Częścią elektromobilności, oprócz dostępu do odpowiednich pojazdów, jest również rozwinięta infrastruktura. Patrząc na niemiecką sytuację wielu właścicieli elektryków w Polsce z pewnością będzie odczuwać sporą zazdrość.
Czego potrzeba do rozwoju aut elektrycznych?
Przez lata utarło się, że największym problemem elektryków jest ich specyfikacja. Nawet, jeżeli pominiemy nieśmiałe próby w latach 90., to jeszcze dekadę temu auto na prąd kojarzyło się albo z Teslą, albo z hatchbackiem o zasięgu nieprzekraczającym 200 kilometrów. Dzisiaj nawet niedrogi samochód elektryczny – pokroju zaprezentowanej w kwietniu 2026 Cupry Raval – na start oferuje 300 km zasięgu, a ładowanie zajmuje mniej niż pół godziny.
Pozostaje zatem kwestia – gdzie ładować swojego elektryka? W przypadku krótkich dystansów i powrotu do miejsca zamieszkania zazwyczaj problem rozwiązuje prywatna ładowarka na działce. Jeżeli jednak wybieramy się w dalszą trasę, niewykluczone, że będziemy musieli zaplanować wizytę na przydrożnej, publicznej stacji.
Obecnie w Polsce funkcjonuje ponad 12 tysięcy ogólnodostępnych punktów, z czego szybkie ładowarki stanowią ok. 47% całości. Zdarza się jednak, że stanowiska są zajęte, co w porównaniu to typowego tankowania nie oznacza odczekania 5-15 minut na swoją kolej.
Niemcy z klęską urodzaju w elektromobilności
Okazuje się, że za naszą zachodnią granicą pojawił się problem, od którego możemy tylko zzielenieć z zazdrości. Z raportu Federalnego Związku Energetyki i Gospodarki Wodnej w Niemczech dowiadujemy się bowiem, że średnie obłożenie punktów publicznego ładowania aut elektrycznych w 2025 roku wynosiło tylko 12%. Oznacza to, że w losowym momencie w trakcie ubiegłego roku statystycznie tylko jedna na dziesięć ładowarek akurat uzupełniała akumulatory w pojeździe elektrycznym.
Jak duża jest skala tego zjawiska? Niemiecka infrastruktura w 2025 roku obejmowała 200 tysięcy punktów o łącznej mocy powyżej 9 gigawatów. Porównując to z polską siecią, gdzie dopiero co przekroczyliśmy 12 tysięcy punktów, trudno jest nie zazdrościć tak dużej siatki, która prześcignęła faktyczne zapotrzebowanie na auta elektryczne w kraju.
Na otarcie łez warto zauważyć, że taka sytuacja ma również swoje złe strony. Duża rozbieżność pomiędzy liczbą aut elektrycznych na drogach a realnym zapotrzebowaniem na ładowarki sprawia, że nie każda stacja generuje odpowiednie przychody. Analitycy branży przewidują, że może to się skończyć sytuacją, w której przetrwają tylko najwięksi dystrybutorzy z ogromnym kapitałem.




