Krążownik Moskwa
źródło: chihaken96 | Twitter

Moskwa pod wodą. Rosja wkrótce też się tam znajdzie?

Rosja ma w swojej flocie ogromną liczbę okrętów, jednak jej zdecydowana większość to przestarzałe konstrukcje, dobrze pamiętające Związek Radziecki. W połowie kwietnia dowiedzieliśmy się, że jeden z rosyjskich krążowników – Moskwa – został zatopiony. Jest to bardzo ważny moment w historii, który może dać do myślenia państwu Putina.

Reklama

Zatopienie krążownika Moskwa nie było wcale takie trudne

Ukraina dzielnie broni się od ponad 2,5 miesięca. Niezależnie od tego, czy mowa tu o siłach lądowych, powietrznych, czy morskich, żołnierze bohatersko odpierają siły Kremla, co pokazuje sytuacja, która miała miejsce na Morzu Czarnym, gdzie w połowie kwietnia został zatopiony krążownik Moskwa. Co prawda nie jest to może najświeższa wiadomość, jednak wciąż ma ogromne znaczenie w historii, bowiem to pierwszy rosyjski okręt, który zatonął od czasu drugiej wojny światowej – ostatnie tego typu wydarzenie miało miejsce 81 lat temu, w 1941 roku! I ja bym chciał skupić się na technicznym aspekcie tego wydarzenia.

Dlaczego przez tak długi okres żaden statek nie został zniszczony? Najpewniej z tego względu, że przez ostatnie kilka dekad kraj nie prowadził większych działań zbrojeniowych na morzu. Oficjalne informacje mówią, że okręt „poszedł na dno”, bowiem został trafiony dwoma rakietami przeciwokrętowymi Neptun. Tak – to były tylko i wyłącznie dwa pociski, które rozłożyły na łopatki flagowy krążownik marynarki wojennej Rosji.

Krążownik Moskwa
źródło: Naval News

Jak wcześniej zaznaczyłem, statek nie był najnowszy – miał na karku 43 lata. Warto dodać, że od tego czasu nie budowano większych, podobnych okrętów. „Flagowy” statek pokroju Moskwy bezproblemowo powinien był zniszczyć pociski tego kalibru – R-360 Neptun nie należą do najmniejszych (ale też nie do największych) – mają ponad 5 metrów długości oraz 40 cm średnicy.

Wadliwa konstrukcja czy niekompetencja załogi?

Moskwa miała do dyspozycji przede wszystkim kierowane przy pomocy radaru pociski SA-N-4, a także sześć 30-milimetrowych działek AK-630M, które bezproblemowo powinny zniszczyć dwa „Neptuny”. Co najciekawsze, Rosjanie byli pewni ataku – okręt podpłynął bliżej brzegu (co sprawiło, że był w zasięgu pocisków Ukrainy) – może to sugerować, że dowódcy statku byli pewni, iż są w stanie obronić się przed atakiem.

No dobra, R-360 nie zostały zniszczone – ale tak ogromny statek, wyposażony w gruby pancerz, nie powinien ot tak zatonąć, bowiem został trafiony w lewą burtę, a nie przykładowo w kokpit. Rakiety, trafiając w Moskwę, wznieciły na całym statku pożar. Co mogło zatem pójść nie tak? Najpewniej leciwa konstrukcja statku była tu problemem. Statek od powstania nie przeszedł większej modernizacji, a jedynie lekkie usprawnienia – ten sam system obronny z lat 80. miał bronić statku w 2022 roku. Brzmi to co najmniej śmiesznie.

Krążownik Moskwa
źródło: chihaken96 | Twitter

Dajmy przykład z 1987 roku, gdzie wystrzelony przez Irakijczyków pocisk przeciwokrętowy Exocet (co prawda nieco innego typu, bo z głowicą burząco-kumulacyjną, gdzie Neptun ma burząco-odłamkową) o podobnych wymiarach i wadze uderzył we fregatę USS Stark, ważącą 3 razy mniej niż Moskwa – „Stark” został bez problemu wyratowany. Oznacza to, że Moskwa w teorii powinna wciąż pływać, a przynajmniej dotrzeć do Sewastopola.

Najprawdopodobniejszym scenariuszem jest to, że zarówno złe decyzje dotyczące kontroli uszkodzeń, jak i zły stan techniczny sprawiły, że statek poszedł na dno. Co to oznacza? Jeśli flagowy statek Rosji zostaje zniszczony przez dwie rakiety, to reszta floty państwa Putina może być w podobnym stanie technicznym. I również może pójść na dno, podobnie jak cała Rosja, jeśli nie zakończy swojej agresji na Ukrainę. Jej konsekwencje w postaci licznych sankcji zaciskają się bowiem coraz mocniej na szyjach wszystkich Rosjan.

Na koniec warto też wspomnieć, że zatopienie Moskwy wywołało skrajnie różne opinie – jeden z amerykańskich prawodawców powiedział nawet, że nadszedł czas, aby zatopić całą amerykańską flotę. Z drugiej strony mówi się, że powinno się zwiększyć jej liczebność, co wydaje się bardziej rozsądnym posunięciem. Szczególnie że według obecnych prognoz do 2030 roku Chiny będą miały liczniejszą marynarkę niż Stany Zjednoczone.