Reklama
Kangurek KAO - grafika promocyjna (źródło: Tate Multimedia)
Kangurek KAO - grafika promocyjna (źródło: Tate Multimedia)

Recenzja gry Kangurek KAO – parada zmarnowanych szans

Kangurek KAO
PREMIERA
27 maja 2022
Producent
Tate Multimedia
Wydawca
CENEGA
Cena
129 zł

Kangurek KAO powraca po 17 latach nieobecności na rynku gier. Od tego czasu na polu platformówek doczekaliśmy się wielkiej fali powrotów, której niejako polska gra również jest skutkiem. Niestety, nie jest on tak udany, jakbyśmy sobie to wymarzyli.

Kangurek KAO powraca!

Tate Multimedia to polskie, niezależne studio deweloperskie, które od wczesnych lat 2000. radzi sobie wyjątkowo dobrze na zagmatwanym rynku gier. Oprócz ikonicznej maskotki, ekipa ma na koncie tak ciepło przyjęte produkcje, jak Urban Trial Playgrounds oraz Steel Rats. Od 2019 roku fani kangurka błagali jednak warszawską firmę w wielkiej kampanii #BringKaoBack, by wróciła do swojej najbardziej dochodowej marki. Trzy lata później mamy w rękach gotowy produkt, który jest całkowitym restartem uniwersum Kangurka KAO.

Reklama

Oryginalny Kangurek KAO – ten wydany w 2000 roku na komputery PC oraz konsolę SEGA Dreamcast – był prostą platformówką 3D, która w uroczy sposób kopiowała rozwiązania z takich gier, jak Croc: Legend of the Gobbos (1999), Crash Bandicoot 3: Warped (1998) czy też Rayman 2: The Great Escape (1999). Co jednak najważniejsze – polska gra nie odstawała aż tak od konkurencji, imponując uroczym stylem graficznym i zróżnicowaniem etapów.

Przy tym jednak Kangurek KAO w dniu swojej premiery kosztował zaledwie 49 złotych. Dwa lata później trafił on jako dodatek do czasopisma Komputer Świat GRY, gdzie w cenie 7,50 złotych podbił komputery PC w polskich domach. Piszę o tym, ponieważ nowy Kangurek KAO również został wyceniony dość atrakcyjnie. Tytuł wyrwiecie już w okolicach 130 złotych, co jest sporą zaletą. Problem polega jednak na tym, że wobec dzisiejszej konkurencji dzieli go znacznie większa przepaść niż ta, na którą natrafił pierwowzór w 2000 roku.

Nowy design Kangurka KAO może się podobać. Niestety, to jedna z niewielu mocnych stron produkcji
Nowy design Kangurka KAO może się podobać. Niestety, to jedna z niewielu mocnych stron produkcji

Rękawica, której nikt nie podniósł

Nowy Kangurek KAO to produkcja, która swoją konstrukcją najbardziej przypomina oryginalne Spyro the Dragon (1998). Nie tylko przez zamiłowanie do wszelkich odcieni zieleni i fioletu, ale również poprzez podzielenie rozgrywki na cztery duże światy, z których udajemy się do mniejszych poziomów. Co ciekawe, w każdym ze światów Kao może porozmawiać z postaciami NPC, pozbierać monety i ukryte runy, a także wejść do sklepu, by zakupić serduszka, życia lub nowe kostiumy. Te nawet obejmują klasyczną skórkę kangurka z 2000 roku czy kostium z Kangurek KAO 3: Tajemnica Wulkanu (2005). Niestety, gdy tylko uruchamia się przerywnik filmowy, nasz torbacz wraca do swojej podstawowej formy z okładki.

A po cóż tak w ogóle odbywa się ta farsa? Kao wyrusza na wielką przygodę, by odnaleźć zaginioną siostrę Kaię oraz ojca Koby’ego. Po drodze trafiamy na magiczne rękawice, które dają bohaterowi wielką siłę oraz współpracują z trzema żywiołami – ogniem, wodą i wiatrem. Jak się okazuje, odwiedzane krainy opętała mistyczna, złowroga siła, wysysająca z nich energię. Tę tajemnicę również odkryjemy w trakcie rozgrywki, a jej rozwiązanie z pewnością może wziąć graczy z zaskoczenia.

Przede wszystkim jednak – Kangurek KAO sprawia wrażenie gry robionej tanio i pospiesznie. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, iż to jeszcze nie jest ten produkt, który trafia dzisiaj na rynek. A jednak – to jest jak najbardziej pełna gra! Jest to bardzo ciekawe, bo znając historię marki oraz cenę gry, nie nastawiałem się na zbyt wiele. A jakimś cudem Tate Multimedia i tak mnie rozczarowało.

Nowego Kangurka KAO można pochwalić w niewielu miejscach, lecz jednym z nich jest sposób poruszania się głównej postaci. Nasz torbacz porusza się żwawo, bardzo łatwo jest wymierzyć odległość poszczególnych skoków, a walka z przeciwnikami jest szybka i energiczna. Najważniejszym celem etapów jest zbieranie magicznych kamyków zwanych runami. Te pozwalają odblokować kolejne lokacje, choć ich rozmieszczenie przypomina to kryształów z serii Crash Bandicoot – nie sposób ich pominąć! Z kolei w myśl takiego Disney’s Tarzan (1999), na każdej z plansz również rozmieszczono trzy literki, układające imię głównego bohatera – KAO!

Problem polega jednak na tym, że wystarczy zagrać jeden poziom, by zobaczyć 80% gry. W ciągu tej 7-godzinnej przygody postać nie rozwija się w żaden znaczący sposób. Kao nie otrzymuje żadnych dodatkowych uderzeń, a otrzymywane żywioły do rękawic służą jedynie pokonywaniu prostych sekcji platformowych. Walki z bossami – podzielone często na etapy – również są wybitnie łatwe. Można powiedzieć, że znacznie ciekawsze wyzwania platformowe znajdujemy w ukrytych, bonusowych etapach, aniżeli w głównej grze. Nawet ciekawa mechanika układania puzzli odblokowujących przejścia pojawia się tylko dwa razy podczas przechodzenia gry.

To nie znaczy jednak, że twórcy nie próbują wprowadzać nowych elementów do rozgrywki. Bujanie się na lince z hakiem, kryształy ujawniające dodatkowe platformy w limitowanym czasie czy też wielki, świecący kamień, który Kao musi nosić, by rozświetlać niewidzialną wcześniej drogę. Niestety, zanim te mechaniki mają jakąkolwiek szansę się rozkręcić, gracz ogląda już napisy końcowe.

Dla twórców Kangurka KAO urozmaiceniami są zjazdy na gałęziach jak w Disney’s Tarzan (1999) czy też ostatnim Crash Bandicoot 4: Najwyższy Czas (2020), a także prosta mini-gra w zbijanie małp w stylu whack-a-mole. Nie bez powodu pojawia się tyle porównań, bo mam wrażenie, iż Tate Multimedia nabrało mnóstwo mechanik z innych gier, zapominając połączyć je w jakiś świeży sposób.

Z kamerą wśród małp
Małpy od zawsze słynęły z konwersacji na wysokim poziomie

Prawie jak wczesny dostęp

Grając w najnowszego Kangurka KAO nie mogłem wyjść z podziwu dla tego, jak bardzo niedopieszczony jest to produkt. Objawia się to w każdym z aspektów produkcji. Pierwszy przykład – w konkretnych miejscach na planszy Kao może znaleźć bumerang, który może przyjąć jeden z żywiołów. Ten lodowy zatrzymuje na przykład wodospady, tworząc z nich platformy do wspinaczki. Co jednak smuci, ktoś zapomniał o animacji tego procesu, bo przemiana wodospadu w lód to zaledwie przeskok jednej klatki.

Inną ciekawostką są czerwone wazony, których rozbicie przyznaje kangurkowi dodatkowe monety. Często się okazuje, że nie rozbijają się w mak, a także znikają jako jedna klatka animacji. Sporo niedoróbek pojawia się też w głównych przerywnikach filmowych, gdzie bohaterowie poruszają się jak drewniane kukiełki. Innym problemem są same monetki. Na przestrzeni 7-godzinnej kampanii Kao zbiera ich tysiące, nie mając ich zbytnio na co wydać. Owszem, można kupić wszystkie kostiumy oraz dodatkowe życia, lecz gra staje się przez to jeszcze łatwiejsza.

Dubbing – choć poprawny – ogranicza się jedynie do głównych przerywników filmowych. Gdy podejdziemy do jakiejkolwiek postaci na mapie, ta już tylko odburknie jakimś odgłosem, zostawiając nam tekstową wypowiedź. Rozumiem cięcia budżetowe, lecz tutaj powinna się pojawić pełna ścieżka dźwiękowa. Trudno również cokolwiek powiedzieć o utworach muzycznych, które są całkowicie nijakie – w ogóle nie zapadają w pamięć.

Sytuację troszeczkę ratują same projekty głównych postaci oraz jakość zaprezentowanych środowisk. Kangurek KAO został stworzony na Unreal Engine 4, a plastelinowa konstrukcja świata w połączeniu z ciepłymi barwami może naprawdę się podobać. Tylko znowu – interaktywność głównych czterech światów jest tak mała, że jest to kolejny element dokładający cegiełkę do poczucia wszędobylskiej taniości projektu, jakim jest nowy Kangurek KAO.

Kangurku, dlaczego tak wyszło?

Nowy Kangurek KAO nie jest ani dobrą platformówką, ani świetną bijatyką chodzoną. Jest to niesamowicie przykre, ponieważ od początku był tutaj potencjał na naprawdę porządny produkt. W ostatecznym rozrachunku jest to bardzo odtwórczy projekt, który kończy się, zanim ma jakąkolwiek szansę się rozkręcić.

A szkoda, bo mamy tutaj naprawdę solidny fundament. Świetne projekty lokacji, model sterowania, zakusy na chodzoną bijatykę. Zabrakło w grze jakiegoś solidnego elementu progresji, różnorodności, która przykuwałaby do monitora na dłużej. Z jednej strony cieszę się, że Kangurek KAO trwa tylko siedem godzin, ponieważ pod koniec już się wręcz zmuszałem, by dotrzeć do napisów końcowych.

Najsmutniejszy jest fakt, że nawet cena 129 złotych nie usprawiedliwia produktu tej jakości. Konkurencja jest bezlitosna – tylko niewiele droższa na premierę Kena: Bridge of Spirits (139 złotych) miażdży polskiego kangura, ale wiele bardziej dopracowanych indyków (Pumpkin Jack, Yooka & Laylee, A Hat in Time) było tańszych, oferując o wiele więcej. Nie wspominam tu już o platformówkach wagi ciężkiej, takich jak Sackboy: Wielka Przygoda czy It Takes Two – nie ten kaliber, przyjaciele.

Nie nastawiałem się na zbyt wiele, a i tak zostałem rozczarowany. Szkoda, ponieważ wskrzeszenie Kangurka KAO to szansa jedna na pokolenie. Tworząc dopracowany produkt, Tate Multimedia mogło stworzyć maskotkę, która za jakiś czas pojawiłaby się w Fall Guys: Ultimate Knockout czy też Fortnite, rozsławiając ją na cały świat. Co się stało, że wyszło tak źle? Dzieci zagrają w znacznie lepsze produkcje – dla nich Kangurek KAO nic nie znaczy.

Pozostali fani marki, ci którzy zagrywali się w tytuły z przełomu wieków – to oni będą najbardziej poszkodowani i zasmuceni, ze mną na czele. A tymczasem Tate Multimedia zrobiło coś niebywałego pokazując, jak gry z czasopism mogłyby wyglądać w 2022 roku. Niestety, nie w tym pozytywnym, nostalgicznym sensie tego zdania.

Kangurek KAO - grafika promocyjna (źródło: Tate Multimedia)
Recenzja gry Kangurek KAO – parada zmarnowanych szans
Zalety
świetne projekty Kao oraz towarzyszących mu bohaterów
różnorodne, pełne ciepłych barw środowiska
solidny model sterowania kangurkiem, także na lodzie
jest tania i krótka?
Wady
mierna jakość przerywników filmowych
niepełne udźwiękowienie gry
brak znaczącej progresji w mechanikach walki
pożyczone pomysły z wielu gier, które nie łączą się w spójną całość
mnóstwo graficznych niedoróbek
nużąca rozgrywka, która nie ma szansy się rozkręcić przez długość gry
bardzo nijakie utwory muzyczne
5.5
Ocena