W temacie produkcji smartfonów Google zdążyło wyrobić sobie opinię sprawnego rzemieślnika. Kolejne urządzenia z rodziny Pixel nie wzbudzają już tyle emocji, co kiedyś, ale w większości wypadków stanowią bardzo bezpieczny wybór dla kogoś, kto potrzebuje sprzętu, na którym można polegać w każdej sytuacji. Czy Pixela 11 Pro można zaliczyć do tej kategorii?
Specyfikacja techniczna Google Pixel 11 Pro
- wyświetlacz Super Actua OLED o przekątnej 6,3″ i rozdzielczości 2424×1080 pikseli, częstotliwość odświeżania 60-120 Hz, jasność szczytowa do 3600 nitów, jasność HDR do 2400 nitów, HDR, 24-bit, Gorilla Glass Victus 2,
- procesor Google Tensor G6 z koprocesorem zabezpieczeń Titan M3,
- 16 GB RAM,
- 512 GB pamięci wewnętrznej Zoned UFS,
- system Android 17, oraz 7 lat aktualizacji systemu i Pixel Drop,
- aparat główny 50 Mpix (1/1.3″, f/1.68, Octa PD, OIS) + ultraszerokokątny 48 Mpix (f/1.7, 123°, 1/2.51″, autofocus, Quad PD) + teleobiektyw 48 Mpix (zoom optyczny 5x, 1/1.95″, f/2.8, Quad PD, OIS), LDAF,
- przedni aparat 42 Mpix (f/2.2, 103°, AF, Dual PD),
- WiFi 7 (802.11be), 2.4+5+6 GHz, 2×2 MIMO,
- 5G, VoLTE i WiFi Calling, eSIM,
- dualSIM (nanoSIM + eSIM),
- Bluetooth 6.0, kodeki audio SBC, AAC, aptX HD, LDAC,
- NFC,
- GPS (Dual Band), GLONASS, Galileo,
- łączność Thread,
- głośniki stereo z dźwiękiem przestrzennym,
- ultradźwiękowy czytnik linii papilarnych,
- dioda LED HiLight,
- USB-C (USB 3.2),
- akumulator o pojemności 4850 mAh, ładowanie przewodowe PPS 30 W + magnetyczne
- Pixelsnap (Qi 2.2) 25 W,
- wymiary: 152,7×71,9×8,4 mm,
- waga: 204 g,
- IP68.
Wspomnę tylko, że jest to specyfikacja testowanego egzemplarza. Podstawowa wersja Pixela 11 Pro wyposażona jest w 12 GB RAM i 256 GB pamięci wewnętrznej.


Cena Google Pixel 11 Pro w oficjalnym sklepie producenta wynosi 5199 złotych w wersji 12 GB + 256 GB. Opcja 16 GB + 512 GB kosztuje 5799 złotych. Pojawiła się też ultymatywna wersja z 16 GB RAM i 1 TB pamięci masowej, za którą trzeba zapłacić 6899 złotych. Urządzenie dostępne jest w kolorach: miedziany róż, szałwiowy, jasnoszary i obsydianowy. Znajdziemy je w sklepach Media Expert, x-kom, a także w ofertach operatorów Play i T-Mobile.
Google Pixel 11 Pro
Jak na razie w sklepach nie widać jeszcze żadnych obniżek cen. To normalne, bo jest jeszcze na to zbyt wcześnie. Jedyną opcją na obniżenie kosztów zakupu jest skorzystanie z promocji odkupu starszego urządzenia, ale zrozumiałe jest, że nie wszystkim będzie odpowiadać taki układ.
Wzornictwo i wykonanie Pixela 11 Pro – luksus wg Google
Google od dłuższego czasu stawia na bardziej stonowane kolory obudowy w smartfonach, jeśli mówimy o serii Pro. Podstawowa linia telefonów zwykle mogła liczyć na większą odwagę pod tym kątem. Podobnie jest w tym roku.
Testowany egzemplarz w opcji miedziany róż sprawia dobre wrażenie wizualne, zwłaszcza w połączeniu z błyszczącymi ramkami i matowymi pleckami, ale subiektywnie efektu “wow” nie doświadczyłem. Ciekaw jestem jak błyszczące ramki przetrwają próbę czasu. Ponoć lepiej znoszą codzienne użytkowanie niż matowe aluminium obecne w podstawowych wersjach – mój Pixel 9 zdołał zgromadzić już na rogach i boczkach wiele punktowych odprysków.



Oglądając bryłę Pixela dostrzegamy: slot na kartę SIM i otwór mikrofonu na górnej ramce, a na dolnej gniazdo USB i maskownice głośników oraz mikrofonu. Znakiem rozpoznawczym Google jest umieszczanie przycisku odblokowania ekranu nad przyciskami do regulacji głośności. Jeszcze ze dwa lata i się do tego przyzwyczaję. Może dla mnie jest nadzieja, bo odnoszę wrażenie, że dla projektantów takiego układu – już nie ma.
Ramki wokół wyświetlacza nie zwracają na siebie uwagi, ale istnieją. Wydaje się, że producenci smartfonów porzucili pomysł szokowania potencjalnych użytkowników bezramkowym designem frontu smartfonów. A nawet gdyby pojawiła się taka tendencja, mam wrażenie, że Pixele jeszcze przez długi czas zachowałyby aktualny wygląd, czyli może nie bezramkowy, ale zachowujący pewną miarę rozsądku.
To, co mi się niezmiennie podoba w tych konstrukcjach, to fakt niemalże całkowitego zredukowania powierzchni zajmowanej przez górny głośnik. Praktycznie znika on gdzieś w okolicach górnej ramki i dla mnie to jest jakaś magia.






Jeśli komuś odpowiadał pomysł na wyspę aparatów, który od kilku generacji uskutecznia Google, to poczuje się tu jak w domu. “Pastylka” wystaje równie bezczelnie jak wcześniej. Maniacy symetrii ucieszą się, że teraz przestrzeń między czujnikami jest całkowicie wypełniona czarnym tworzywem pod szkłem, więc patrząc na tył Pixela 11 Pro nie odnosi się już wrażenia, że obiektywy są zepchnięte na bok. Bardzo dobrą rzeczą jest to, że brzegi wysepki odrobinę wychodzą poza powierzchnię szkła w zestawie aparatów. Dodatkowo chroni to je przed ewentualnym uszkodzeniem. Pomyślane.
Wyspa z aparatami straciła jeden element, a zyskała inny. Mianowicie nie znajdziemy tu już czujnika temperatury, a zamiast tego dodano diodę doświetlającą HiLight, która – oprócz flesza aparatu i latarki – teraz może pełnić funkcję słabo konfigurowalnej diody powiadomień.
Ogólny feeling urządzenia jest celujący. Pixela 11 Pro w dłoni trzyma się znakomicie. Wrażenie obcowania ze sprzętem klasy premium istnieje i nie ustępuje na żadnym etapie użytkowania, o ile nie wciśniemy telefonu w etui z tworzywa sztucznego. Aha, etui z Pixela 10 Pro nie będzie pasować do “jedenastki”. Google nie pozwoli nam zaoszczędzić nawet na tak podstawowym akcesorium.
Skoro już jesteśmy przy etui, wrzucę wzmiankę, że telefon obsługuje akcesoria magnetyczne Google Pixelsnap, umożliwiające “przyklejanie” urządzenia do wybranych ładowarek czy powerbanków. Dobrze, że firma ma swój odpowiednik Apple MagSafe.


Ciekawostką jest, że smartfon waży dokładnie tyle samo, co zeszłoroczny Pixel 10 i jest ociupinkę lżejszy (choć nawet w bezpośredniej konfrontacji niezauważalnie) względem Pixela 10 Pro. Szczerze powiedziawszy byłem tym faktem zaskoczony, bo przed rozpoczęciem testów nastawiałem się na cięższą bryłkę szkła i krzemu.
W 2026 roku odpowiedni standard odporności na wodę i kurz musi być zachowany, i w przypadku Pixela 11 Pro rzeczywiście tak jest. Dzięki temu nie trzeba się przesadnie martwić o ewentualne zachlapanie czy zapylenie telefonu. IP68 określa stopień ochrony, w którym pył nie powinien w ogóle wnikać do obudowy urządzenia i przeprowadzono testy laboratoryjne, w których zanurzano urządzenie w wodzie na głębokość powyżej 1 metra.
Wyświetlacz Pixela 11 Pro – przyjaciel tysięcy nitów
Pixel 11 Pro ma znakomity wyświetlacz OLED o przekątnej 6,3 cala. Panel potrafi rozjaśnić ekran do 2400 nitów (a w szczycie nawet 3600 nitów), co wprowadza do użytkowania urządzenia pewien komfort. Otóż nawet w najbardziej słoneczne dni człowiek nie udaje się do ustawień wyświetlacza, by sprawdzić, czy może jeszcze podbić jasność ekranu. Bardzo to uwalniające, zwłaszcza jeśli do tej pory mieliśmy taki odruch.


Tutaj dobrą robotę robi czujnik oświetlenia, który automatycznie dobiera jasność do zastanych warunków. Starsze Pixele potrafiły mieć z tym problemy, natomiast w 11 Pro nie mam żadnych zastrzeżeń do pracy tego komponentu. Kiedy jest ciemno, ekran nie razi po oczach, a w jaśniejszych wnętrzach i na zewnątrz, telefon potrafi dobrze wstrzelić się w potrzeby użytkownika. Świetnie!
Ekran oferuje przełączanie się między wartościami odświeżania ekranu 60 Hz i 120 Hz. Przyjemnie korzysta się z telefonu w tym drugim trybie – domyślnie jest on włączony, więc od razu mamy do czynienia z wrażeniami z wysokiej półki. Interesujące jest jednak, że nie od razu po wyjęciu z pudełka interfejs użytkownika rysowany jest w maksymalnej rozdzielczości. Ekran będzie pracować w rozdziałce 1080 x 2410 pikseli, chyba że manualnie przełączymy się na tryb 1280 x 2856 pikseli. Oczywiście, że należy to czym prędzej zrobić ;)
Innymi opcjami, którymi można się zainteresować, są na przykład “Dostosowanie odcienia” czy “Filtry dla wygody”. Pierwsza dynamicznie wyświetla obraz w cieplejszych lub chłodniejszych barwach, bazując na jasności otoczenia. Druga pomaga ograniczyć zmęczenie wzroku, tonując barwy lub umożliwiając skorzystanie z podświetlenia nocnego, ograniczającego emisję ostrego niebieskiego światła w nocy.




Obsługa dotykowa nie sprawia żadnych problemów. Brak fantomowych, czy źle zinterpretowanych gestów podczas użytkowania urządzenia na co dzień powinien być standardem, i w przypadku Google – jest.
Przydatne drobiazgi Pixela 11 Pro i jeden kompletnie zbędny bajer
Google zadbało o najlepsze doświadczenia związane z haptyką zarówno na poziomie sprzętowym, jak i pod kątem oprogramowania. Pod kątem hardware’u mamy wydajne silniczki wibracyjne, które wyraźnie sygnalizują połączenia czy trzęsą telefonem podczas alarmów. Z drugiej strony sygnały te nie wydają się być toporne: nie drażnią i potrafią być subtelne, kiedy trzeba.
Duża w tym zasługa odpowiedniego oprogramowania, które jest dobrze zestrojone ze sprzętem. Poruszanie się po ekranach, pisanie na klawiaturze ekranowej czy granie w gry z zaimplementowanymi efektami wibracyjnymi – wszystko tworzy spójne doświadczenie, cementujące poczucie korzystania z prawdziwego flagowca.
Jedną z inteligentnych funkcji, pozostających niewłączonych na dzień dobry, są wibracje adaptacyjne. Dzięki nim telefon, polegając na danych płynących z mikrofonów, będzie dynamicznie dostosowywał natężenie wibracji w zależności od otoczenia. Tam, gdzie panuje hałas, wibra będzie pracować żwawiej, a w cichszych miejscach poczujemy jeno lekkie drżenie obudowy. W praktyce różnice nie są aż tak zauważalne, a przynajmniej ja nie odczułem specjalnego przeskoku.

W ustawieniach możemy odnaleźć też przełączniki innych inteligentnych funkcji bazujących na gestach. Mamy wśród nich:
- dwukrotne tapnięcie tylnego panelu dla uruchomienia wcześniej ustalonej akcji,
- dwukrotne wciśnięcie przycisku zasilania dla uruchomienia Aparatu lub Portfela Google,
- naciśnięcie i przytrzymanie przycisku zasilania dla wywołania menu zasilania lub asystenta Gemini,
- odwracanie gestem telefonu podczas robienia zdjęć do przełączania się między tylnym i przednim aparatem,
- dotknięcie zablokowanego ekranu dla poglądu powiadomień,
- podniesienie telefonu z wygaszonym ekranem (w tym samym celu),
- odwrócenie telefonu dla wyciszenia dzwonk lub alarmu,
- tryb jednej ręki.
Google dalej uparcie ogranicza gest dwukrotnego naciśnięcia przycisku zasilania wyłącznie do dwóch akcji. Niby się już do tego przyzwyczaiłem, ale wciąż przypominam sobie o tym, jak ograniczony jest pod tym względem Pixel, podczas gdy używając nawet budżetowego Samsunga mogę włączyć latarkę 3x szybciej.



Nowością w świeżych Pixelach jest dioda HiLight. Oprócz pełnienia funkcji lampy błyskowej w aparacie i latarki, można przypisać jej jeszcze dwa inne zadania. Ponieważ barwa HiLight może się zmieniać, możemy ustawić ją tak, by mieniła się różnymi kolorami, gdy korzystamy z głosowego asystenta Gemini Live. Dzięki temu można zyskać wrażenie, że rozmawiamy ze sztuczną inteligencją z filmów sci-fi, choć taka wizualna reprezentacja cyfrowego asystenta już dawno się zdezaktualizowała i nie robi wielkiego wrażenia.
Do różnych kolorów diody można przyporządkować też ulubione kontakty z książki adresowej, ale to właściwie tyle, co potrafi ten nowy element. Jak na coś, na co Google zdecydowało się zamiast sensora temperatury, HiLight ma wręcz śmiesznie małe możliwości.
Brak określenia osobnego sygnału dla przychodzących wiadomości, brak dopasowań barwy powiadomienia dla różnych aplikacji – przecież skoro jest to światełko, na które składają się różne diody RGB, to aż się prosi, żeby mieć więcej konfigurowalnych opcji. Kompletnie zaprzepaszczony potencjał w przypadku rzeczy, której równie dobrze mogłoby nie być.
Zresztą, widzieliśmy już podobne rozwiązania u konkurencji, w tym znacznie bardziej rozbudowany i mający więcej sensu interfejs Glyph w urządzeniach Nothing. Nie mówiąc już o tym, że by aktywnie korzystać z tego rozwiązania, trzeba wyrobić sobie zwyczaj odkładania telefonu wyświetlaczem do dołu. Jeśli ktoś taki już ma – ok. Jeśli nie – sama dioda o ograniczonych możliwościach raczej nie sprawi, że taki schemat uda się wypracować. Wymaga to świadomego działania użytkownika, a my przecież lubimy domyślne rozwiązania.
Żadna to rewolucja, a raczej dodatek, o którym człowiek zapomina na drugi dzień. Zwłaszcza, że alternatywą jest odkładanie telefonu pleckami do dołu i korzystanie ze znacznie lepszego Always On Display, który w smartfonach Google prezentuje najbardziej przydatne informacje, wygląda schludnie, jest o wiele bardziej konfigurowalny i rzeczywiście się sprawdza.

Wydajność Pixela 11 Pro – każdy kij ma dwa końce, ale proca ma trzy
Opinia smartfonów Google związana z ich wydajnością “na papierze” nigdy nie była zbyt pochlebna. I nie bez powodu, bo poprzednie generacje procesorów Tensor, choć zapewniały płynną obsługę systemu i bardzo dobre doświadczenia na co dzień, to nie grzeszyły wydajnością “w stresie”.




Pixel 11 Pro działa na najnowszym procesorze Tensor G6, przy czym Google chwali się głównie skokiem wydajności w zadaniach AI. Nic dziwnego, bo suche dane z tabelek wskazują, że Tensor chętniej plasuje się wydajnością gdzieś w okolicach Samsungów z serii Galaxy S25 aniżeli staje w szranki z najmocniejszymi procesorami wśród Androidów. Z czym to jest związane?
Cóż, z tym, że w codziennych zastosowaniach (a codziennością dla Pixela jest na przykład używanie AI do poprawiania zdjęć “w locie”), smartfon radzi sobie śpiewająco. Uruchamianie aplikacji, przełączanie się między aplikacjami czy poprawki zdjęć przy pomocy inteligentnego edytora to przyjemność. Jest szybko, precyzyjnie i bez błędów. To jest to, czego potrzebujemy jako użytkownicy: realnej użyteczności, a nie brylowania w porównaniach testów syntetycznych AnTuTu. Jest to jeden koniec kija, bo w specyficznych okolicznościach Tensor pokazuje swoją brzydszą twarz. Twarz zjaranego Zbyszka.
Okres testów przydał mi akurat na czas wysokich temperatur sierpniowych dni. I choć smartfon sam z siebie się nie nagrzewa (nawet podczas kręcenia wideo w 8K), to było kilka sytuacji, gdy niesiony falą upałów Pixel 11 Pro wyłączał niektóre najbardziej wymagające funkcje, by zapobiec zagotowaniu podzespołów.
Ładowanie indukcyjne w aucie nagrzanym od słońca było praktycznie niemożliwe. Smartfon przełączał się w tryb ciemnego ekranu dla bardziej oszczędnego zużycia energii, a Gemini w ogóle odmawiał uruchomienia się.
Pamiętam podobne sytuacje jeszcze z czasów, gdy używałem Galaxy Note’ów – te Exynosy nie znosiły wysokich temperatur. Wydawałoby się, że Tensor G6, produkowany przez TSMC, nie będzie aż tak chętnie dostawał udaru, ale najwyraźniej Google nie jest w stanie wyrzec się konstrukcyjnych korzeni tego chipu.

Pixel zachowuje przy tym resztki godności, bo gdy temperatury wewnątrz obudowy zbliżają się do krytycznych, smartfon wyświetla monit o tym, dlaczego zmienia motyw ekranu na ciemny lub dlaczego nie może w tym momencie uruchomić Gemini. Sprzęt nie zaczyna jednak przy tym szarpać animacjami interfejsu czy zamulać. Ogranicza działanie funkcji, ale przynajmniej wiemy, dlaczego. W takich scenariuszach najbardziej irytuje chyba brak możliwości wyszukiwania głosowego czy dyktowania tekstu klawiaturze Gboard, co jest przecież kluczowe w bezdotykowej obsłudze Map Google.
Wyobraź sobie taki motyw: żar leje się z nieba, wchodzisz do nagrzanego samochodu, wciskasz telefon w chwytak i chcesz głosowo podyktować adres w Mapach, ale nie możesz. Bo Pixel jest zajęty schodzeniem w niższe kręgi piekielne. Peszek, jeśli nie goni cię czas. Koszmar, gdy się spieszysz.
Poza tym w Internecie można znaleźć wątki, w których użytkownicy smartfonów z serii Pixel 11 narzekają na wydajność w grach. I niestety część z tych problemów muszę potwierdzić. Większości benchmarków graficznych odpalić się nie da – i to nie dlatego, że producent je blokuje z poziomu Sklepu Google Play. Po prostu pojawiają się komunikaty o błędach.
Gry? Uruchamiają się zwykle na poziomie detali niskim lub średnim i nie zawsze wygląda to zadowalająco. Taki Asphalt Legends działa świetnie, ale Genshin Impact ma problemy z nakładaniem tekstur i jest to związane z nietypową charakterystyką pracy układu graficznego Tensora, polegającego na PowerVR GPU (którego Hoyoverse, twórca Genshin Impact nie wspiera). Fortnite też laguje jak na Neostradzie. Czy to wina dewelopera, czy producenta sprzętu – mnie jako użytkownika tak naprawdę nie powinno to interesować.





Jeszcze słowo o różnicach między dostępnymi opcjami pamięciowymi Pixeli. Pixel Pro 11 z 512 GB pamięci wewnętrznej wyposażony jest w bardziej zaawansowane kości Zoned UFS (które pojawiły się także w Pixelach Pro z ubiegłego roku), ale podstawowa edycja z 12 GB RAM już nie. Jeśli ktoś zdecyduje się na zakup niżej wycenianej opcji z 256 GB, najprawdopodobniej będzie musiał liczyć się z potencjalnie niższym komfortem użytkowania.
Trudno mi stwierdzić, czy ta różnica jest w ogóle wychwytywalna na nowych urządzeniach, ale np. ilość RAM-u może wpływać na to, jak szybko wznawiane są już raz otworzone aplikacje. Wiem tylko, że testowana wersja działa błyskawicznie i nie ubija niepotrzebnie apek przechowywanych w pamięci podręcznej, ale nie jestem w stanie zawyrokować, czy równie dobrze radzi sobie z tym opcja z 12 GB RAM.
Android 17 w wersji Google to wspaniały system
Pixelowi 11 Pro nie brakuje absolutnie niczego, jeśli chodzi o kwestie oprogramowania. Android 17 śmiga na nim jak złoto. Oczywiście w przypadku przenoszenia się z iOS na system Google będą odczuwalne pewne braki, ale to samo przecież można powiedzieć migrując w drugą stronę.



Niekwestionowanym plusem jest to, że mamy mnogość różnych funkcji. Właściwie jest tylko kilka, które można by nazwać sztuką dla sztuki. Na przykład opcja generowania tapet z AI jest mi na gwizdek, ale z wielu innych korzystam. Podoba mi się jak choćby możliwość personalizacji układu, wyglądu i kształtu ikon czy dostosowanie ekranu blokady do swoich potrzeb.
W poprzednich generacjach smartfonów Google zawsze były słabsze elementy tych rozwiązań. A to jakiegoś widżetu czy podpisów pod ikonami na ekranie głównym nie dało się usunąć, a to nie mieliśmy żadnego wpływu na wygląd panelu szybkich ustawień po rozwinięciu górnej belki skrótów. Pole do popisu w kwestii personalizacji było bardzo małe. To już przeszłość: teraz można dokonać właściwie dowolnej zmiany, a przy tym zachować jakąś spójność wizualną. Dla estety nie ma lepszej zabawy.














Do tego mamy asystenta Gemini, który coraz lepiej radzi sobie ze wspieraniem użytkownika. Wciąż się myli, a czasem nasłuchuje frazy wywoławczej zbyt gorliwie. Dokonuję jednak osobistego spostrzeżenia, że moje “google’owanie” coraz częściej opiera się na kontakcie z Gemini Live, a rzadziej wpisuję jakieś frazy w wyszukiwarkę w przeglądarce Chrome.
Głęboka integracja Gemini w systemie jest katalizatorem zmian tego typu przyzwyczajeń, dzięki czemu sztuczna inteligencja przestaje być osobną aplikacją, a zyskuje profil nieodłącznego elementu systemu. To przyjemna rzecz, zwłaszcza, gdy człowiek pomyśli o konkurencji z Cupertino. Świadomość, że iPhone’y nie są tak rozgarnięte jak Pixele sprawia, że człowiekowi jakoś tak cieplej na serduszku.







Szersze możliwości otwiera przed użytkownikiem subskrypcja Google AI Pro, którą można po zakupie Pixela 11 Pro aktywować na pół roku bez opłat. Producent nie jest już tak szczodry jak w przypadku Pixeli poprzedniej generacji, gdzie na nabywców modeli Pro czekało zniesienie kosztów na cały rok.
Na szczęście fakt, że Google nie ma już takiego gestu jak wcześniej, nie wpływa na przyjemność korzystania z AI na Pixelu. Nie czujemy, że mamy do czynienia z jakąś wersją demo, a ewentualne sugestie związane z opcją rozwinięcia możliwości sztucznej inteligencji nie pojawiają się w systemie w postaci jakichś nachalnych reklam. Tego bym chyba nie zdzierżył.
Łączność, audio i zabezpieczenia w Pixelu 11 Pro
Google postawiło w nowych Pixelach na modem od nowego producenta – tym razem zastosowano rozwiązanie MediaTeka, co w teorii miało poprawić czas pracy urządzenia. Dla użytkownika końcowego tego typu zmiana będzie zapewne nie do wychwycenia i z takiej perspektywy patrząc, mogę jedynie odnotować, że wszystkie moduły łączności sprawowały się doskonale. Trzeba tylko pamiętać, że jeśli chcemy korzystać z dwóch kart SIM, to jedna z nich musi być cyfrowa (eSIM). Miejsca na dwie karty nanoSIM w obudowie nie ma.

Całkiem dobre wrażenia pozostawia po sobie obcowanie z Pixelem 11 Pro podczas słuchania muzyki. Jasne jest, że nawet najmniejszy głośnik Bluetooth sprawdzi się w takiej roli o niebo lepiej. Jednak jak na ograniczoną przestrzeń, jaką ma do dyspozycji przetwornik w nowym smartfonie Google, jest naprawdę nieźle.
Nawet na maksymalnych poziomach głośności, przy emisji o natężeniu 85-90 decybeli, głośniczek nie stwarza wrażenia, jakby pracował za karę. W ograniczonym zakresie mamy nawet do czynienia z jakąś przestrzennością dźwięku, pewną głębią i czymś, co można nazwać skromnym basem.
Puszczenie czegoś ze Spotify, by cicho plumkało sobie w kuchni, podczas gdy my podejmujemy się innych zajęć, jest całkiem na miejscu i nie kaleczy uszu. Cieszę się, że Google potrafiło mnie w tym aspekcie nie zawieść.


Biometria w nowym Pixelu sprawdza się niezawodnie. Czytnik linii papilarnych ani razu nie wymagał drugiego podejścia, a odblokowywanie twarzą nie stwarza żadnych problemów. Dobrze, że w ustawieniach możemy znaleźć opcję zwiększenia czułości skanera odcisków palców – jeśli zdecydujemy się zamontować dodatkową ochronę ekranu w postaci folii lub szkła, warto będzie ją włączyć.
Jest też funkcja, która była ciut nadgorliwa w interpretacji danych napływających z czujników – Ochrona w razie kradzieży. Domyślnie jest ona włączona w sekcji opcji bezpieczeństwa. W ciągu tych kilku tygodni testów kilkakrotnie zobaczyłem na ekranie monit o wykryciu podejrzanego działania, podczas gdy telefon do tego czasu przebywał w mojej kieszeni. To o tyle ciekawe, że Pixel 10 wyposażony w tę samą funkcję ani razu mnie w ten sposób nie oszukał.


Bateria w Pixelu 11 Pro – spokojnie, zaraz się rozkręci
Rozsądne gabaryty Pixela 11 Pro niosą ze sobą pewne konsekwencje w postaci akumulatora o ograniczonej pojemności. Podczas gdy podstawowy Pixel 11 ma do dyspozycji baterię 4985 mAh, tak Pixel 11 Pro musi polegać na tym, co da się wycisnąć z 4850 mAh.
I, cóż, tę różnicę widać po przeciętnym czasie pracy urządzenia. Podczas moich testów niezwykłą rzadkością było przebicie bariery 6 godzin działania, w większości poza zasięgiem domowej sieci Wi-Fi.












Tu warto jednak podkreślić ważną rzecz: Google dokonało ogromnego postępu w dziedzinie optymalizacji czasu pracy. Gdy patrzę na zrzuty ekranu z Pixela 10 Pro, które opublikował Konrad w ubiegłym roku, łapię się za głowę. U poprzednika Pixela 11 Pro przebiegi na baterii były wręcz tragicznie słabe. Wychodzi na to, że z tych około 6 godzin pracy należy się cieszyć. Oczywiście wolałbym, żeby nowy Pixel zapewniał komfort działania na jednym ładowaniu od świtu do nocy, ale najwyraźniej cudów nie ma i z takiej pojemności akumulatora wiele więcej wycisnąć się nie da.
Ładowanie przewodowe może odbywać się z mocą maksymalnie 30 W. Ta wartość jest śmieszna nawet dla wielu smartfonów ze średniej półki, zwłaszcza gdy pamiętamy o kontekście – mamy przecież do czynienia z wyżej pozycjonowanym urządzeniem Google.
W pół godziny można naładować telefon od zera do jakichś 50%, ale gdyby chcieć poczekać aż wskaźnik sięgnie maksymalnego poziomu, trzeba czekać nań jakąś godzinę i 40 minut. Sporo.




W pewnym sensie sytuację może uratować opcja ładowania bezprzewodowego 25 W, przy założeniu, że trochę częściej odkładamy telefon na panel ładowarki indukcyjnej. Maksymalna wydajność ładowania nie jest jednak zawsze dostępna, bo zależy od tego, czy smartfon dobrze ułoży się na powierzchni ładującej. A w tym przeszkadza wydatny garb aparatu.
Mocno mnie to irytowało, że w domu, gdzie często ładuję indukcyjnie Pixela 9, Pixela 11 Pro nie byłem w stanie – zapewne także ze względu na nietypowy kształt akcesorium ładującego. Założę się, że taki “problem” nie występuje podczas korzystania z ładowarki PixelSnap, ale nie było dane mi tego sprawdzić.


Aparat i wideo w Pixelu 10 – dwie strony srebrnego medalu
Z marką Google Pixel mam do czynienia od lat i szczerze mogę powiedzieć, że bardzo podoba mi się zakres współpracy wykorzystywanych do przechwytywania zdjęć podzespołów oraz algorytmów upiększających zdjęcia.
Zdjęcia
Pixel 10 Pro ma trzy oczka aparatu ułożone w szeregu, w pigułce równoległej do krótszej krawędzi urządzenia. To ten sam zestaw, który powędrował też do Pixela 11 Pro XL, a więc efekty i wnioski powinny się przynajmniej częściowo pokrywać z tym, co podczas testów większej wersji flagowca zauważył Jakub.
Główna matryca ma 50 Mpix na “waflu” o wielkości 1/1.3” i połączono ją z optyką o przysłonie f/1.68 z optyczną stabilizacją obrazu. Drugi zestaw to obiektyw ultraszerokokątny 123 stopnie o przysłonie f/2.2 z matrycą 48 Mpix. Trzecim oczkiem jest teleobiektyw f/2.8 z zoomem 5x i optyczną stabilizacją obrazu oraz matrycą 48 Mpix przy wielkości sensora 1/1.95”.


To, co cieszy podczas robienia zdjęć, to powtarzalność kadrów. Można “trzaskać” po kilka fotek z jednego miejsca i nie ma siły, żeby telefon nagle stwierdził, że zmieni sobie teraz prowadzącą temperaturę barwową zdjęcia. Pixel 11 Pro na pewno będzie cieszył tych amatorów fotografii mobilnej, którzy nie przepadają za zbyt mocnym HDR-em czy sztucznym podbijaniem kontrastu i barw.
Efekty pracy aparatów są szczegółowe, ale ze względu na dobrą wierność względem zastanych warunków i rzeczywistych kolorów, mogą uchodzić za “smutniejsze” w porównaniu ze zdjęciami pochodzącymi od konkurencji. Widać to zwłaszcza w pochmurny dzień, gdy w kadrze nie widać błękitu nieba, a światło jest bardziej rozproszone.
Główny aparat dobrze wychwytuje punkty ostrości i nie gubi jej nawet gdy próbujemy śledzić obiekty, które trudniej wyizolować z tła. Tryb makro nie włącza się zbyt nachalnie, dzięki czemu możemy uzyskać ładniejsze zdjęcie z efektem bokeh. Nawet gdy aparat uzna, że należałoby jednak uruchomić makro, to nie psuje to finalnego efektu – fotki są szczegółowe tam, gdzie powinny. Nie zawsze, ale zwykle. To cieszy, bo ani razu nie miałem sytuacji, w której musiałbym zrobić drugie podejście do zdjęcia z bliska. Raz i gotowe.










Aparat z obiektywem ultraszerokokątnym kocha przestrzenie i pejzaże, ale raczej w pogodne, jasne dni. Jesienno-zimowa szarość może mu nie służyć, co widać na zdjęciach z mniejszą ilością światła wpadającą przez przysłonę.
Bohaterem zestawu jest na pewno teleobiektyw. 5-krotny zoom optyczny daje dużą frajdę z użytkowania, nawet jeśli od czasu do czasu pojawią się podczas korzystania z niego jakieś różnice w kolorystyce ujęcia względem zdjęcia zrobionego oczkiem głównym z przybliżeniem 1x. Poziom szczegółowości nie jest top of the top. Określiłbym go raczej na: w pełni satysfakcjonujący.










Zabawnie robi się po przesunięciu podziałki zoom na jakąś wartość ponad 30x. Wtedy do akcji wkracza AI, każdorazowo zajmując kilka sekund, by po przechwyceniu fotografii zrobić kopię zdjęcia i zaprezentować efekty działania algorytmów.
Działa to zgodnie z rozsądnymi oczekiwaniami, a mianowicie im dalej mamy do fotografowanego obiektu, tym sztucznej inteligencji trudniej interpretować kształty i w rezultacie otrzymujemy kadry z ludźmi z rozmazaną twarzą albo samochody o wymyślonej przez AI stylistyce. Lub samoloty-UFO – jak poniżej.




Z drugiej strony algorytmy nie halucynują w stronę kompletnego wymyślania świata na nowo: jeśli obiekt jest zbyt daleko i używamy zbliżenia 120x, postać lub rzecz będzie zniekształcona, ale nie wygenerowana od zera. Dlatego przy próbie sfotografowania dalszych, ale bardziej złożonych detali, jak choćby tablic z napisami, zamiast liter, otrzymamy hieroglify i nie będziemy w stanie odczytać treści.






























































































































Po zmroku tryb nocny radzi sobie całkiem nieźle. Zarówno aparat główny, jak i teleobiektyw, wyłapują kontrastujące ze sobą szczegóły, a obiektyw ultraszerokokątny jest w stanie dobrze oddać specyfikę ulicznego oświetlenia i neonów, choć bez wpadek się nie obędzie.
Największe różnice w kolorystyce zdjęć między trybem zwykłym i nocnym widać w przypadku obiektywu ultraszerokątnego i teleobiektywu. Tutaj absolutna spójność byłaby chyba życzeniem nie do spełnienia. Aha, i w trybie nocnym maksymalny zoom to 30x, a nie 120x.












































































































Radosna twórczość algorytmów przy dużym przybliżeniu jest widoczna także w nocy. Wystarczy skierować obiektyw aparatu na Księżyc, żeby przekonać się, że przetwarzanie AI na podstawie fotki rozmazanego srebrnego globu, jest w stanie dodać detale, których fizycznie wychwycić by się nie dało. Czy jest to efektowne? Jest efektowne. Czy jest wierne rzeczywistości? Jest efektowne.






Aparat przedni działa bardzo dobrze. W sprzyjających warunkach oświetleniowych jesteśmy w stanie wyprodukować naprawdę przyjemnie wyglądające selfie, także w trybie portretowym. Chyba czuć tę rozdzielczość 42 Mpix, bo fotki są ostre i dokładne. Nie ma biedy też podczas robienia zdjęć grupowych z rąsi. Trzeba tylko pamiętać, że subtelny retusz twarzy jest włączony tutaj z automatu, więc jeśli jesteśmy fanami ultrawiernych selfiaków, trzeba tę opcję ręcznie wyłączyć w ustawieniach.












Aplikacja aparatu ma sporo przydatnych predefiniowanych trybów. W sekcji zdjęciowej, oprócz trybu automatycznego, mamy tryby: Dynamiczny ruch, Długa ekspozycja, Dodaj mnie, Portret, Tryb nocny i Panorama. Zwłaszcza inteligentna opcja Dodaj mnie wielokrotnie eliminowała w moim przypadku sytuacje, w których nie byłbym obecny na jakimś zdjęciu grupowym. Wystarczy odpalić ten tryb i po zamianie osoby fotografującej ekipę, można szybko “wkleić” się w kadr. Sprytne i przyjemne.
Filmy
Nagrywanie wideo chyba nigdy nie było najmocniejszą stroną Pixeli, ale wydaje się, że nastąpił pewien progres. Moce nowego Tensora umożliwiają tworzenie filmów w 8K (30 kl./s) lub 4K (60 kl./s) i jednoczesne przełączanie się między obiektywami (dostępne są przybliżenia o wartościach 0,5, 1 i 5, a w przypadku rozdzielczości 4K i Full HD także o wartości 2). Co godne odnotowania, proces przełączania się przebiega płynniej niż w poprzednich Pixelach, ale wciąż obraz „chrupie”, zwłaszcza przy przełączaniu się z ultraszerokiego kąta na kamerę główną. Przy okazji widocznie zmienia się temperatura barwowa kadru.
Aparat poprawnie łapie ostrość i nie gubi jej, a do tego nie odnotowałem sytuacji, w której kamera by “zgłupiała”, nie wiedząc na jakim obiekcie ma ustawić focus. O niedociągnięcia nietrudno w ruchu. Pojawiają się wtedy szarpnięcia, zwłaszcza, gdy światła w kadrze jest mniej. Najogólniej rzecz biorąc najlepiej trzymać się przybliżenia 1x – wtedy obraz jest najbardziej stabilny.
Najbardziej zaskoczyła mnie zauważalna obecność flar podczas prób nagrywania wieczornych spacerów. Co ciekawe, Pixel stara się je redukować w fotografiach, ale nie da się ich uniknąć nagrywając wideo. W nocy kolory tracą intensywność i trudniej nagrać coś, co będzie nadawało się do późniejszej publikacji. I jak w wypadku kręcenia filmów za dnia – to nie jest smartfon dla ludzi, którym wiecznie trzęsą się ręce.
Zakładka wideo w aplikacji też ma kilka trybów: Panoramowanie, Portret, Tryb nocny, Zwolnione tempo i Tryb poklatkowy. No i jest jeszcze Magiczne ujęcie, czyli tryb łączący zadania związane z kręceniem filmu i robieniem zdjęć. W założeniu ma działać to tak, że kręcimy film, a Pixel sam wybiera z niego najlepsze klipy i zdjęcia. Brzmi nieźle, ale działa raczej marnie.
Zapisane media znajdziemy w galerii, ale nie prezentują one wysokiej jakości. Filmy często “szarpią”, a zdjęcia sprawiają wrażenie wybieranych na chybił-trafił. Funkcja działa więc ze zmiennym szczęściem, a chyba nie tego oczekiwalibyśmy po smartfonie z Pro w nazwie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego coś, co sprawia wrażenie eksperymentu, znalazło się w tak eksponowanym miejscu w aplikacji aparatu.


Podsumowanie
Google Pixel 11 Pro to całkiem udany smartfon i można powiedzieć o nim wiele dobrego. Przy rozsądnych gabarytach stara się zachować wszystkie zalety modelu XL i w większości wypadków całkiem nieźle mu się to udaje.
Mamy tu więc znakomicie, przepłynnie działającego Androida, wzbogaconego o kilka przydatnych funkcji, w tym coraz lepiej zintegrowaną z systemem sztuczną inteligencję. Jest sprawny i powtarzalny aparat z fajnym teleobiektywem. Efekty naszego fotograficznego hobby oglądamy na ładnym, jasnym wyświetlaczu. Słuchamy muzyki w niezłej jakości, a w ręce trzymamy kawałek dobrze zaprojektowanej obudowy. Warto też wspomnieć o obietnicy 7 lat aktualizacji, a to przecież nie w kij dmuchał, jeśli planujemy zatrzymać urządzenie na dłużej.


Są też i wady, które po części wynikają właśnie z największego atutu tego urządzenia, czyli jego sensownych rozmiarów. Jest więc bateria, która nie zapewni pełnego spokoju płynącego z przeświadczenia, że po całodziennym użytkowaniu telefonu zdążymy wrócić do domu bez doładowywania jej. Bez doładowywania jedynie z mocą 30 W, przypomnę. Jest tendencja do wyłączania zasobochłonnych, ale przydatnych procesów podczas największych upałów. Są problemy z grami, którymi nie da się cieszyć w najwyższych detalach graficznych, a w niektórych przypadkach będą się one notorycznie krzaczyć i zawieszać, albo w ogóle nie będą chciały współpracować z układem graficznym.
Czy byłbym w stanie zarekomendować nowego Pixela 11 Pro? Faktem jest, że czas pracy na baterii uległ znacznej poprawie względem ubiegłorocznego Pixela 10 Pro. Jednak jeśli już wydawać tysiące złotych, to moja dusza pragmatyka kazałaby skłonić się raczej ku większemu Pro XL, który część z problemów rozwiązuje tym, że duży może więcej.
Zdecydowanym na akurat taki a nie inny rozmiar, a nie potrzebującym rozbudowanych opcji foto, zapewne poleciłbym podstawowego Pixela 11. A tym, którzy już podjęli w sercu decyzję, by kupić 11 Pro, poradziłbym zaczekać na dobre promocje lub po prostu spadki cen. Bo choć model ten okazał się świetnym flagowcem mieszczącym się do kieszeni, to w aktualnej cenie trudno go przyjąć.




