Riders Republic - promo art

Recenzja Riders Republic – ekstremalny kogel-mogel

Riders Republic - promo art
Data Premiery
27 października 2021
Producent
Ubisoft
Wydawca
Ubisoft Polska

Ubisoft zdecydował się na nietypowe zadanie – zrobić największą, wieloosobową grę o sportach ekstremalnych, która przy okazji nie umrze w pół roku. Po zmęczeniu bestsellerami francuskiego giganta, naprawdę liczyłem, że Riders Republic pokaże coś nowego w tym dość zapomnianym gatunku. Niestety, pomimo niskich oczekiwań… i tak jestem rozczarowany.

Mieszanka dość wybuchowa

Riders Republic to projekt mający na celu połączenie wiele sportów ekstremalnych w jedną wielką grę. Jazda wyczynowa na rowerach, nartach, snowboardzie, a także loty paralotnią z napędem rakietowym. Kiedy każdy deweloper zapytałby „Dlaczego?”, w tej grze Ubisoft pyta „Dlaczego nie?”. Konsekwencją tego jest ogromna, dopracowana produkcja, której na pierwszy rzut oka trudno cokolwiek zarzucić. Problemy zaczynają się jednak, gdy zaczniemy rozbierać Riders Republic na czynniki pierwsze.

Reklama

Przede wszystkim – Riders Republic to dość niecodzienne połączenie dwóch innych gier francuskiego studia. Mechaniki lotów na paralotniach oraz jazdy na snowboardzie zostały zaczerpnięte z tytułu Steep. Produkcja, która w swoim założeniu miała być relaksującym snowboardem wysokiego budżetu, lecz dość szybko straciła zainteresowanie z powodu niszy, jaką są obecnie sporty ekstremalne w grach.

Paralotnie tańczą - tańczą, tańczą, tańczą
Paralotnie tańczą – tańczą, tańczą, tańczą

Ambicja Steep spotyka się tutaj jednak z inną grą Ubisoftu – The Crew. W tej produkcji wybieraliśmy z kolei między samochodami, samolotami, motocyklami, a także statkami. Ten niesamowity wachlarz pojazdów, zestawiony z ogromnym, otwartym światem, zapraszał graczy na setki godzin zabawy w świecie produkcji.

Reklama

Piszę o tym, ponieważ Riders Republic łączy w sobie mnóstwo elementów, znanych z tych dwóch produkcji. To, jak dobrze wspominacie Steep oraz The Crew, bardzo wpłynie na odbiór najnowszej gry Ubisoftu. Nie pomaga jej również fakt, że jej data premiery została wciśnięta między inny hit francuskiego studia, czyli Far Cry 6 oraz inną grę wyścigową z otwartym światem – Forza Horizon 5. Czy jest jednak sens, by zawitać do Riders Ridge? Zależy, jak na to spojrzeć.

Sportowy sos mieszany

Nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli napiszę, że Riders Republic to nic innego, jak klasyczna zabawa w odznaczanie kolejnych kropek z mapy. Zaczynamy zabawę jako młody, lecz ambitny poszukiwacz ekstremalnych przygód. Skorzy do działania, dostajemy pierwszy rower i ruszamy, by zdobywać kolejne nagrody, poziomy, sponsorów, pieniądze oraz sławę. Gdy już przejdziemy przez krótkie wprowadzenie, tytuł objawia graczowi Riders Ridge – główną miejscówkę, z której możemy brać udział w aktywnościach na żywo.

Chciałbym móc napisać coś odkrywczego, ale jeżeli graliście w jakąkolwiek produkcję Ubisoftu przez ostatnich 10 lat, to wiecie doskonale, czego się należy spodziewać. Riders Republic ma prześliczną, ogromną mapę, która – wraz z postępem gracza – zostaje zawalona kropkami do zaliczenia. Na pierwszy ogień idą rowery, później odblokowujemy sporty zimowe, by skończyć na paralotni, BMX-ach oraz śnieżnych wyścigach.

I to wszystko brzmi fantastycznie na pierwszy rzut oka. Ba, nawet pierwsze klipy szykują gracza na świetną przygodę, a potem – niestety – bohaterowie gry wypowiadają pierwsze słowa. Ubisoft w Riders Republic nie ma żadnego wyczucia kontekstu kulturowego, przez co grającego szybko ogarnia tak zwany cringe. Riders Republic spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu na początku na tutoriale i nieśmieszne przerywniki filmowe. Gra za bardzo próbuje być fajna, przez co efekt jest taki, że słuchając dialogów puszczasz sobie w głowie ikoniczne How you do, fellow kids?”

Przez całą rozgrywkę odnosiłem wrażenie, że Riders Republic musi się podobać każdemu i nikogo nie odstraszać. Korporacyjne tabelki wyliczyły więc bohaterów w kostiumach pand, dialogi traktują gracza mocno protekcjonalnie, nie ufając jego umiejętności zrozumienia gry. Produkcja też nie decyduje się na jakiś konkretny kierunek w muzyce, przez co ścieżka dźwiękowa łączy takich artystów, jak Wiz Khalifa, Aphex Twin, Green Day czy The Offspring. Różnorodność nie jest zła, tylko brakuje tu jakiejś konsekwencji w wyborze artystów. Może chociaż decyzja o podjęciu jednej konkretnej epoki (2010s?) byłaby tu rozwiązaniem?

Jazda na nartach stanowi za najprzyjemniejszą dyscyplinę w Riders Republic
Jazda na nartach stanowi za najprzyjemniejszą dyscyplinę w Riders Republic

Riders Republic, czyli jak w to się gra?

Co najważniejsze – niezależnie od dyscypliny – mechaniki sterowania są zaskakująco przyjemne. Szybkie zjazdy na rowerach, slalomy na nartach czy też potężny środek ciężkości w trakcie lotu na odrzutowej paralotni – wszystko to działa i stanowi największą siłę Riders Republic. Wykonywanie ewolucji w powietrzu będzie wymagać od gracza nieco wprawy, lecz sam system nie jest wyjątkowo skomplikowany i przynosi zaskakująco mnóstwo frajdy. Jak dla mnie sterowanie mogłoby być nieco bardziej precyzyjne, zwłaszcza w dyscyplinach zimowych. W końcu wychowałem się na takiej klasyce, jak SSX Tricky – dlatego też wcześniej psioczyłem na korporacyjny brak klimatu i duszy w grze o sportach ekstremalnych.

To, że produkcja Ubisoftu jednak nie traktuje siebie poważnie, widać przede wszystkim w wyścigach wieloosobowych. Na nowej generacji konsol, aż 64 graczy może stanąć do walki w cyklicznych eventach, w jakich gracze mogą wziąć udział, pojawiając się na miejscu zbiórki. To, co się wyrabia na tych wydarzeniach, to jest jakieś szaleństwo. Momentami silnik gry oraz kod sieciowy po prostu nie nadążały za tym, żeby rejestrować ruchy wszystkich graczy. Posiadacze starszych konsol też nie ucierpią, ponieważ 32 osoby to także niezły tłum w wyścigu, gdzie liczy się przede wszystkim precyzja. Jeżeli jednak wolicie przechodzić kampanię samotnie, to i tak Riders Republic uraczy Wasze wyścigi duchami innych graczy, dostosowanymi do wybranego poziomu trudności. Mechanika zresztą bardzo podobna do drivatarów, znanych z serii Forza Horizon.

Martwi mnie natomiast ogromny nacisk autorów na wszystko to, co nie jest związane z sportami ekstremalnymi. Tryb robienia zdjęć, możliwość tworzenia autorskich tras, udostępnianie własnych wydarzeń, zdjęć, kostiumów, tańców po zwycięskim wyścigu. Wiemy doskonale, gdzie to prowadzi – do wirtualnych zakupów na skalę takich produkcji jak Fortnite. Jest to ogromnie niepokojące, zwłaszcza, że Riders Republic dla odmiany nie jest darmową grą.

Wręcz przeciwnie – podstawowa wersja gry kosztuje aż 289,90 złotych. Owszem, zawartości tutaj jest mnóstwo, ale gra na każdym kroku przypomina graczom o sklepie, wyzwaniach codziennych, sezonowych. Tak, jakby Ubisoft podjął kolejną próbę zrobienia gry, która zarobi pieniądze na skalę największych hitów battle-royale, w ogóle nim nie będąc.

Chłodna, bezduszna kalkulacja

O ile w Riders Republic można znaleźć pewne pokłady dobrej zabawy, tak najnowsza produkcja Ubisoftu wielokrotnie rzuca sobie kłody pod nogi. Z jednej strony mechaniki każdego ze sportów ekstremalnych są mocno dopracowane, przez co gdy tylko wyłączałem mózg recenzenta, potrafiłem w grze po prostu świetnie się bawić. Zwłaszcza na dyscyplinach zimowych, w których łączenie kolejnych kombinacji tricków ma pewien nostalgiczny urok.

Widać też jednak, że produkcja to przede wszystkim chłodna kalkulacja, nastawiona na przychody z przepustek sezonowych oraz zakupów kosmetyki za prawdziwe pieniądze. Grze brakuje bardziej konkretnego kierunku artystycznego. Korporacja zdecydowanie nie zrozumiała kultury sportów ekstremalnych, przez co efektem jest wszechobecna sztuczność. Dobrze jednak, że francuskie studio odeszło od samochodów. The Crew zdecydowanie nie wytrzymałoby starcia z Forza Horizon 5.

Nie zrozumcie mnie źle – pod kątem rozgrywki Riders Republic naprawdę trudno cokolwiek zarzucić. Jest to prawdopodobnie największa produkcja o sportach ekstremalnych, jaką zobaczymy przez kilka dobrych lat. Dlatego też, jeśli jesteście na głodzie i tęsknicie za takimi SSX Tricky czy Downhill Domination, nowy tytuł Ubisoftu to w zasadzie jedyny wybór w segmencie gier wysokobudżetowych. Jednakże dlatego, że jest to jedyny tytuł w gatunku na taką skalę, oczekuje się od niego znacznie, ale to znacznie więcej.

Riders Republic - promo art
Recenzja Riders Republic – ekstremalny kogel-mogel
Zalety
dopracowane sterowanie w dyscyplinach
mnogość wyzwań i aktywności
karkołomne, 64-osobowe wyścigi sieciowe
przeogromna, malownicza mapa
Wady
okropne, niedzisiejsze dialogi
tutoriale, które traktują gracza dość protekcjonalnie
typowa gra Ubisoftu, polegająca na czyszczeniu kropek z mapy
brak konkretnego kierunku artystycznego
sklep oraz codzienne wyzwania, robiące z gry niemalże pracę
6.5
Ocena