dłuższy czas i muszę przyznać, że poziom dopracowania softu robi wrażenie.

Wszystkie preinstalowane aplikacje Samsunga perfekcyjnie wykorzystują większą przestrzeń roboczą. I nie dzieje się to na zasadzie pójścia na łatwiznę i samego rozciągnięcia interfejsu do nowych proporcji. Zamiast jednej listy, na ekranie widzimy teraz dwie kolumny, panel boczny czy dodatkowe menu, co rzeczywiście realnie przyspiesza pracę i nawigację. Cały system działa niezwykle intuicyjnie – wystarczy po prostu otworzyć smartfon, by to, co robiliśmy na małym ekranie, natychmiast i płynnie dostosowało się do nowych, „tabletowych” rozmiarów.
Nieco gorzej – choć wciąż dobrze – wygląda sytuacja z aplikacjami zewnętrznymi. Większość popularnych programów przez lata również dorobiła się natywnego wsparcia dla „składaków” i ich specyficznych proporcji, ale część deweloperów nadal ma z tym problem lub wspiera to rozwiązanie tylko połowicznie.
Za przykład mogę podać chociażby popularną aplikację InPost. Obsługuje ona co prawda zarówno mały, jak i duży ekran Folda, ale nie potrafi płynnie przełączać się między nimi w trakcie działania. Żeby zmienić wyświetlacz i korzystać z apki w pełni poprawnie, często trzeba ją „uśpić” i uruchomić ponownie. To irytujący drobiazg, który wybija z rytmu.



Istnieje też margines aplikacji – a w zasadzie głównie gier – które w ogóle nie polubią się z dużym ekranem. Oczywiście odpalimy na wewnętrznym wyświetlaczu każde oprogramowanie, ale część tytułów wyświetli się w nienaturalnych proporcjach lub z czarnymi pasami po bokach, nie potrafiąc wypełnić całej przestrzeni.
Przypomina to trochę uruchamianie na iPadzie aplikacji stworzonych wyłącznie z myślą o iPhone’ach. Na szczęście takie sytuacje zdarzają się coraz rzadziej i podczas moich testów spotkałem się z tym sporadycznie, głównie w niektórych grach mobilnych – choć uczciwie przyznaję, że nie przekopałem całego Sklepu Play w poszukiwaniu takich „rodzynków”.
Moim ulubionym sposobem na wykorzystanie tego dużego ekranu była jednak praca wielozadaniowa. O ile w tradycyjnych smartfonach bardzo rzadko korzystam z funkcji dzielenia ekranu – z prozaicznego powodu: na mniejszych wyświetlaczach jest to po prostu niewygodne i nieczytelne – tak Fold 7 jest do tego wręcz stworzony. Jego wewnętrzny panel idealnie dzieli się na dwa obszary, które swoimi wymiarami przypominają standardowe smartfony. Dzięki temu jednoczesne korzystanie z przeglądarki i komunikatora czy mapy i kalendarza jest po prostu bardzo praktyczne.
Smartfon jest również uzbrojony we wszystkie – chciałoby się rzec klasyczne – możliwości AI autorstwa Samsunga. Jest więc tu wgrane od startu Gemini, które skutecznie zastępuje starego Asystenta Google, ale to tylko początek. Mamy tu pełen pakiet Galaxy AI: od Circle to Search, przez tłumaczenie rozmów telefonicznych na żywo, aż po asystenta notatek i przeglądarki.

Zaplecze komunikacyjne i audio
Pod względem zaplecza komunikacyjnego, Samsung Galaxy Z Fold 7 to absolutna czołówka. Mamy tu na pokładzie wszystko to, co flagowiec w 2026 roku mieć powinien: najnowsze Wi-Fi 7, stabilne 5G, Bluetooth 5.4, NFC do płatności i precyzyjny GPS. Do tego dochodzi wzorowa, w pełni hybrydowa obsługa Dual SIM. Samsung daje nam tu pełną swobodę: możemy wykorzystać dwie fizyczne karty Nano-SIM, duet w postaci jednej fizycznej karty i eSIM, lub pójść w pełną cyfryzację i korzystać jednocześnie z dwóch kart eSIM. Podczas moich dość intensywnych testów, Galaxy Z Fold 7 nie sprawił mi absolutnie żadnych problemów z łącznością, niezależnie od tego, gdzie się akurat znajdowałem.
Gdy urządzenie jest złożone i korzystamy z niego jak z klasycznego smartfona, jego możliwości audio na wbudowanych głośnikach oceniam jak najbardziej pozytywnie – choć, uczciwie mówiąc, nie rewelacyjnie. Nie jest to z pewnością najlepiej grający smartfon na rynku, ale dość donośne głośniki stereo cechują się przyjemną barwą i akceptowalnym, choć niepowalającym basem.
Sytuacja zmienia się diametralnie po założeniu słuchawek Bluetooth – tutaj trudno się już do czegokolwiek przyczepić. Wsparcie dla Dolby Atmos, wraz z bogatym korektorem i kilkoma predefiniowanymi profilami, powinno zadowolić większość użytkowników.
Sytuacja komplikuje się nieco, gdy zdecydujemy się rozłożyć smartfon i zamienić go w mały tablet – wtedy wrażenia audio z wbudowanych głośników wypadają, moim zdaniem, zauważalnie gorzej. Same przetworniki to oczywiście te same podzespoły, ale zmienia się ich relacja względem naszych dłoni. W pozycji otwartej bardzo łatwo przypadkowo zasłonić otwory głośników, tłumiąc ich dźwięk. Jeśli zaś obrócimy smartfon tak, by uniknąć trzymania dłoni na krawędziach z otworami, głośniki lądują w niesymetrycznej pozycji względem naszych uszu – co też delikatnie psuje efekt stereo.
Trudno jednak zaliczyć to jako poważny błąd konstrukcyjny tego modelu – to po prostu kolejna ergonomiczna drobnostka, wynikająca ze specyfiki składanej konstrukcji, którą inżynierom naprawdę trudno jest w jakikolwiek sensowny sposób „przeskoczyć”.

Kilka słów wypada napisać również o haptyce. Wibracje Samsunga Galaxy Z Fold 7 z pewnością nie budzą skojarzeń z urządzeniami budżetowymi, są poprawne, ale wciąż nie stawiałbym tego smartfona na równi z haptycznymi królami, czyli iPhone’ami czy nowymi Pixelami. Ot, taka solidna średnia półka, w której skategoryzowałbym większość smartfonów Samsunga.
Wiadomo, dla większości osób jakość wibracji to pomijalny detal – ale w przypadku tak dobrego, by nie rzec prawie perfekcyjnego i potwornie drogiego telefonu jak Galaxy Z Fold 7, mamy prawo wymagać dopieszczenia nawet najdrobniejszych szczegółów.
Bateria i zabezpieczenia biometryczne
Nie ukrywam, że największe obawy żywiłem względem baterii Samsunga Galaxy Z Fold 7. Obawy te były co prawda nieco na wyrost, bo Samsung już w poprzednich generacjach udowodnił, że potrafi wycisnąć ostatnie soki z optymalizacji swoich składaków, ale liczby nie kłamią.
Pojemność ogniwa w teorii nie uległa zmianie, co wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony można to traktować jako minus – w końcu wszyscy oczekujemy ciągłego progresu. Z drugiej jednak, biorąc pod uwagę znacząco odchudzone gabaryty samej obudowy, zachowanie dotychczasowej pojemności jest pewnym osiągnięciem inżynieryjnym.
Niemniej, wciąż mamy do czynienia z ogniwem o wielkości 4400 mAh, co może martwić i wzbudzać zazdrość, gdy zerkniemy na konkurencję – chociażby na Honora Magic V5 (5820 mAh) czy Huawei Mate X6 (5110 mAh).

Cyferki w tabeli to jednak nie wszystko. Samsung po raz kolejny pokazuje klasę w zarządzaniu energią i nawet tak relatywnie skromne ogniwo potrafi pozytywnie zaskoczyć – pod warunkiem, że celujemy w standardowy, jeden pełny dzień pracy, a nie maratony z dala od gniazdka. Tyle właśnie byłem w stanie z Folda 7 wyciągnąć.
Scenariusz był powtarzalny: odłączając smartfon od ładowarki rano, późnym wieczorem zostawało mi zazwyczaj około 15% energii. I to przy dość intensywnym trybie mieszanym: dużo sieci komórkowej, nieco mniej Wi-Fi i – co kluczowe – częste korzystanie z dużego, wewnętrznego wyświetlacza, który jest naturalnym pożeraczem prądu. W ciągu miesiąca, tylko raz zdarzyło mi się, że musiałem nerwowo szukać ładowarki w środku dnia.
Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia i chciałoby się więcej, bo jedna doba to dziś absolutne minimum, ale jest to wartość akceptowalna – trzymająca poziom poprzednika.















To, obok czego nie mogę jednak przejść obojętnie, to „superszybkie” ładowanie Galaxy Z Fold 7. Cudzysłów jest tu niezbędny, bo po kablu wciąż mamy do dyspozycji maksymalnie 25 W. Na tle jakiejkolwiek chińskiej konkurencji jest to wynik po prostu żenujący.
Naładowanie ogniwa od 5 do 100% trwa prawie półtorej godziny, a do 50% dobijamy w nieco ponad 30 minut. Patrząc na cenę i klasę tego sprzętu, są to wartości więcej niż rozczarowujące. Ładowanie bezprzewodowe również nie imponuje prędkością (15 W), a stawkę zamyka indukcyjne ładowanie zwrotne 4,5 W – przydatne w zasadzie tylko w sytuacjach krytycznych, by podratować słuchawki czy zegarek.
Kwestie bezpieczeństwa rozwiązano tu klasycznie dla tej serii. Wiodącym sposobem odblokowania pozostaje fizyczny skaner odcisków palców, który z racji konstrukcji urządzenia nie trafił pod ekran, a na boczną krawędź obudowy. To strzał w dziesiątkę – czytnik jest umiejscowiony idealnie pod kciukiem, niezależnie od tego, czy korzystamy z telefonu w trybie otwartym, czy zamkniętym. Co ważniejsze, jest on piekielnie szybki i dokładny; rzadko kiedy musiałem korygować ułożenie palca.
Alternatywą jest oczywiście rozpoznawanie twarzy oparte na przedniej kamerze, ale to rozwiązanie w mojej opinii działa po prostu kiepsko. Mimo dodania alternatywnego wyglądu i kilkukrotnej, ponownej konfiguracji, smartfon notorycznie miał problemy z rozpoznaniem swojego właściciela. Mam wrażenie, że system ten kapituluje przy choćby odrobinę gorszych warunkach oświetleniowych, a funkcja doświetlania twarzy ekranem niewiele pomagała. W tej materii zdecydowanie polecam zaufać sprawdzonemu czytnikowi linii papilarnych.

Aparaty
Mam wrażenie, że posiadacze poprzednich generacji Samsunga Galaxy Z Fold narzekali głównie na dwie cechy. Pierwszą z nich były zbyt duże, „cegłowate” wymiary – te jednak, jak ustaliliśmy wcześniej, producentowi udało się w „siódemce” zredukować do naprawdę wygodnego, akceptowalnego poziomu.
Drugą bolączką były możliwości fotograficzne. Te w Foldach zawsze trzymały poziom, były solidne, ale… prawie nigdy nie były najlepsze na rynku, ustępując serii Galaxy S Ultra. W przypadku siódmej odsłony swojego flagowego składaka, Samsung również postarał się zaadresować ten problem… choć, niestety, nie w pełni. Już wyjaśniam.
O głównym obiektywie Samsunga Galaxy Z Fold 7 mogliście poniekąd już poczytać na łamach Tabletowo – w teście Samsunga Galaxy S25 Ultra. Obydwa te modele dzielą bowiem ze sobą właśnie ten kluczowy komponent. Matryca ma 200 Mpix, światło f/1.7, ogniskową 24 mm, rozmiar 1/1.3″, PDAF oraz oczywiście optyczną stabilizację obrazu. Bez dwóch zdań, jest to ścisła rynkowa „topka”, jeśli chodzi o mobilną fotografię, przewyższająca chociażby to, co oferuje wydany w tym samym roku Samsung Galaxy S25 i Galaxy S25+.
Zdjęcia z głównego „oczka” wychodzą świetnie, a dodatkowo oprogramowanie Koreańczyków – do czego w ostatnich latach zdążyliśmy się już przyzwyczaić – działa cuda, skutecznie podkręcając finalną jakość obrazka. Nieważne, czy mowa o klasycznych kadrach w dzień, zdjęciach nocnych, sportowych czy portretowych – główny obiektyw „siódemki” po prostu nie zawodzi. Nawet cyfrowy, dwukrotny zoom – którego fanem z zasady nie jestem, bo zawsze wolę fizyczną optykę – pozytywnie zaskoczył mnie swoją szczegółowością.



















Niestety, towarzyszący głównemu oczu teleobiektyw to już nie najwyższa półka znana z modelu Galaxy S25 Ultra, a „jedynie” wysoka – mamy tu bowiem moduł znany z podstawowych modeli Galaxy S25 i Galaxy S25+. Oferuje on trzykrotny zoom optyczny i matrycę 12 megapikseli.
Na papierze może to wyglądać podobnie do specyfikacji Galaxy S25 Ultra, ale wczytując się w szczegóły techniczne, okazuje się, że stoimy o jedną półkę niżej. Ciągle nie można nazwać tego aparatu kiepskim – zdjęcia portretowe wychodzą całkiem nieźle, ale warto mieć świadomość, że Samsung w tym miejscu nieco przyoszczędził.






Co gorsza, oszczędność ta najbardziej bolesna jest w braku teleobiektywu peryskopowego. Ten luksus zarezerwowano wyłącznie dla modelu Ultra, który może pochwalić się pięciokrotnym zoomem optycznym. Pewnie nie każdy użytkownik odczuje ten brak, ale ja strasznie nad tym ubolewam – w ostatnich latach to właśnie ten typ aparatu stał się moim ulubionym narzędziem kreatywnym w smartfonowej fotografii.
Brak peryskopu odbija się czkawką na jakości zdjęć z wyższym przybliżeniem. Od dziesięciokrotnego zoomu w górę, który jest jedną z wizytówek Galaxy S25 Ultra, tutaj widać już wyraźny spadek jakości. Szczegółowość takich fotografii jest zauważalnie niższa, a i sama maksymalna wartość zoomu cyfrowego to „tylko” 30x – a nie 100x, jak w modelu Ultra czy u konkurencji, chociażby w recenzowanym przeze mnie ostatnio Google Pixel 10 Pro.































































Tylne trio dopełnia obiektyw ultraszerokokątny – któremu też bliżej do tańszych flagowców z serii Galaxy S, a nie do topowej Ultry. Wypada on chyba najsłabiej z całego zestawu, choć wciąż trzyma solidny poziom – nie jest to z pewnością jakość rodem z budżetowca.
Najważniejsze dla mnie jest jednak to, że wszystkie trzy obiektywy cechują się bardzo zbliżonym „stylem” przetwarzania obrazu. Przekłada się to na prawie identyczną kolorystykę, balans bieli i plastykę fotografii. Dzięki temu, przeglądając galerię z wakacji nie mamy wrażenia, że część zdjęć wykonano dużo gorszym lub po prostu innym sprzętem – całość jest spójna, a to dla mnie kluczowe w odbiorze.

































Oprogramowanie aparatu to standardowa, rozbudowana aplikacja Samsunga, wzbogacona oczywiście o kilka unikalnych funkcji związanych ze składaną konstrukcją. Obok bardzo zaawansowanego trybu PRO, dedykowanego (i skutecznego!) trybu nocnego czy podwójnego nagrywania (z kamery przedniej i tylnej jednocześnie), znajdziemy tu smaczki typowe dla Folda.
Możemy na przykład wykonywać autoportrety (czyt. selfie) przy pomocy tylnego zestawu aparatów, mając podgląd na mniejszym ekranie zewnętrznym. Równie przydatny jest tryb podglądu, który po rozłożeniu smartfona wyświetla ostatnio wykonane zdjęcia na lewej połowie ekranu, podczas gdy prawa wciąż służy jako wizjer.




Jeśli chodzi o przednie kamerki, jak już wspomniałem, są dwie – po jednej na każdy ekran. Duet ten dzieli praktycznie tę samą specyfikację: 10 megapikseli i jasność f/2.2. Ważną różnicą jest jednak kąt widzenia. Aparat zaszyty w mniejszym, zewnętrznym ekranie, ma kąt 85 stopni, zaś ten w wewnętrznym, elastycznym panelu – już 100 stopni. Jakościowo oceniłbym oba oczka jak najbardziej pozytywnie; prezentują zbliżoną, wysoką szczegółowość i dobrze radzą sobie z odcieniem skóry.
Oczywiście, z racji składanej konstrukcji, Galaxy Z Fold 7 oferuje wspomnianą już opcję robienia selfie tylnymi, lepszymi aparatami. Jakość jest wtedy – co oczywiste – praktycznie bezkonkurencyjna na rynku, jeśli chodzi o selfie, ale sama wygoda i ergonomia takiego rozwiązania jest niższa i wymaga przyzwyczajenia. Warto się jednak czasem pomęczyć, jeśli zależy nam na absolutnie najlepszym efekcie, np. do pamiątkowego zdjęcia z wakacji.








W kwestii wideo Samsung również nie rozczarowuje. Nagrywany obraz jest bardzo wysokiej jakości, między innymi dzięki skutecznej, choć nieprzesadnie agresywnej stabilizacji (z opcją dodatkowej stabilizacji „sportowej”).
Główny aparat potrafi rejestrować obraz nawet w rozdzielczości 8K – ale, podobnie jak u konkurencji, tylko w 30 klatkach na sekundę i bez HDR. Schodząc do rozsądniejszego 4K, zyskujemy 60 klatek i pełne wsparcie HDR – i to we wszystkich obiektywach, również tych przednich. Co ważne, podczas nagrywania możemy płynnie przełączać się pomiędzy wszystkimi aparatami, zarowno całą trójką tylnych aparatów, jak i nawet pomiedzy tymi z przodu.
Jakość rejestrowanego audio również stoi na wysokim poziomie. W trybie „Wideo Pro” możemy nawet precyzyjnie wybrać źródło dźwięku: mikrofony przednie, tylne, mix, słuchawki Bluetooth czy może – po podłączeniu po USB – profesjonalny mikrofon zewnętrzny. Dzięki temu ten smartfon bez problemu może służyć jako zapasowa, a – dla wielu twórców internetowych – nawet jako główna kamera wideo.

Reasumując tę część recenzji poświęconą możliwościom fotograficznym Galaxy Z Fold 7: jest solidnie, flagowo, ale Samsung ciągle zostawił sobie furtkę do poprawy w kolejnych generacjach. Co do głównego aparatu – nie mam kompletnie żadnych zastrzeżeń. Jest świetny i reprezentuje najwyższą ligę w mobilnej fotografii. To w końcu ta sama matryca, co w Galaxy S25 Ultra, więc fundamenty są świetne.
Niestety, pozostałe obiektywy nie mają swoich korzeni w absolutnym topie Samsunga. Trzykrotny teleobiektyw i aparat ultraszerokokątny trzymają wysoki poziom i większość użytkowników pewnie nawet nie zauważy różnicy, ale w bezpośrednim starciu z serią Ultra widać pewne braki. Największą wadą jest dla mnie kompletny brak teleobiektywu peryskopowego z natywnym, pięciokrotnym przybliżeniem.
Tracimy przez to fantastyczną perspektywę, którą uwielbiam wykorzystywać na wyjazdach, chociażby do kreatywnej fotografii architektury czy portretów z dystansu. Nie mamy też co liczyć na “używalną” jakość przy wyższych wartościach zoomu (10x i więcej), bo te wyglądają po prostu gorzej niż u „płaskiego” brata z dopiskiem Ultra.
No właśnie – o ile ja sam oceniam ogólne możliwości fotograficzne Galaxy Z Folda 7 bardzo pozytywnie i w 90% przypadków spełniają one moje wymagania, to jednak od sprzętu kosztującego ponad 7000 złotych mamy prawo oczekiwać braku jakichkolwiek kompromisów. Może uda się to w tym roku?

Podsumowanie
Przez te wszystkie lata pracy w Tabletowo, dość niefortunnie mijałem się ze składanymi smartfonami. Taki sprzęt przez długi czas nie trafiał w moje ręce, a gdy w końcu któryś do mnie zawędrował, to był to nie do końca udany Samsung Galaxy Z Flip 7 FE. Jednak nawet tamten model, któremu miałem wiele do zarzucenia, skutecznie rozkochał mnie w samej wizji „składaków”.
I – cóż – Galaxy Z Fold 7 tylko to uczucie pogłębił. I to znacznie. Nie biegnę co prawda jeszcze do sklepu po własny egzemplarz, ale tak na dobrą sprawę jedyne, co mnie przed tym powstrzymuje, to ciągle zaporowa cena i… moje patologiczne wręcz przyzwyczajenie do ekosystemu Apple.
Skupiając się jednak na bohaterze tej recenzji – Samsung Galaxy Z Fold 7 to w mojej ocenie urządzenie kompletne. Takie, któremu naprawdę trudno zarzucić coś dyskwalifikującego. Wady tu są, oczywiście, ale nie są one już w żadnym stopniu przeważające.
Wolne ładowanie? Jestem w stanie je przełknąć, choć w 2026 roku przychodzi mi to z trudem. Możliwości fotograficzne? Może i brak peryskopu mnie boli, a ultraszeroki kąt delikatnie rozczarowuje, ale w ogólnym rozrachunku to wciąż jeden z najlepszych fotosmartfonów na rynku, głównie dzięki wybitnemu głównemu obiektywowi. Reszta mankamentów? Jest dla mnie marginalna.
Za to jeśli chodzi o zalety to… mamy dosłownie wszystko, czego można chcieć od nowoczesnego urządzenia mobilnego. Fenomenalne wyświetlacze, bezkompromisowa wydajność, drastycznie odchudzone wymiary, przemyślany system, długie wsparcie aktualizacjami, przepiękny design i wykonanie klasy premium, a do tego wszystkiego – magię składanej konstrukcji.
To już nie jest technologiczna ciekawostka, jak pierwsze Foldy. To nie jest też gruby, nieidealny kompromis, jak Galaxy Z Fold 5 czy Galaxy Z Fold 6. To w pełni flagowy sprzęt, któremu trudno wytknąć błąd – a który w bonusie oferuje innowację w postaci elastycznego ekranu, jeśli po 7 latach na rynku wciąż możemy tak to nazwać. Naprawdę trudno chcieć czegoś więcej.
Oczywiście ciągle widzę drobne pole do poprawy. Chociażby wspomniane aparaty czy to nieszczęsne „szybkie” ładowanie. Z pewnością życzyłbym sobie też nieco lepszej baterii – choć ta z „siódemki” jest już całkiem okej – a także dalszych szlifów konstrukcyjnych, jak ostateczne wyeliminowanie wciąż widocznej fałdki na wewnętrznym ekranie czy poprawa odprowadzania ciepła.
Mam jednak taką swoją teorię – trochę spiskową, ale co tam! – że Samsung musiał sobie zostawić jakieś asy w rękawie na kolejną generację. No bo gdyby już teraz zaadresował te wszystkie braki, to co musiałby zrobić w przypadku „ósemki”, żeby w jakikolwiek sposób uzasadnić jej rynkową obecność przy tak solidnym poprzedniku?

Dlatego też wystawiam Samsungowi Galaxy Z Fold 7 bardzo wysoką, chyba najwyższą w historii moich recenzji smartfonów, notę. I, cóż, czekam teraz na to, że kiedy Koreańczycy osiągnęli już prawie perfekcję w tworzeniu składanych smartfonów, to skupią się nie tylko na ich dalszym ulepszaniu, ale także na obniżeniu progu wejścia. Nie da się ukryć – składaki są z nami już od lat, ale wciąż nie przebiły się do mainstreamu. Wiadomo, ta wizja nie do każdego musi przemawiać, ale jestem przekonany, że wiele osób od kupna Folda wciąż odstrasza metka cenowa.
I mam na te słowa potwierdzenie w postaci… samego siebie. Jestem technologicznym gadżeciarzem, ale nadal nie potrafię sobie racjonalnie uzasadnić wydania tak potężnej kwoty na telefon. I to nawet pomimo faktu, że po tym miesiącu testów Galaxy Z Fold 7 boleśnie łamie mi serce wizją rozstania. Obawiam się tylko, że po odesłaniu paczki z urządzeniem, tego serca nie będzie się dało już tak łatwo i bezboleśnie poskładać, jak sam smartfon.
Przepraszam, ale całą recenzję powstrzymywałem się od suchych żartów na temat składanej konstrukcji – na koniec musiałem nadrobić! ;)







