Smartfon Vivo X300 FE z założonym zestawem fotograficznym (fot. Piotr Bukański | Tabletowo.pl)

Recenzja Vivo X300 FE. Kupiłbym go za własne pieniądze

Kilka miesięcy temu oddawałem Vivo X300 z lekkim poczuciem straty. Teraz w mojej kieszeni wylądował X300 FE, czyli w założeniu jego tańszy, bardziej przystępny wariant.

Vivo rozpycha się w segmencie kompaktów jak mało kto. W tej serii mamy już cztery modele, a ten z dopiskiem FE miał być tym, który daje doświadczenie X300 za mniejsze pieniądze. Tyle że dziś oba kosztują dokładnie tyle samo. Czy ta wersja ma więc jeszcze sens? Przekonajmy się.

W praktyce sprawa okazała się ciekawsza, niż zakładałem. Po trzech tygodniach testów wciąż trudno mi jednoznacznie powiedzieć, który z tych dwóch telefonów wolałem. I – nie – to nie jest wstęp, po którym za chwilę wyliczę wam listę bolesnych cięć.

Specyfikacja Vivo X300 FE. Co oferuje ten smartfon?

Na początek kontekst, bo przy recenzjach smartfonów jest on według mnie kluczowy. Na co dzień korzystam z OnePlusa 15, więc jestem przyzwyczajony do dużego ekranu. Lubię, gdy tej przestrzeni roboczej jest trochę więcej.

Ale, jak pisałem przy okazji testów Vivo X300, kompaktowe formaty wcale mi nie przeszkadzają, a wręcz przeciwnie. Tutaj jest podobnie. 6,31-calowy ekran obsługuję jedną ręką bez najmniejszego problemu i bez zbędnej gimnastyki dosięgam każdej krawędzi ekranu.

Ekran6,31″ AMOLED LTPO, 2640 × 1216 px, 460 ppi, 120 Hz, jasność szczytowa do 5000 nitów, PWM 2160 Hz
CPUSnapdragon 8 Gen 5
RAM12 GB LPDDR5X
Pamięć wewnętrzna512 GB (UFS 4.1)
System operacyjnyAndroid 16 (OriginOS 6), 5 dużych aktualizacji + 7 lat aktualizacji zabezpieczeń
Aparat z tyłu #1główny ZEISS 50 Mpix, f/1,57, Sony IMX921, OIS
Aparat z tyłu #2teleobiektyw 50 Mpix, Sony IMX882 1/1,95″, zoom optyczny 3x, OIS
Aparat z tyłu #3ultraszerokokątny 8 Mpix, 110°
Aparat z przodu50 Mpix, 92°, zoom 0,8–2x
Akumulator6500 mAh, 90 W przewodowo, 40 W bezprzewodowo
Łączność i komunikacja5G, Wi-Fi 7, Bluetooth 6.0, NFC, eSIM, GPS/GLONASS/Galileo/BeiDou/QZSS/NavIC, USB-C
Głośnikigłośniki stereo
Wymiary150,83 × 71,76 × 7,99 mm
Waga191 g
OdpornośćIP68 / IP69
Przygotowano na podstawie danych Vivo

W moje ręce trafiła wersja 12 GB RAM i 512 GB pamięci wewnętrznej – i to od razu w wariancie z zestawem fotograficznym, czyli z dodatkowym teleobiektywem ZEISS, do którego przejdę w dalszej części tekstu.

Gdzie kupić?

Vivo X300 FE

ok. 4499 zł
(Przybliżona cena z dnia: 15 sierpnia 2026)
Zawiera linki afiliacyjne.
Gdzie kupić?

Vivo X300 FE z zestawem fotograficznym

ok. 4799 zł
(Przybliżona cena z dnia: 15 sierpnia 2026)
Zawiera linki afiliacyjne.

W zestawie Special Edition FE, poza samym telefonem, dostajemy telekonwerter ZEISS 200 mm, dedykowane etui, adapter do montażu telekonwertera, ładowarkę USB-C 90 W oraz dwie pary osłon na szklane elementy obiektywu.

Warto odnotować, że jeszcze miesiąc temu ten zestaw kosztował 4999 złotych, więc różnica względem samego telefonu zdążyła w międzyczasie stopnieć z pięciuset do trzystu złotych.

smartfon Vivo X300 FE + zestaw fotograficzny, fotokit
Vivo X300 FE – fot. Piotr Bukański | Tabletowo.pl

Design, ergonomia i pierwsze wrażenia

Zacznę od tego, że mam chyba jakieś wyjątkowe szczęście do kolorów. Przy X300 dostałem różowy wariant, tutaj z kolei „Mglisty Fiolet”, czyli w praktyce znowu coś z tej samej rodziny. I fajnie, bo to miła odmiana od po prostu czarnych modeli. Pierwsze wrażenie zatem pozytywne.

Drugie wrażenie było już zdecydowanie bardziej merytoryczne i też na plus. Wyspa aparatów. Byłem już naprawdę zmęczony tymi okrągłymi wyspami, które od dwóch lat powtarzają się u niemal wszystkich chińskich producentów. Tutaj na pokładzie mamy elegancką, zaokrągloną belkę w kształcie kapsułki, rozciągniętą niemal na całą szerokość obudowy.

Ma to też wymiar czysto praktyczny. W recenzji Vivo X300 narzekałem, że smartfon kładziony ekranem do góry kołysze się na blacie. Tutaj ten problem po prostu zniknął. Belka wciąż odrobinę wystaje, więc smartfon nie leży całkowicie płasko, ale bujania nie doświadczymy.

Jedno z najważniejszych pytań na samym początku tej recenzji to, czy dopisek „FE” w nazwie modelu sprawia wrażenie tańszego od X300? Zupełnie nie. Powiedziałbym raczej, że sprawia wrażenie kompaktu aspirującego do miana flagowca, a do tego robi to całkiem skutecznie. Wszystko jest dobrze spasowane, ramka jest metalowa, plecki to tworzywo, logo ZEISS przy lampie błyskowej wpasowuje się w całość i nie gryzie w oczy. Trudno mi się tu do czegokolwiek przyczepić.

W zestawie z fotokitem dostajemy dedykowane etui i muszę przyznać, że to jedna z rzeczy, które spodobały mi się najbardziej. Twarde krawędzie, z tyłu szorstka, gumowana powierzchnia, dająca naprawdę dobry chwyt, do tego lekko surowy, metaliczny design. Nie jest przesadnie grube- fajne, chętnie po nie sięgałem podczas testów.

Konstrukcja smartfona objęta jest certyfikatami IP68 i IP69, więc pod tym względem nic się względem droższych modeli nie zmieniło.

Jedno „ale” jednak pojawia się na samym początku użytkowania i to takie, które wraca do człowieka kilka razy dziennie. Widzę, że wśród recenzentów pojawił się w tej sprawie rozdźwięk dotyczący haptyki i ja zdecydowanie zaliczam się do tej mniej entuzjastycznej grupy. Ten smartfon wibruje bardzo przeciętnie. Podczas spaceru potrafiłem po prostu nie zauważyć (czy też raczej nie poczuć), że ktoś do mnie dzwoni. Szczególnie w luźniejszych spodniach, gdy obudowa nie przylega bezpośrednio do nogi. Da się to podkręcić w ustawieniach, ale domyślnie jest naprawdę słabo.

Czy ten wyświetlacz różni się czymkolwiek od X300?

Krótka odpowiedź: w codziennym użytkowaniu nie. Przejrzałem przed pisaniem tej recenzji własny tekst o X300 i wychodzi na to, że panel ma dokładnie te same funkcje i wywiązuje się z nich dokładnie tak samo dobrze.

Przekątna 6,3 cala AMOLED LTPO, częstotliwość odświeżania do 120 Hz, jasność do 5000 nitów w szczycie. Odświeżanie można ustawić na sztywno na 60 Hz lub 120 Hz albo zostawić dynamiczne, a rozdzielczość można przełączyć między Ultra HD a HD. Profili kolorystycznych jest kilka, w tym tryb Pro, który daje najwierniejsze odwzorowanie barw. Do tego koło barw, na którym sami dobieramy temperaturę.

Korzystałem z ustawień domyślnych i uważam, że są dobrane bardzo sensownie. Kolory są nasycone, ale nie przesadnie, a odwzorowanie w standardowym trybie jest bardzo przyzwoite. Jest też oddzielny tryb podbijający nasycenie automatycznie, który przy okazji wpływa na większe zużycie baterii.

Automatyczna regulacja jasności to osobna sprawa i tutaj Vivo zasługuje na pochwałę. Miałem ostatnio równolegle na testach tablet Huawei MatePada Air i tam automat świecił wieczorami zdecydowanie za mocno. Kiedy porównywałem oba urządzenia w tym samym pomieszczeniu, Vivo świeciło mniej więcej o połowę słabiej i w tym przypadku to było dokładnie to, czego oczekiwałem. Ani w ciemnym pokoju, ani w pełnym słońcu, nie miałem z tym najmniejszego problemu.

Ramki są niemal symetryczne. Dolna jest odrobinę grubsza i widziałem, że część użytkowników podnosi tę kwestię, ale mówimy tu o różnicy rzędu milimetra, może dwóch. W codziennym użytkowaniu nie zwracałem na to uwagi.

Ekran ma fabrycznie naklejoną folię całkiem niezłej jakości. Odciski zbiera jak każda tego typu folia, natomiast przez trzy tygodnie nie dorobiła się ani jednej nowej rysy. Miała za to dwie już w momencie, gdy egzemplarz do mnie trafił, czego nie zapisuję na konto Vivo, ale mnie osobiście, jako człowieka nieznoszącego porysowanych ekranów, irytowało to przez cały okres testów.

Wydajność i system. Gorący, ale szybki

Na pokładzie producent postanowił zainstalować procesor Snapdragon 8 Gen 5 i, co warto podkreślić, nie jest to wersja Elite. Procesor występuje w towarzystwie 12 GB RAM i pamięci UFS 4.1. Na papierze to o pół piętra niżej niż w podstawowym Vivo X300. W codziennym użytkowaniu tego jednak nie widać.

Podejrzewam, że to głównie zasługa optymalizacji. Aplikacje otwierają się natychmiast, przełączanie między nimi jest płynne, interfejs nie zacina się ani na moment. Przez okres testów nie doświadczyłem żadnej zawieszki.

Co się dzieje przy większym obciążeniu? Smartfon mocno się grzeje. Przy montażu filmów nagranych w 4K albo przy dłuższym graniu obudowa robi się wyraźnie cieplejsza i to dokładnie w środkowej części, między wyspą aparatów a dolną krawędzią. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że zazwyczaj telefon trzymamy w okolicach rogów, więc aż tak bardzo to nie przeszkadza. Nie wpływa to natomiast widocznie na stabilność. Aplikacje nie sypią się i nie ma żadnych zająknięć.

Raz udało mi się jednak ten sprzęt mocno przycisnąć. Wrzuciłem mu w tło wyjątkowo sporo zadań i wtedy te 12 GB (zamiast 16) zaczęło się powoli zapychać. Przy bardzo żarłocznych zadaniach albo przy wgrywaniu większych plików da się poczuć, że smartfon lekko zwalnia. Nie nazwałbym tego spadkiem płynności, raczej momentem zastanowienia.

OriginOS 6 na Androidzie 16 to ten sam system, który poznałem przy X300 i przy okazji miejsce, w którym Vivo naprawiło rzecz, na którą narzekałem najgłośniej. Panel powiadomień. W X300 dawał się rozwinąć wyłącznie jako pojedyncza lista z ograniczonymi skrótami i po prostu wracał do mnie jak bumerang kilkanaście razy dziennie. Tutaj jednym pociągnięciem ściągam wszystko, niezależnie od tego, z której strony ekranu zacznę. Drobiazg, a robi ogromną różnicę na co dzień.

Aplikacji preinstalowanych (poza tymi niezbędnymi systemowymi) naliczyłem dosłownie sześć. Jak na azjatyckiego producenta to wynik, do którego trudno mieć pretensje.

Vivo mocno eksponuje funkcje AI i na liście producenta znajdziemy AI True Clarity Engine, wyszukiwanie oraz tworzenie z AI, napisy AI i Gemini Live. Większość z nich działa w tle, bez konieczności wchodzenia w jakąkolwiek aplikację.

Jeśli chodzi o system, przez cały czas trwania testów przyszły do mnie dwie aktualizacje i po jednej z nich wystąpił pewien błąd. Podłączenie dodatkowego obiektywu powodowało wysypywanie się aplikacji aparatu. Trwało to jakieś dziesięć minut i więcej się nie powtórzyło, ale nagranie ekranu wrzucam poniżej jako dowód.

Kompaktowy gaming? To możliwe

Call of Duty Mobile i Diablo Immortal udało mi się z powodzeniem uruchomić z wymaksowanymi ustawieniami graficznymi. Obie gry działają poprawnie, płynnie i bez przycięć.

Tylko że ponownie zaznaczam, że smartfon się grzeje. Po 10-15 minutach takiej rozgrywki obudowa jest już wyraźnie cieplejsza, a po pół godziny potrafi być naprawdę mocno nagrzana. Wracamy do tego, o czym pisałem wyżej, że ciepło zbiera się w środku plecków, więc przy normalnym trzymaniu telefonu za rogi nie parzy w palce.

Nie ma się co oszukiwać, mniejsza obudowa to mniej miejsca na chłodzenie i tego prawa fizyki nie oszukają ani Vivo, ani nikt inny.

Benchmarki

Sekcja dla tych, którzy lubią cyferki. Od razu jednak jedno zastrzeżenie: X300 mierzyłem w Geekbenchu 6 i PCMarku Work 3.0, a X300 FE w Geekbenchu 7 i Work 3.1. To są różne skale i zestawianie tych liczb obok siebie nie miałoby najmniejszego sensu, więc tego nie zrobię. Do porównania obu telefonów posłużą wyniki 3DMarka, które są w obu przypadkach z tych samych testów.

W Geekbenchu 7 X300 FE uzyskał 1546 punktów w teście single-core i 6459 punktów w multi-core. W teście GPU wyniki to 9330 i 10755 punktów.

PCMark Work 3.1 dał 14930 punktów, przy czym w rozbiciu na kategorie wyniki prezentują się następująco: przeglądanie internetu 15583, wideo 6561, pisanie 20831, edycja zdjęć 35760, obróbka danych 9741.

W 3DMarku Wild Life wynik został oznaczony jako Maxed Out, czyli smartfon wyszedł poza skalę pomiarową testu, a to dokładnie tak samo jak wcześniej X300. Temperatura obudowy wzrosła w jego trakcie z 34 do zaledwie 35 stopni.

Ciekawiej robi się w testach obciążeniowych. Wild Life Stress Test to 12 637 / 7130 punktów przy stabilności 56,4%, a temperatura wzrosła z 35 na 43 stopnie. Wild Life Extreme Stress Test dał 2492 / 1850 punktów i stabilność 74,2%. Samo Wild Life Extreme zamknęło się wynikiem 1902 punktów przy 11,40 klatki na sekundę.

I tu jedna rzecz, która moim zdaniem mówi więcej niż same wartości szczytowe. Najniższa pętla testu Wild Life to w modelu X300 FE 7130 punktów, a w Vivo X300 7334 punktów. Czyli po kilkunastu minutach solidnego obciążenia oba telefony lądują praktycznie w tym samym miejscu.

Warto też odnotować, że stabilność X300 FE (56,4%) wypadła lepiej niż w X300 (48,9%). Throttling jest tutaj realny i widać go w liczbach, ale w codziennym użytkowaniu ani razu go nie odczułem.

Głośniki, biometria i łączność

Głośniki stereo grają głośno i czysto. Bas jest tu odrobinę lepszy niż w Vivo X300, choć uczciwie przyznam, że to raczej moje odczucie niż różnica, za którą dałbym się pokroić. Do oglądania filmów na YouTube czy Netfliksie na kanapie i do słuchania podcastów sprawdza się dobrze. Basu nadal brakuje, ale to przypadłość smartfonów w ogóle. Jakość rozmów jest standardowa, czyli bez zarzutu.

Czytnik linii papilarnych jest ultradźwiękowy i działa bardzo sprawnie. To nie są ułamki sekundy, raczej jakieś pół sekundy, ale trafia za każdym razem. Rozpoznawanie twarzy działa poprawnie nawet przy słabym oświetleniu.

Zaplecze łącznościowe jest kompletne: 5G, Wi-Fi 7, Bluetooth 6.0, NFC, eSIM, pełen zestaw systemów nawigacyjnych. Przez trzy tygodnie nic mnie tu nie zawiodło. Warto odnotować, że port USB-C działa w standardzie 2.0, a nie 3.2 jak w X300, więc jeśli regularnie zgrywacie duże pliki kablem, jest to różnica, którą poczujecie.

Vivo X300 FE
fot. Piotr Bukański | Tabletowo.pl

Bateria. Tutaj Vivo odrobiło lekcję

Przy X300 pisałem, że spodziewałem się więcej i że sześć godzin na ekranie to wynik uczciwy, ale nie rekordowy. Tutaj na pokładzie mamy akumulator o pojemności 6500 mAh, co przy 6,31-calowym ekranie robi robotę. Przykładowe czasy aktywności ekranu z moich testów: 10 godzin, 9 godzin 40 minut, 8 godzin, 6 godzin 57 minut. Przy najbardziej wymagających zadaniach schodziło do 4 godzin, ale w typowym, mieszanym trybie użytkowania, spokojnie mówimy o siedmiu, ośmiu, a często i dziewięciu godzinach.

Jak zwykle wszystko zależy od tego, jak korzystamy ze smartfona, ale jeden dzień z solidnym zapasem to tutaj bezpieczna odpowiedź na pytanie o czas pracy Vivo X300 FE. W spoczynku też jest dobrze, ponieważ przez noc telefon traci dwa-trzy procent.

Warto dodać, że nawigacja przestała być tym, czym była w X300. Tam Yanosik i Mapy Google potrafiły drenować baterię w tempie 5% na kwadrans. Tutaj tego zjawiska po prostu nie zaobserwowałem, więc coś w oprogramowaniu zostało od tego czasu wyraźnie lepiej dopracowane.

Ładowanie przewodowe to 90 W, bezprzewodowe 40 W. W zależności od użytej ładowarki pełne uzupełnienie akumulatora zajmuje od 45 minut do godziny i dziesięciu. Przy tej pojemności to bardzo dobry wynik.

Vivo X300 FE
Smartfon Vivo X300 FE z założonym zestawem fotograficznym – fot. Piotr Bukański | Tabletowo.pl

Aparat. Mocna trójka z jednym słabym ogniwem

Dochodzimy do tej części, w której X300 FE jest jednocześnie bardzo dobry i wyraźnie niedokończony.

Na zestaw fotograficzny Vivo X300 FE składa się główny obiektyw 50 Mpix z przysłoną f/1,57 i optyczną stabilizacją, teleobiektyw 50 Mpix z 3-krotnym zoomem optycznym również z OIS oraz ultraszeroki kąt 8 Mpix. Z przodu mamy 50 Mpix.

Zacznijmy od tego, co działa jak należy. Zdjęcia z głównego obiektywu za dnia są naprawdę dobre. Szczegółowość jest wysoka, a kolory dobrze odwzorowane. Owszem, mamy tu 50 Mpix zamiast 200 Mpix i różnicę widać, ale dopiero po przybliżeniu kadru. Przy zwykłych potrzebach, czyli zdjęciu z wycieczki, ze spaceru po mieście czy okazjonalnej hobbystycznej fotografii, w zupełności to wystarcza. Powiedziałbym nawet, że z nadwyżką.

Jest oczywiście tryb pełnej rozdzielczości, w którym zdjęcia mają więcej detali i zajmują więcej miejsca. Sprawdza się, gdy planujemy wydruk albo fotografujemy rozległy plan. Na standardowym zbliżeniu 1x algorytmy AI nie mają zresztą specjalnie co robić, bo jest po prostu ostro.

Kolorystycznie zostałem przy domyślnym profilu Vivo. ZEISS jest dostępny i też wypada nieźle, ale ma dość specyficzny charakter, który nie każdemu przypadnie do gustu. Uznałem, że przeciętny użytkownik nie będzie grzebał w profilach kolorystycznych, więc chciałem pokazać, jak te zdjęcia wyglądają bez żadnych specjalnych ustawień.

Teleobiektyw sprawdza się naprawdę dobrze. Zdjęcia z trzykrotnego zoomu są nie mniej szczegółowe niż te z głównego obiektywu, kolory są dobrze odwzorowane, a naturalnie tworząca się głębia wygląda ładnie.

Portrety wychodzą lepiej, niż się spodziewałem. Bokeh jest oczywiście dodany cyfrowo, ale dodany naprawdę dobrze. Przy ekwiwalencie 50 mm tło jest odcięte świetnie, a przy 35 mm, czyli przy portretach całej sylwetki, muszę przyznać, że wychodzi to nawet lepiej niż w X300. Gorzej ze zwierzętami, bo algorytm zaczyna rozmywać za wcześnie i potrafi zjeść kawałek futra czy łapę. Przy ludziach jednak trudno się przyczepić i z powodzeniem zrobicie tym smartfonem ładny portret również po zmroku.

Zdjęcia nocne z głównego obiektywu i teleobiektywu są w zasadzie bez zarzutu. Tryb nocny sprowadza się głównie do dłuższego naświetlania i robi swoje. To zdjęcia, które spokojnie wrzucicie na social media, a nawet do albumu.

I teraz o tym słabym ogniwie, bo nie da się go pominąć. Ultraszeroki kąt 8 Mpix to zdecydowanie najsłabsza część tego zestawu. Sam nie mam zwyczaju robić dużo zdjęć szerokim kątem, bo gdzieś z tyłu głowy zawsze mam, że wypadają najgorzej, ale tutaj ta zasada obowiązuje ze zdwojoną siłą.

W dobrze oświetlonym kadrze te zdjęcia wyglądają jeszcze nieźle, choć widać rozmycie na brzegach, słabsze odwzorowanie kolorów i wyraźnie niższe nasycenie niż z głównego sensora. Natomiast gdy tylko spada ilość światła, szczegółowość leci na łeb na szyję. Nocą jest mocno średnio. Nasycenie potrafi się załamać i całość ucieka w szarości. Warto dodać, że pole widzenia tego obiektywu to 110 stopni, podczas gdy w X300 mieliśmy 119. Czyli gorzej, a przy okazji węziej.

Zoom cyfrowy i to, co robi z nim AI, to temat, który poruszałem już przy okazji podstawowego modelu tej serii i który wraca. Mam wrażenie, że tutaj algorytmy zostały nieco przyhamowane, ale przy 20-, 30-krotnym zbliżeniu efekt widać gołym okiem.

O ile jeszcze rozumiem dopieszczanie tła czy krajobrazu, o tyle wygładzone przez AI fasady budynków wyglądają często po prostu idiotycznie. Nie mówiąc o tym, co ten tryb potrafi zrobić z ludzką twarzą (na jednym z przykładów twarz właściwie znika i zostaje sama skóra, bez oczu). To oczywiście bardzo duże przybliżenie i niczego innego bym się przy zoomie cyfrowym nie spodziewał, ale efekt jest, delikatnie mówiąc, osobliwy.

Przedni aparat jest jak najbardziej poprawny. Mamy trzy przybliżenia 0,8x, 1x i 2x, a odwzorowanie kolorów jest niezłe. Do poziomu głównego obiektywu mu daleko, ale przy dobrym oświetleniu nie ma się do czego przyczepić. W słabszym świetle telefon doświetla kadr ekranem, działającym jak swego rodzaju lampa błyskowa, i wychodzi to całkiem dobrze.

Na koniec wideo i tu mam do Vivo konkretną pretensję. Główny obiektyw nagrywa w 8K przy 30 klatkach albo w 4K przy 120 klatkach. Świetnie. Ale w momencie, gdy chcemy nagrywać ultraszerokim kątem, spadamy do Full HD i 30 klatek na sekundę. W 2026 roku, w urządzeniu kosztującym grubo ponad cztery tysiące złotych, jest to dla mnie lekkie nieporozumienie. Trochę lepsza matryca ultraszerokiego kąta sprawiłaby, że mielibyśmy tu naprawdę solidny, spójny zestaw fotograficzny.

Stabilizacja obrazu jest w porządku. Gimbala ani najnowszych Galaxy to nie dogoni, ale obraz trzyma się sensownie, co szczególnie widać przy nagraniach z teleobiektywu. Mikrofony na plus. Przy każdym nagraniu system podpowiada włączenie trybu wyciszania szumów otoczenia i ten tryb naprawdę działa, bo realnie uwydatnia główny dźwięk i tłumi tło, co potrafi uratować nagranie w mieście, gdy nie mamy przy sobie dodatkowego mikrofonu.

Sama jakość jest dobra, zarówno przy narracji, jak i przy nagraniach muzycznych. Niskie tony są zbierane sensownie, wysokich trochę brakuje, ale średnica, czyli najważniejsze ciało dźwięku, wypada bardzo dobrze. Jakości studyjnej nikt tu nie obiecywał, a jak na smartfon jest bardzo przyzwoicie.

Fotokit, czyli teleobiektyw dosłownie doczepiany do telefonu

Przyznam, że z takim zestawem miałem do czynienia pierwszy raz i byłem nim po prostu zajarany. Lubię takie nietypowe bajery, więc podszedłem do tego z pewnym entuzjazmem i, co ważniejsze, ten entuzjazm po testach nie minął.

W pudełku tego zestawu dostajemy dedykowane etui, adapter montażowy oraz sam teleobiektyw: ZEISS Telephoto Extender drugiej generacji o ekwiwalencie ogniskowej 200 mm, ważący 153 gramy. Montaż wygląda tak, że na etui nakładamy adapter, a na niego zakręcamy obiektyw. Brzmi jak skomplikowana procedura, w praktyce po kilku podejściach zajmuje to dosłownie kilka sekund. Do tego obiektyw spokojnie mieścił mi się w kieszeni jeansów i nie było to szczególnie uciążliwe.

W aplikacji aparatu pojawia się osobna zakładka telekonwertera, a wraz z nią cztery ogniskowe: 200, 400, 800 i 1600 mm.

I tu przechodzimy do sedna. Na 200 mm zdjęcia wychodzą świetne. Naprawdę świetne. Odwzorowanie kolorów, nasycenie, a przede wszystkim ta naturalna, optyczna głębia. Byłem tym pozytywnie zaskoczony i nie mam oporów, żeby napisać, że niektóre kadry nie odbiegają specjalnie od tego, co wyciągnąłbym lustrzanką.

400 mm to wciąż niezłe zdjęcia, ale przy 800 mm i 1600 mm użyteczność już wyraźnie spada, bo to jest po prostu zoom cyfrowy. W praktyce więc wycinamy fragment obrazu z dwusetki, a resztę próbują ratować algorytmy. Według mnie granica dobrej jakości kończy się na 400 mm.

Czy to daje realną przewagę nad zoomem cyfrowym samego telefonu? Zdecydowanie tak. Widać już na pierwszy rzut oka, że pracujemy na optyce i szczególnie przy fotografii miejskiej różnica jest ewidentna. Nie tracimy na jakości, bo zdjęcia robimy w pełnej rozdzielczości.

Czy potrzebny jest statyw? Im większy zoom, tym bardziej by się przydał. Jest to reguła niezależna od tego, czy mówimy o optyce, czy o zoomie cyfrowym. Stabilizacja stoi tu jednak na niezłym poziomie. Poniżej znajdziecie nagranie barki płynącej Wisłą, zrobione z mostu, z ręki i w dodatku w słowiańskim przykucu. Myślę, że wypada całkiem nieźle. Kadrowanie przy 800 mm wymaga przyzwyczajenia, bo nie codziennie doczepiamy do smartfona dwusetkę, ale da się trafić w obiekt bez większej frustracji.

Nocą też działa i tryb nocny sam się włącza. W kompletnych ciemnościach użyteczność spada, ale kilka fotek zrobiłem w parku zaraz po deszczu, przy świetle latarni, i wypadły naprawdę dobrze. Odwzorowanie barw jest adekwatne, nasycenie naturalne, a głębia uzyskana optycznie nadaje tym zdjęciom fajny klimat.

Gadżet czy narzędzie? Skłaniam się zdecydowanie w stronę narzędzia. Owszem, brzmi to jak bajer do robienia większych przybliżeń, niż pozwala na to cyfrowy zoom, ale w praktyce dostajemy sprzęt, dzięki któremu robimy dobrej jakości zdjęcia stałoogniskowym obiektywem 200 mm.

Czy warto dopłacić? Trzeba się liczyć z tym, że w pewien sposób jest to średnio użyteczne, bo trzeba to ze sobą nosić dodatkowo, ale realnie zwiększa możliwości smartfona. Jeżeli ktoś kupuje Vivo X300 FE z myślą o fotografii, nawet okazjonalnej, to moim zdaniem odpowiedź brzmi – tylko z fotokitem. Jeżeli aparat nie jest waszym priorytetem, sam telefon też sobie poradzi.

Vivo X300 Fe

Vivo X300 FE a konkurencja

Xiaomi 17 to najbardziej bezpośredni rywal i trudny przeciwnik. Podobny format, ekran 6,3 cala, mocniejszy Snapdragon 8 Elite Gen 5, bateria 6330 mAh i ładowanie 100 W. Kosztuje około 4199 złotych, czyli nieco mniej. Jeśli nie zależy wam na fotokicie i na teleobiektywie Vivo, to jest wybór, nad którym trzeba się poważnie zastanowić.

Vivo X300 to rywal z tej samej stajni i akurat teraz kosztuje mniej więcej tyle samo, co X300 FE, czyli około 4499 złotych. Ma lepszy główny aparat i zdecydowanie lepszy ultraszeroki kąt, mocniejszy układ i 16 GB RAM. Ma za to wyraźnie słabszą baterię. Warto przy tym odnotować, że X300 powoli znika z półek i w niektórych sklepach jest już oznaczony jako produkt wycofany, więc jeśli macie na niego ochotę, to raczej teraz niż za pół roku.

OnePlus 15R wchodzi z zupełnie innej strony. Około 2999 złotych, ten sam Snapdragon 8 Gen 5, wielki 6,83-calowy ekran ze 165 Hz i akumulator 7400 mAh. Aparat jest wyraźnie słabszy, o teleobiektywie nie ma mowy, a o kompaktowości tym bardziej. Ale jeśli szukacie po prostu wydajnego telefonu z ogromną baterią i nie zamierzacie się bawić w fotografię, oszczędzacie półtora tysiąca złotych.

Vivo X300 FE
fot. Piotr Bukański | Tabletowo.pl

Czy warto kupić Vivo X300 FE?

Po trzech tygodniach mogę powiedzieć, że to po prostu przyjemny smartfon. Bez fajerwerków w opisie, bez „zabójcy flagowców”, ale taki, po który się sięga bez zastanowienia i który nie daje powodów do irytacji.

Jego największą zaletą jest według mnie optymalizacja i wynikająca z niej wszechstronność. To smartfon, na którym odpalicie cięższe programy, zagracie w porządne gry mobilne, a z drugiej strony dostaniecie aparat dający naprawdę sporo możliwości i pozwalający pobawić się w smartfonową fotografię. Bateria dopina to wszystko klamrą.

Największa wada? Ten ultraszeroki kąt 8 Mpix, który ciągnie w dół cały zestaw fotograficzny i zabiera nam sensowne nagrywanie w szerokim kadrze. No i cena, bo gdyby była niższa, mówilibyśmy o sprzęcie, który sprzedawałby się bardzo dobrze. Największym pozytywnym zaskoczeniem był paradoksalnie fotokit. I to zarówno sam teleobiektyw, jak i etui, które go obsługuje.

Komu go polecam? Szczerze mówiąc, prawie każdemu, bo w końcu to naprawdę udany sprzęt i sam mógłbym się na niego przesiąść ze swojego OnePlusa 15 bez wielkiego poczucia straty. Gdybym znał jego zalety wcześniej, spokojnie zdecydowałbym się na taki zakup za własne pieniądze.

Komu odradzam? Jeśli nie potrzebujecie możliwości jego aparatu ani wydajności wyraźnie wyższej niż w standardowych średniakach, nie ma sensu dopłacać. Wiem, że niektórych przerażają dopiski „FE” w nazwach smartfonów, ale tu zdecydowanie nie ma się czego bać.

Vivo X300 FE kontra Vivo X300. Co realnie tracimy?

I dochodzimy do pytania, od którego zaczynałem tę recenzję. Skoro FE ma być tańszą wersją X300, to gdzie właściwie jest ta oszczędność i czy da się ją poczuć?

Zacznijmy od jakości wykonania i ergonomii, bo tu mamy remis z lekkim wskazaniem na model z dopiskiem FE. Oba telefony są zbudowane równie porządnie i X300 FE ani przez moment nie sprawia wrażenia tańszego. Do tego belka aparatów jest po prostu lepszym pomysłem niż okrągła wyspa X300, bo nie kołysze się na stole i wygląda świeżej. To akurat czysty zysk, i to za darmo.

Ekran? Tu nie ma o czym mówić, bo różnicy w praktyce nie ma. Ten sam format, to samo zachowanie w słońcu, ta sama znakomicie zestrojona jasność automatyczna.

Z wydajnością jest podobnie, choć nie identycznie. X300 jest mocniejszy i widać to w benchmarkach, ale w codziennym użytkowaniu tej różnicy nie poczujecie z jednym wyjątkiem, którym jest 12 GB RAM zamiast 16 GB. Przy mocno intensywnym obciążeniu FE potrafi się na moment zastanowić. To jednak scenariusz, w którym trzeba się celowo postarać.

Temperatury to wspólny problem obu konstrukcji, bo kompaktowa obudowa zostawia mało miejsca na chłodzenie i oba telefony przy dłuższym graniu robią się mocno ciepłe. Co ciekawe, w testach obciążeniowych FE trzyma stabilność lepiej niż X300, a najniższa pętla Wild Life w obu telefonach to praktycznie ten sam wynik.

Najwięcej do stracenia jest przy aparatach. Główny obiektyw FE jest słabszy od 200-megapikselowej matrycy X300, choć różnicę widać dopiero po przybliżeniu kadru. Jest jeden wyjątek i w nocy zdjęcia z FE są po prostu zauważalnie słabsze. Teleobiektyw natomiast trzyma dokładnie ten sam poziom i jest równie dobry jak w X300, a portrety przy 35 mm wypadają w FE nawet lepiej. Największą stratą jest ultraszeroki kąt: 8 Mpix i 110 stopni zamiast 50 Mpix i 119 stopni. Tego akurat nie da się zbyć jako cięcia „na papierze”, bo widać je na każdym zdjęciu z tego obiektywu i odczujecie je także przy nagrywaniu.

Po stronie oprogramowania FE wygrywa jedną konkretną poprawką, czyli panelem powiadomień, który wreszcie rozwija się normalnie. Przegrywa za to portem USB 2.0 zamiast 3.2, czyli jednym z tych cięć, które większość osób zauważy dopiero przy pierwszym większym transferze plików.

I dochodzimy do baterii, czyli największej różnicy w całym tym zestawieniu, a przy okazji tej na korzyść Vivo X300 FE. Sześć godzin na ekranie w X300 kontra siedem do dziewięciu w FE. Tę różnicę czuć każdego dnia po południu. Do tego nawigacja, która w X300 zjadała baterię wyjątkowo szybko, tutaj zachowuje się normalnie.

Więc co realnie tracimy? Trochę wydajności i trochę jakości głównego aparatu. Szczerze mówiąc, mała strata. Wszystkiego jest po trochu i żaden z tych kompromisów, poza ultraszerokim kątem, nie zmienia charakteru tego telefonu.

Czy oszczędności zostały wprowadzone w odpowiednich miejscach? W większości tak. Cięcie na głównym sensorze i procesorze jest sensowne, bo prawie niewyczuwalne. Cięcie na ultraszerokim kącie było moim zdaniem błędem. To jeden komponent, który psuje spójność całego zestawu fotograficznego, i to za pieniądze, przy których naprawdę nie powinno się na tym oszczędzać.

Który wybrałbym po zakończeniu testów? I tu muszę być z wami szczery, bo długo nad tym siedziałem i nie potrafię jednoznacznie wskazać. Oba te telefony wspominam dobrze, oba mają swoje momenty i żaden nie wygrywa w sposób, który zamykałby dyskusję.

Jeśli jednak mam wskazać jeden domyślny zakup, to Vivo X300 FE. Powód jest prozaiczny, bo jego kompromisy przełyka się łatwiej niż sześć godzin na ekranie w smartfonie za grubą kasę. Wyjątek jest jeden i mówiłem o nim już kilka razy, że jeśli regularnie fotografujecie szerokim kątem, odpowiedź jest odwrotna i nie ma się nad czym zastanawiać.

Recenzja Vivo X300 FE. Kupiłbym go za własne pieniądze
Zalety
Bardzo dobry czas pracy na baterii
Zmieniona belka aparatów, która teraz nie kołysze się na stole
Teleobiektyw 3x na poziomie droższego X300
Świetny fotokit z teleobiektywem 200 mm
Jakość wykonania bez śladu oszczędzania
Doskonała jasność automatyczna i czytelność ekranu w słońcu
Wady
Ultraszerokokątny obiektyw 8 Mpix. Najsłabszy element całego zestawu
Nagrywanie szerokim kątem tylko w Full HD i 30 kl./s
Przeciętna haptyka
Wyraźne nagrzewanie obudowy przy dłuższym graniu
USB-C w standardzie 2.0
Cena
8.5
Ocena