Oryginalność stanowi niewątpliwy znak rozpoznawczy, a zarazem klucz do sukcesu produktów Nothing. Marka zaprezentowała właśnie swoje nowe dziecko – słuchawki Nothing Ear (3a), mające stanowić złoty środek między wysoką jakością a korzystną ceną. Już od pierwszego dnia testów zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie, które pozostało ze mną do samego końca.
Specyfikacja techniczna Nothing Ear (3a):
- audio: przetworniki dynamiczne ∅12 mm z membranami PMI, impedancja 32 Ω, pasmo przenoszenia 20 Hz – 40 kHz, Hi-Res Audio Wireless (24-bit/96 kHz), dźwięk przestrzenny,
- konstrukcja: dokanałowe prawdziwie bezprzewodowe (true wireless),
- aktywna redukcja szumów (ANC), tryb transparentny,
- 6 mikrofonów MEMS łącznie (po 3 na słuchawkę),
- łączność: Bluetooth 6.0, kodeki SBC, AAC i LDAC, tryb multipoint,
- bateria: 55 mAh słuchawki + 500 mAh etui, do 4,5 h z włączonym ANC (do 6 h z wyłączonym), do 42 h łącznie z etui, ładowanie USB-C,
- wymiary słuchawek: 31,2×21,7×24 mm, waga 4,53 g,
- wymiary etui: 64,8×48,95×22,8 mm, waga 40,92 g (całość 49,98 g),
- odporność: IP54 (słuchawki),
- obsługa aplikacji Nothing X i Google Fast Pair.
Cena Nothing Ear (3a) w momencie publikacji recenzji i zarazem oficjalnej premiery wynosi 449 złotych. Słuchawki dostępne są w czterech wariantach kolorystycznych – białym, czarnym, różowym oraz – testowanym – żółtym.
Poza samymi słuchawkami z etui ładującym, w zestawie sprzedażowym otrzymujemy jeszcze tylko trzy dodatkowe pary nakładek silikonowych. Łącznie są zatem cztery – w rozmiarach XS, S, M oraz L.

Oryginalne wzornictwo i równie oryginalna wersja kolorystyczna
Na pierwszy rzut oka nowe Nothing Ear (3a) nie różnią się przesadnie stylistycznie od poprzedniego modelu z literką a w nazwie. Istotnie bowiem, Nothing nie zdecydował się na wymyślanie koła na nowo, tylko postawił na sprawdzony, acz wciąż bardzo nietuzinkowy, znany klientom design.
Już na wstępie pochwalić muszę jakość wykonania – choć w zasadzie mamy do czynienia niemal z samymi tworzywami sztucznymi, są one bardzo wysokiej jakości. Całość zbudowana jest bardzo solidnie, zwłaszcza dobrze prezentuje tu to przezroczyste tworzywo stanowiące większą część etui.
No właśnie, w tym miejscu płynnie możemy przejść do omawiania poszczególnych elementów. Etui ładujące ma dość nieregularny kształt. Z jednej strony mieści się ono na planie prostokąta, z drugiej nie jest zupełnie płaskie, bowiem spód oraz góra wieczka mają uwypuklenie w kształcie owalu.
Nie zabrakło również znaku rozpoznawczego Nothing, czyli dużej ilości przezroczystości. Przezierna jest tutaj nie tylko cała górna klapka, ale i ramka wokół podstawy futerału. Zawias wieczka jest stabilny, ale jednocześnie pozwala na otwarcie go jedną ręką. Sama podstawa etui ma już jednolity kolor – w przypadku testowego wariantu jest to wyrazisty – ciekawie prezentujący się – żółty.




Słuchawki mocują się do portów ładowania magnetycznie, pod lekkim kątem. Ulokowano tu też pionowo trzy malutkie diody informujące o stanie naładowania etui i słuchawek oraz przycisk służący do wywołania parowania (pozwala on także dokonać resetu do ustawień fabrycznych). Z tyłu umieszczono natomiast port USB-C.
Słuchawki w dużej mierze wyglądają bardzo podobnie jak wiele innych modeli TWS marki Nothing. Zbudowane są z górnej, umieszczanej w uchu krągłej części z tuleją na silikonową nakładkę, która w większości ma żółty kolor oraz podłużnego, spłaszczonego trzpienia.
Patyczek ten jest w dużej mierze przezroczysty. Ponadto, naniesiono na nim oznaczenie modelu (z użyciem charakterystycznej dla marki, puntkowej czcionki) oraz oznaczenia lewego i prawego kanału w postaci białej i czerwonej kropki.


Wygoda użytkowania, ergonomia
Stety lub niestety, nie należę do osób, których uszy są wybitnie wybredne w kwestii ergonomii wszelkiej maści słuchawek dokanałowych. Toteż, nie jest dla mnie większym zaskoczeniem, że również i Nothing Ear (3a) leżały w moich uszach naprawdę bardzo dobrze.
Choć nie miałem wybitnie długiego czasu na przeprowadzenie testów, wycisnąłem go jak cytrynę i słuchawki gościły w moich uszach codziennie, często nawet po parę godzin każdego dnia. I, niezależnie od tego, czy użytkowanie trwało kilkanaście minut, godzinę czy trzy godziny, w żadnym wypadku nie miałem poczucia dyskomfortu każącego mi wyjąć słuchawki z uszu.
Podczas krótszych, około godzinnych sesji słuchania, Nothing Ear (3a) pozostawały absolutnie wzorowo wygodne. Gdy odsłuch trwał sporo ponad trzy godziny ciągiem, pod koniec – istotnie – zacząłem odczuwać lekki ucisk bliżej dolnej części małżowiny, jednak był on na tyle niewielki, że w zasadzie nawet nie czułem większej potrzeby robienia przerwy.
Co też ważne, za sprawą wspomnianej już skośnej budowy, słuchawki dobrze zakotwiczają się w małżowinie, dzięki czemu trzymają się uszu bardzo stabilnie. Pochwalić mogę też niezłe pasywne tłumienie dźwięków z zewnątrz.

Łączność i obsługiwane kodeki audio
Za komunikację słuchawek z urządzeniami odtwarzającymi odpowiada Bluetooth 6.0, natomiast transmisja audio odbywa się przy wykorzystaniu kodeków SBC, AAC i LDAC. Dzięki implementacji ostatniego z nich Nothing Ear (3a) w parze z Androidem oferują wysoką rozdzielczość dźwięku do 24-bit/96 kHz.
Mimo użytkowania paru różnych sprzętów, z żadnym z nich podczas całego okresu testów nie napotkałem jakichkolwiek problemów związanych ze stabilnością łączności czy jakością odtwarzanego dźwięku.
Zasięg pozwalał mi na swobodne poruszanie się w obrębie mieszkania podczas słuchania muzyki bez brania ze sobą telefonu, a połączenie pozostawało niezakłócone. Narzekać nie mogę też na kwestię opóźnień, bowiem nie były one nazbyt duże, przez co oglądanie wideo z użyciem słuchawek nie stanowiło problemu.
Cieszy, że nie zapomniano też o obecności trybu multipoint, który pozwala połączyć słuchawki z dwoma urządzeniami jednocześnie. Działa on bezbłędnie, również wtedy, gdy któreś z nich wykorzystuje kodek LDAC. Samo przełączanie się odbywa się względem tego, które z urządzeń jako pierwsze rozpoczęło odtwarzanie.

Przejrzysta i funkcjonalna, czyli dwa słowa o aplikacji Nothing X
O ile samo sparowanie słuchawek z telefonem pozwala na wykorzystywanie ich do odtwarzania, rozmów i korzystania z ANC, tak by móc dostosować ich ustawienia, trzeba wyposażyć się w aplikację Nothing X. Tą znajdziemy zarówno w wersji na Androida w Google Play, jak i na iOS w App Store.
Interfejs aplikacji był przeze mnie bardzo szeroko omawiany przy okazji recenzji nausznych Nothing Headphone (1), zatem po szczegółowy opis zapraszam Was właśnie tam. Jest ona prosta w obsłudze, a jednocześnie nie brakuje w niej ciekawie wyglądających elementów.
Apka umożliwia nam – przede wszystkim – podejrzenie stanu naładowania słuchawek oraz etui, przełączanie trybów ANC, aktywowanie funkcji dźwięku przestrzennego, a także dostosowanie brzmienia z wykorzystaniem equalizera.
Znalazła się tu także opcja zarządzania aktualnie połączonymi urządzeniami i trybem multipoint, zmiany kodeku pomiędzy AAC a LDAC oraz włączenia trybu obniżonych opóźnień.












Jeśli chodzi o korektor, to tutaj do dyspozycji mamy dwie, a nawet trzy opcje. Pierwszą jest korektor prosty, w ramach którego można użyć jednego z czterech gotowych ustawień lub stworzyć własne, czego dokonujemy rozciągając okrąg w stronę basów, sopranów i tonów średnich.
Druga to znany z ostatnich modeli słuchawek marki Nothing zaawansowany korektor parametryczny. Jest on o tyle rozbudowany, że pozwala nam dostosować osiem pasm, przy czym każde z nich możemy precyzyjnie wybrać wpisując (lub ustawiając na suwaku) konkretną częstotliwość z zakresu. Dodatkowo, dla każdej z częstotliwości można ustawić parametr Q, określający, na jak szeroki fragment pasma wpływa dokonania zmiana.
Zaimplementowano tu również galerię presetów Nothing, przy czym nie ma ich przesadnie dużo.











Czym jest Migawka audio?
Nowością w Nothing Ear (3a) jest funkcja nazwana Migawka audio. Pozwala na nagrywanie bezpośrednio z poziomu słuchawek krótkich fragmentów odtwarzanego dźwięku, np. muzyki, filmu, programu czy podcastu. W ten sposób można nagrywać też połączenia telefoniczne.
Nagrania te mogą trwać od 30 do 60 sekund i mogą obejmować zarówno fragmenty od momentu wywołania funkcji, jak również określony czas wstecz. Dostosowujemy to wykorzystując suwak w ustawieniach zaszytych w aplikacji. Co ciekawe, z racji, że słuchawki mają 32 MB swojej wbudowanej pamięci, nagranie zapisywane jest wewnątrz nich, a dopiero po zakończeniu rejestrowania przesyłane do aplikacji.
W apce znajduje się lista zarejestrowanych nagrań wraz z datami i długością trwania. Po wybraniu konkretnego z nich możemy nie tylko je odtworzyć, ale też dokonać transkrypcji na tekst wybierając jeden z trzech modeli transkrybowania – szybkiego, precyzyjnego lub Pro. Ten ostatni dostępny jest jednak tylko jako trzymiesięczny okres próbny z limitem 120 minut przełożonych nagrań w miesiącu.
Aby wywołać migawkę audio musimy jednocześnie uszczypnąć obie słuchawki lub wykonać gest dwukrotnego uszczypnięcia i przytrzymania jednej z nich. I, generalnie, funkcja ta jest całkiem ciekawa i działa zupełnie nieźle, jednak – będąc szczerym – nie widzę dla niej wybitnie szerokiego zastosowania na co dzień.
Pewien minus stanowi też fakt, że funkcja migawka audio nie działa, gdy korzystamy z kodeku LDAC.








Sterowanie z poziomu słuchawek
Nothing Ear (3a) zostały wyposażone w czułe na dotyk panele zlokalizowane na bocznych krawędziach trzpieni słuchawek, a interakcji z nimi dokonujemy poprzez uszczypnięcia. Samo działanie tego sposobu sterowania nie daje powodów do narzekania.
Na domyślnych, fabrycznych ustawieniach, wykonywane akcje wyglądają następująco:
- jednokrotne uszczypnięcie: wznów/wstrzymaj odtwarzanie, odbierz/zakończ połączenie,
- dwukrotne uszczypnięcie: następny utwór, odrzucenie połączenia,
- trzykrotne uszczypnięcie: poprzedni utwór,
- uszczypnięcie i przytrzymanie: zmiana trybów ANC,
- dwukrotne uszczypnięcie i przytrzymanie: nagranie migawki audio,
- uszczypnięcie dwóch słuchawek jednocześnie: nagranie migawki audio.
I, o ile interakcje dla pojedynczego uszczypnięcia przypisane są na sztywno i nie da się ich zmienić, tak wszystkie pozostałe możemy już śmiało dostosować w aplikacji Nothing X.







Nie brakuje natomiast sensorów obecności słuchawek w uszach. Działają one zupełnie poprawnie, wychwytują wyjęcie z ucha relatywnie szybko, choć muszę odnotować, że niekiedy reagowały także na trzymanie słuchawki w dłoni i wstrzymywały odtwarzanie dopiero po jej odłożeniu na inną powierzchnię. W razie potrzeby czujniki można wyłączyć.

Czas pracy Nothing Ear (3a)
Obie słuchawki zostały wyposażone w akumulatory o pojemności 55 mAh, natomiast w etui umieszczono ogniwo 500 mAh. Według danych producenta, ma się to przekładać na do 4,5 godziny odtwarzania z włączonym ANC oraz do 6 godzin po jego wyłączeniu. Doładowania w etui mają pozwolić uzyskać łącznie do 42 godzin pracy.
Podczas testów, przez większość czasu miałem uruchomioną redukcję hałasów i wykorzystywałem źródła dźwięku pozwalające na użycie kodeku LDAC, przez co to właśnie on był używany w zdecydowanej większości przypadków. Wspominam o tym z uwagi na fakt, że LDAC z reguły jest kodekiem zużywającym większą ilość energii i wpływającym na finalny czas działania.
Niemniej jednak, czas pracy w Nothing Ear (3a) wciąż był zupełnie zadowalający. Przy włączonym ANC i LDAC, po trzech i pół godziny korzystania, słuchawki wciąż miały ok. 20-25% baterii, a po dobiciu do czterech godzin, stan naładowania spadał do 10%. Prezentuje się to nieźle, choć – jednocześnie – nie brak słuchawek, które potrafią działać jeszcze dłużej.
Przy tym, po tygodniu codziennego użytkowania, poziom baterii w etui ładującym wynosił jeszcze 35%. Śmiało można powiedzieć, że naładowany do pełna futerał pozwala na przynajmniej tydzień korzystania ze słuchawek, co jest jak najbardziej dobrym wynikiem.
Ładowania dokonujemy z wykorzystaniem złącza USB-C i trwa ono około godzinę z minutami.

Efektywność ANC i tryb transparentny
Do dyspozycji użytkowników, słuchawki Nothing Ear (3a) oddają aktywną redukcję szumów, która – rzekomo – ma izolować do 45 dB hałasów, a jej działanie opiera się o układ sześciu mikrofonów. Wybierać można tu spośród czterech stopni ANC – niski, średni, wysoki oraz adaptacyjny.
Podczas testów, przez większość czasu raczej decydowałem się na korzystanie z wysokiego poziomu ANC, bowiem to on okazał się być tym najbardziej efektywnym w różnych scenariuszach, zwłaszcza w komunikacji publicznej.
W ogólnym rozrachunku, skuteczność działania redukcji szumów w Nothing Ear (3a) oceniam naprawdę bardzo pozytywnie. Świetnie sprawdza się ono przede wszystkim podczas podróży pociągami czy komunikacją miejską, wycinając wówczas bardzo dużą część powstających tam hałasów składających się z jednostajnych, niskich dźwięków.
Gorzej, ale wciąż zupełnie dobrze (mniej więcej o połowę), wytłumiane są odgłosy rozmów (krzyki już niestety niekoniecznie), stukot klawiatury czy szum włączonej klimatyzacji. Trochę większy problem stanowi niejednostajny hałas ruchliwej ulicy, bowiem odgłos przejeżdżających samochodów potrafi przebijać się przez ANC najbardziej słyszalnie.

Z wiatrem bywa już średnio na jeża. O ile umiarkowany wiatr nie stanowi problemu i jest skutecznie blokowany, tak każdy silniejszy podmuch (pozdrowienia znad wietrznego Bałtyku ;)) potrafi powodować wyraźny, niekoniecznie przyjemny dla uszu trzask w słuchawkach.
Nothing Ear (3a) pozwalają nam też skorzystać z trybu transparentnego, czyli odwrotności aktywnej redukcji szumów, bowiem jego zadaniem jest wtłaczanie dźwięku wychwytywanego przez mikrofony wprost do słuchawek. Przy tym nie oferuje on tu żadnych dodatkowych ustawień głośności.
Całościowo, tryb transparentny spisuje się po prostu dobrze, choć nie aż tak jak samo ANC. Dźwięki w tym trybie brzmią relatywnie naturalnie, nie słychać tu drastycznej ilości szumów, ale można niekiedy odnieść wrażenie delikatnego przytłumienia dźwięku.

Jakość rozmów
Nothing Ear (3a) zostały wyposażone w zestaw sześciu mikrofonów MEMS, po trzy w jednej słuchawce. I, poza tym, że odpowiadają za działanie ANC, wykorzystywane są również do prowadzenia połączeń, w czym wspomagają je algorytmy izolacji głosu.
Słuchawki posłużyły mi do odbycia kilku rozmów – telefonicznych oraz przez komunikatory internetowe. Rozmówcy nie zgłaszali rażących problemów z jakością mojego głosu i w większości przypadków słyszeli mnie na bardzo dobrym poziomie.
O ile znajdowałem się w cichym otoczeniu, głos był przekazywany w pełni czysto i wyraźnie, nawet jeśli nieco ściszałem ton. Z hałaśliwymi warunkami bywało już różnie – zazwyczaj wypowiadane przeze mnie słowa były dobrze izolowane od niepożądanych dźwięków, ale w najbardziej głośnym otoczeniu algorytmy redukcji szumów powodowały zniekształcanie głosu.
Zdarzało się też, że niespodziewanie pojawiające się dźwięki lub podmuchy wiatru potrafiły przebić się przez izolację do rozmówcy. W ogólnym rozrachunku jednak, całościowo jest naprawdę bardzo dobrze.

Brzmienie i jakość dźwięku Nothing Ear (3a) – jest znacznie lepiej, niż się spodziewałem
Tą kwestię zawsze zaczynam od przypomnienia aspektów technicznych, zatem nie może być inaczej także i tym razem. Nothing Ear (3a) zostały wyposażone w przetworniki dynamiczne o średnicy 12 mm. Za sprawą kodeku LDAC, pasmo przenoszenia to 20 Hz – 40 kHz, a rozdzielczość dźwięku wynosi do 24-bit/96 kHz.
Brzmienie Nothing Ear (3a) zdecydowanie przypadnie do gustu większości potencjalnych użytkowników. Słuchawki zostały zestrojone bardziej rozrywkowo, dźwięk jest okraszony solidną porcją soczystych basów, a całość strojenia przypomina lekko plan litery V, choć niezupełnie. To kawał naprawdę przyjemnego w odbiorze, angażującego dźwięku.
Niskie tony zdecydowanie stanowią tu mocny fundament. Bas atakuje szybko, zwinnie, jest masywny i bardzo energiczny, ale – jednocześnie – skłamałbym mówiąc, że powoduje zamulenie całości dźwięku. Absolutnie nie, bo kontrola niskich tonów jest zupełnie dobra. Wprost świetnie wypada zejście w bardzo niskie, subbasowe partie i słychać tu bardzo przyjemny, wibrujący pomruk.

Konsekwencją mięsistego dołu jest natomiast nieco ciepła barwa całości brzmienia. Średnica jest – właśnie – lekko ocieplona, ale pozostaje w odpowiednio bliskiej ekspozycji i ma bardzo dobrą rozdzielczość, bowiem detali i niuansów jest tutaj naprawdę sporo. Barwa wokali jest relatywnie bliska naturalnej, choć delikatnie wygładzona.
Tony wysokie są detaliczne, klarowne oraz przyjemne w odbiorze. Nie jest ich ani za dużo, nie iskrzą nadmiernie i nie powodują zmęczenia uszu, a jednocześnie zdecydowanie nie chowają się za pozostałymi składowymi. Scena dźwiękowa prezentuje przede wszystkim dużą rozpiętość stereo, ale nie daje poczucia nadmiernej ciasnoty – nie brakuje napowietrzenia i dobrej separacji instrumentów.

Podsumowanie
Nothing Ear (3a) to kolejne słuchawki ze stajni marki Nothing, które mnie nie zawiodły. Przeciwnie – okazały się być bardzo, bardzo dobrą propozycją, która bez grama wstydu może konkurować z innymi modelami w swoim pułapie cenowym, a nawet i odrobinę droższymi.
Otrzymujemy tu przede wszystkim bardzo solidne, rozrywkowe, angażujące brzmienie z energicznym basem, skuteczną aktywną redukcję szumów, niezły czas pracy (z etui), dobrą jakość połączeń. Doceniam też fajną stylistykę, bardzo dobrą ergonomię użytkowania, funkcjonalną aplikację z rozbudowanym EQ, kodek LDAC oraz tryb multipoint.
Braków i wad trzeba szukać nieco na siłę. Czas pracy samych słuchawek (bez etui) mógłby być choć trochę lepszy, a rozmowy w hałaśliwym otoczeniu nie powodować zniekształcania głosu. Szkoda też, że gestów dotykowych nie uzupełnia przesunięcie palcem celem regulacji głośności.
Całościowo, bez cienia wahania mogę powiedzieć, że Nothing Ear (3a) dołączają właśnie do mojej topki najlepszych średniopółkowych słuchawek TWS. Realnie stanowią one jeden z najlepszych wyborów, zwłaszcza, gdy szukamy słuchawek, których wzornictwo wyróżnia się w tłumie.









