The Last of Us: Part I - Joel wraz z Ellie
The Last of Us: Part I - Joel wraz z Ellie

Recenzja gry The Last of Us: Part I – nadzieja umiera ostatnia

The Last of Us Part I - grafika promocyjna (źródło: PlayStation)
PREMIERA
2 września 2022
PRODUCENT
Naughty Dog
WYDAWCA
PlayStation Polska
CENA
339 zł
GRALIŚMY NA
PlayStation 5

Dawno nie byłem tak skonfliktowany wobec nowej gry, jak w przypadku The Last of Us: Part I. Z jednej strony, to naprawdę bardzo dobry remake, który przedłuża życie opus magnum Neila Druckmanna. Nie ma jednak co się oszukiwać – to dalej tytuł z 2013 roku, bezpardonowo wydany w pełnej cenie.

Gorzki smak rozpaczy

Kiedy znów uroniłem łzę na prologu gry, wiedziałem, że The Last of Us: Part I nie będzie słodką, nostalgiczną przeprawą. Naughty Dog stworzyło świat, w którym nawet odrobina zaufania do drugiego człowieka to słabość. Zarażeni to zdecydowanie najmniejszy problem, z jakim mogą się borykać Joel i Ellie. Więcej trudu sprawiają ludzie, zapominający o człowieczeństwie, posuwający się do najbardziej brutalnych aktów. Pozbawieni nadziei, zaślepieni wizją przetrwania kolejnego dnia. Dlatego też relacja Joela i Ellie tak dobrze tu wybrzmiewa. Dziecięca niewinność oraz odwaga Ellie przywraca najemnikowi nadzieję, którą utracił wraz ze śmiercią swojej córki.

Z łatwością można odnaleźć aspekty, w jakich pozycja Naughty Dog wyprzedzała inne wydawnictwa o lata świetlne już w 2013 roku. Po takich premierach, jak Saints Row, łatwo odnieść wrażenie iż dalej to robi, i to z niebywałą skutecznością. Budowanie świata przedstawionego, fenomenalna gra aktorska, a także angażująca walka z przeciwnikami oraz nieustająca atmosfera zaszczucia – wszystkie te elementy były już tak dopracowane w oryginale, że dziś o The Last of Us: Part I mówi się w kategoriach najmniej potrzebnego remake’u.

W The Last of Us: Part I, Bill wygląda jakby był modelowany pod Nicka Offermana - odtwórcę roli w serialu od HBO
W The Last of Us: Part I, Bill wygląda, jakby był modelowany pod Nicka Offermana – odtwórcę roli w serialu HBO

Najmniej potrzebnego, ponieważ trudno coś zmieniać w tak nowoczesnej grze, która dodatkowo otrzymała remaster na PlayStation 4. Skupiono się więc na tym, żeby pierwowzór zaczął przypominać kontynuację z 2020 roku. Nic w tym dziwnego – już w niej było mnóstwo retrospekcji, które okazały się zapalnikiem dla pomysłu na remake.

Łatwo się też domyśleć, że powstający serial HBO tylko dolał oliwy do ognia. Na fanów adaptacji już będzie czekać odświeżona gra, która w późniejszym terminie trafi również na komputery PC. Nowa warstwa farby nie sprawi jednak, że będzie to zupełnie inny tytuł, zwłaszcza iż zmiany dotyczą głównie warstwy graficznej oraz implementacji dodatkowych ułatwień dostępu.

Czy The Last of Us: Part I skorzystałoby na implementacji mechanik walki z dwuletniej już kontynuacji? Raczej nie – Joel jest znacznie bardziej ociężałą postacią niż 18-letnia Ellie, a wszelkie rolki i fikołki usunęłyby z produktu wspomnianą już atmosferę zaszczucia.

Każdy zasób w pierwowzorze jest na wagę złota, nawet na normalnym poziomie trudności. Eliminacja wrogów z ukrycia jest wręcz wskazana, a wszelkie znamiona brawury mogą się skończyć szybką śmiercią. Chociażby dlatego, trudno obwiniać autorów o brak zmian w strukturze gry. Nawet samodzielny dodatek – Left Behind – pozostał samodzielną, niezależną zawartością, dostępną w głównym menu gry.

Co zmieniło się w The Last of Us: Part I?

Przede wszystkim, warstwa graficzna. Tytuł bardzo przypomina to, co zobaczyliśmy w The Last of Us: Part II (2020). Twarze bohaterów zyskały znacznie więcej emocji, a słońce zagląda do pomieszczeń znacznie śmielej, przez co wychodzenie z budynków powoduje realistyczny efekt pierwotnego zamroczenia, zwłaszcza na telewizorach obsługujących HDR. Gra świateł stoi na wybitnym poziomie, lecz trudno spodziewać się czegokolwiek innego od ekipy Neila Druckmanna. Podobne wrażenie robią opady deszczu, błotniste kałuże czy wreszcie bujna, apokaliptyczna roślinność – teraz zielona jak nigdy dotąd.

Tytuł wygląda teraz jak flagowa produkcja z końcówki życia PlayStation 4, działająca sprawnie w rozdzielczości 1080p i 60 kl/s. W dynamicznym 4K jest nieco gorzej, bo tytuł zaledwie próbuje dobić do magicznych sześćdziesięciu ramek, powodując dość dziwny efekt. Gra pozwala również na zabawę w natywnym 4K, lecz tutaj czeka nas zaledwie 30 kl/s. Powoli musimy się chyba godzić z faktem, iż generacja PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S również nie uniknie kompromisów w tym temacie.

Co się jednak nie zmieniło, to fenomenalna pętla rozgrywki. Jest coś uzależniającego w przeszukiwaniu opustoszałych domów, ekscytacji każdym drobnym zasobem oraz mozolnym ulepszaniem zdolności i arsenału Joela. Znów śmiałem się do rozpuku z sucharów czytanych przez Ellie, a każda walka powodowała niesamowity wzrost adrenaliny. W szczególności w Left Behind, które już bawiło się możliwością napuszczania zarażonych na ludzkich przeciwników. Naughty Dog ma w asortymencie kapitalny model strzelania i trudno się dziwić, że studio nie spieszy się do stworzenia kolejnej, ryzykownej marki, mając tak dopracowane produkcje we własnym portfolio.

The Last of Us: Part I to najlepszy sposób, na przeżycie tej przygody. Pomimo ceny gry, to niezaprzeczalny fakt.
The Last of Us: Part I to najlepszy sposób, na przeżycie tej przygody. Pomimo ceny gry, to niezaprzeczalny fakt

Jeżeli jednak gra jest tak podobna do The Last of Us: Part II (2020), dlaczego więc nie mogła się ukazać również na PlayStation 4? Chociażby dlatego, że remake dość mocno wykorzystuje kontroler Dual Sense.

Haptyczne wibracje są jednak wykorzystane na minimalnym poziomie. Chociażby w przypadku otwierania sejfów, zagadka dalej opiera się na mozolnym sterowaniu pokrętłem i wyczuwaniu dźwiękowych nieprawidłowości, aniżeli jakimkolwiek wyczuciu kontrolera. Wibracje zaczynają odgrywać ważną rolę, gdy mówimy o ułatwieniach dostępu. Osobom niedosłyszącym spodoba się fakt, że tytuł może przetwarzać mowę na wibrację, co doda pozytywnych wrażeń przy odczytywaniu napisów.

Znacznie lepiej zastosowano jednak adaptacyjne triggery. Te oczywiście uaktywniają się wraz ze zdobyciem łuku i strzelby. Naciąganie cięciwy wywołuje uczucia podobne do tych z Kena: Bridge of Spirits (2021), a odrzut przy strzelbie powoduje, iż ludzi oraz zarażonych likwiduje się teraz z niebotyczną przyjemnością.

Szczególnie, gdy którekolwiek z nich próbuje zagrozić Ellie. The Last of Us: Part I dość szybko aktywuje w graczu ojcowski instynkt, którego siła rośnie wraz z postępami w rozgrywce i budowaniu relacji z dziewczynką.

Czy The Last of Us: Part I rzeczywiście powinno kosztować 339 złotych?

Moim zdaniem, negatywna dyskusja wobec produkcji Naughty Dog mogłaby zostać zakończona jednym prostym trikiem, czyli obecnością The Last of Us: Part I w odświeżonym PlayStation Plus, nawet ekskluzywnie dla najwyższego progu Premium. Tak jednak nie jest, a Sony wyceniło ten produkt na niebotyczne 339 złotych, jak resztę nowych wydawnictw na PlayStation 5.

Najgorsze jest to uczucie bezsilności – nie uważam, żeby liczba wprowadzonych zmian usprawiedliwiała ten próg cenowy. Wiem jednak, że seria ma niesamowicie liczne grono fanów, którzy już dawno złożyli przedpremierowe zamówienie.

Nie byłbym jednak uczciwy, gdybym nie pochwalił Naughty Dog za wprowadzenie tak ogromnej liczby ułatwień dostępu. Wspomniałem wcześniej o przetwarzaniu dialogów na wibracje, a tytuł zawiera przecież ogrom innych ustawień.

Warto wymienić zamianę tekstu na mowę, ale też zaawansowaną audio-deskrypcję, która na pewno pomoże w zabawie osobom niewidomym. Oprócz tego, możliwość dowolnej rekonfiguracji przycisków, opcje wysokiego kontrastu, tryby dla daltonistów, pomoce podczas walki. To wszystko robi piorunujące wrażenie i chciałoby się, żeby inne studia poszły tu śladem Naughty Dog.

Powiedziałem już, nie zabrałem wszystkich puszek Coca-Coli!

Myślę również, że tutaj tkwi serce problemu. Pełnosprawni gracze nawet nie zauważą zmian, jakie Naughty Dog wprowadziło do The Last of Us: Part I. Oni zwrócą uwagę wyłącznie na poprawioną grafikę, która – na nieszczęście studia – już była fantastyczna w 2013 roku na PlayStation 3. Czy niepełnosprawni gracze powinni dopłacać za to, że są chorzy? Oczywiście, że nie. Jednakże, sam fakt iż Naughty Dog wydaje grę z tak szerokimi ułatwieniami dostępu sprawia, że inne studia będą również chętniej implementować te mechaniki, czyniąc świat gier przystępniejszym dla osób niepełnosprawnych.

Dlatego też sprawa pozostaje bardzo prosta. Jeżeli – podobnie jak ja – uważacie, że The Last of Us: Part I nie jest warte 339 złotych, wystarczy poczekać na pierwsze obniżki lub tańsze, używane pudełka z grą. Większość zaangażowanych graczy zna już tę historię na pamięć, więc i tak nie ominie Was jakaś wielka dyskusja o tej produkcji.

Jednocześnie, trudno mi sobie wyobrazić lepszy sposób na pierwszy kontakt z tą serią. Dylogia Naughty Dog tworzy teraz spójną całość, a to przecież miał na myśli Neil Druckmann, zabierając się za ten projekt. Cel osiągnięty, tylko zdecydowanie zbyt wielkim kosztem.

The Last of Us: Part I - Joel wraz z Ellie
Recenzja gry The Last of Us: Part I – nadzieja umiera ostatnia
Zalety
to dalej jedna z najlepiej napisanych historii w branży gier, deklasująca nawet tegoroczne wydawnictwa
upodobnienie gry do The Last of Us: Part II wyjdzie na korzyść całej dylogii
ogrom ułatwień dostępu dla niepełnosprawnych graczy
Wady
jeżeli nie lubicie The Last of Us, remake również nie jest rewolucją
pomyślcie, że w tym czasie Naughty Dog mogło robić zupełnie nową grę...
niebotyczna cena, jak za remake
7.5
Ocena