Na doświadczenia płynące z gier wideo wpływa wiele elementów. Każdy z nas dąży do tego, aby przy ograniczonym budżecie wyciągnąć z gamingu jak najwięcej. Gdzie zatem szukać sposobu na upgrade, jeżeli ceny RAM-u i kart graficznych nie zachęcają do inwestycji?
Co widzą gracze?
Nie da się przepytać wszystkich graczy na świecie, jakiego sprzętu używają. Na szczęście od lat Steam przeprowadza na swojej platformie dobrowolną ankietę zbierającą szczegółowe informacje, co obecnie zdobywa (lub traci) popularność wśród graczy. A skoro miesięcznie z platformy Valve korzysta ponad 100 milionów osób, to nawet ułamek wysyłających dane powie nam sporo o trendach.
Nas tym razem nie interesuje ani wybierany system, ani karty graficzne, a stosowana rozdzielczość monitora. Stan na kwiecień 2026 rok nie pozostawia złudzeń – Full HD (1920 x 1080 pikseli) jeszcze na długo z nami zostanie, format był używany przez 52,21% ankietowanych i odnotował wzrost rzędu 0,28%. Największą stratę można zauważyć przy okienku z rozdzielczością HD (1366 x 768 pikseli) – wynosi ona 0,18%.
Aby nadać tej recenzji pełnego obrazu warto wspomnieć o tym, że największy wzrost należy jednak do rozdzielczości QHD, czyli 2560 x 1440 pikseli – popularność wzrosła o 0,71% i monitory w tym formacie były używane przez 21,41% ankietowanych.
Czy warto jednak zmieniać monitor dla większego zagęszczenia pikseli na ekranie? Niekoniecznie – w końcu w grach liczy się także płynność związana z częstotliwością odświeżania czy to, jak dobrze prezentuje się tytuł na wyświetlaczu.
A gdyby tak upiec nie jedną czy dwie, ale trzy pieczenie na jednym ogniu? Zmienić ekran na większy, dorzucić mu szybkie odświeżanie i połączyć z niespotykaną wcześniej głębią kolorów? W teorii da się to zrobić – można do tego wykorzystać monitor pokroju Philips Evnia 27M2N6501L. Czy w praktyce jest to jednak gra warta świeczki? Test to najlepsza odpowiedź na takie pytanie.
Specyfikacja monitora Philips Evnia 27M2N6501L
| Przekątna ekranu | 26,5″ (67,3 cm) |
| Rozdzielczość matrycy | WQHD (2560 x 1440 pikseli) |
| Proporcje obrazu | 16:9 |
| Typ matrycy | QD OLED |
| Częstotliwość odświeżania | do 240 Hz |
| Czas reakcji (GTG) | 0,03 ms |
| Współczynnik kontrastu (typowy) | 1500000:1 |
| Jasność | SDR – 200 nitów, HDR – 400 nitów |
| Pokrycie gamy kolorów | 98% Adobe RGB, 99% DCI-P3, 147,5% sRGB, 120% NTSC |
| Obsługiwane kolory | 1,07 biliona (10 bitów) |
| Synchronizacja adaptacyjna | FreeSync, G-Sync |
| Dostępne porty | 2x HDMI 2.1, 1x Display Port 1.4 |
| Wyjście USB | 1x USB-B typu upstream, 2x USB-A typu downstream + jeden z funkcją szybkiego ładowania |
| Podświetlenie RGB | tak, system Ambiglow |
| Redukcja światła niebieskiego | tak, tryb Low Blue |
| Mocowanie VESA | tak, 100 x 100 mm |
| Regulacja | pionowo do 130 mm, Pivot -+90∘, Obrót w poziomie -+30∘, Pochylenie -5∘/20∘ |
| Pobór energii | ok. 61 W |
Pierwsze wrażenia
Gdybym miał ocenić grupę docelową użytkowników testowanego monitora, musiałbym wskazać tych bardziej „wyrafinowanych” graczy. Zamiast czerni, ograniczonej palety kolorów i grafik oznajmiających, że oto stoi przed nami sprzęt do podziwiania płynnego i ostrego obrazu, otrzymujemy całkiem zgrabne szare pudło z zaledwie kilkoma ikonami podkreślającymi cechy monitora.
W środku dalej czuć biurowy profesjonalizm zamiast gamingowej przebojowości, czego ostatecznym potwierdzeniem może być fakt, że 27M2N6501L to sprzęt dostępny wyłącznie w kolorze białym – nie będzie zatem pasował do każdej konfiguracji.
Do „eleganckiej bieli” Philips podszedł poważnie i porządnie. W pudełku na kupującego czeka bowiem nie tylko kabel zasilający, ale także HDMI oraz Display Port – wszystko w bieli. Nie ma zatem co zwlekać – składamy to w całość i podziwiamy w stanie „gotowy do działania”.

Przyglądając się całej konstrukcji z bliska widać, że producent nie chciał zrobić sprzętu, który „robi robotę” wyłącznie wyświetlaczem. Dopuszczam do siebie myśl, że lekko przesadzam, ale zastosowanie marmurkowej tekstury na nogach podstawki czy centralnej linii załamującej światło i znikającej na obu końcach pod wyświetlaczem to perfekcyjny przykład detalu – czegoś, co stanowi mało istotną część całości, ale na co naprawdę można patrzeć z przyjemnością.
Warto w tym miejscu wspomnieć również o tym, jakie porty znajdują się od spodu urządzenia. Oprócz wejścia na kabel zasilający Typ C13, sprzęt oferuje dwa wejścia HDMI, jedno Display Port, gniazdo słuchawkowe 3,5 mm oraz dwa porty USB-A: jeden w kolorze niebieskim, drugi zabarwiony na żółto. Jest też jedno USB-B służące jako upstream dla dostępnego obok hubu. Szkoda, że nie znalazło się tu miejsce dla gniazda USB-C.


OSD i możliwości monitora
Do obsługi monitora wykorzystuje się jeden guzik znajdujący się po prawej stronie, na 1/3 wysokości urządzenia. Pierwsza zakładka umożliwia szybką konfigurację monitora pod konkretny scenariusz – nazywa się to Smart Image i znajdziemy tam m.in. ustawienia dedykowane FPS-om czy grom wyścigowym, ale też opcję skierowaną do grafików/DTP. W tym miejscu możliwe jest dostosowanie również jasności, kontrastu, palety kolorów czy barwy temperaturowej.
Dalej na liście są ustawienia dla graczy, w skład których wchodzi Adaptive Sync, celownik, Stark ShadowBoost, podkręcający kontrast i jasność, czy „inteligentny snajper” – powiększenie wycinka ekranu, które może stanowić przewagę, jeżeli naszą rolą jest wyczekiwanie w sieciowych strzelankach aż jakiś nieszczęśliwiec postanowi wychylić się zza węgła. Jest też wykluczająca się ze zmienną synchronizacją obrazu funkcja obniżenia opóźnienia na wejściu (input lag).



Warto również wspomnieć o podświetleniu plecków przypominających telewizorowe Ambilight, czyli Ambiglow. System może działać w oparciu o gotowe animacje lub wykorzystywać AI tak, aby samemu dobrać najlepsze kolory w oparciu o to, co dzieje się na ekranie.
Druga połowa to już normalka, jakiej można oczekiwać od monitora – ustawienia związane ze źródłem obrazu oraz dźwiękiem z wbudowanych głośników oraz ustawienia ogólne dotyczące języka czy ochrony panelu OLED. W tej materii monitor umożliwa włączenie m.in. wygaszacza ekranu, obiegu pikseli z automatycznym odświeżaniem, zabezpieczenia przed przeładowaniem logami, jednolitej jasności czy przyciemniania granicznego.
Coś, co zaskoczyło mnie – niestety – negatywnie w pracy OSD to okazjonalne przycięcia. Przykładowo – po włączeniu lub wyłączenie Adaptive Sync monitor potrzebuje czasami kilku sekund zanim pozwoli znowu wejść do menu – klikanie w przycisk sprawia, że interfejs miga nam przed oczami i w ułamku sekundy znika. Nie występuje to zawsze i przy każdej opcji, jednak był to jeden z niewielu minusów, jakie zauważyłem podczas korzystania z urządzenia.


Parametry obrazu
Choć brak profesjonalnych narzędzi pomiarowych utrudnia obiektywną, podpartą suchymi danymi opinię o tym, jak prezentuje się obraz na Philips Evnia, to nie pozostaje mi nic innego jak spróbować ocenić całość bardziej organoleptycznie, z pomocą innych, dostępnych pod ręką sprzętów.
Tak się przyjemnie składa, że nieustannie korzystam z KTC M27P20 Pro, którego recenzję popełniłem ponad trzy lata temu (co przy okazji potwierdza, że obawy co do długowieczności sprzętu tej marki były częściowo bezpodstawne) – jest zatem okazja do zestawienia ze sobą konstrukcji miniLED z 2023 roku i współczesnego OLED-a.
Co tu dużo mówić, w kwestii kolorów nie ma mocnych na organiczne LED-y. Choć oko nie zwraca na co dzień uwagi na takie szczegóły, to przy krwistej czerwieni Philipsa tradycyjna matryca Fast IPS z miniLED wygląda, jakby serwowała wyblakniętego grejpfruta. Podobnie sprawa ma się z zielonym i niebieskim zabarwieniem – oszczędzę Wam jednak żenujących porównań.
Są jednak pewne rzeczy, o których warto pamiętać przy wyborze monitora 27M2N6501L. Pierwsza z nich to niższa jasność w porównaniu z innymi ekranami. Choć współczesne OLED-y potrafią oferować poziom jasności przypominający ten z paneli LCD, testowany sprzęt jest w stanie wyciągnąć w trybie SDR 200 nitów, co przy wyświetlaczu osiągającym 1000 nitów sprawia, że czysta, „oślepiająca” biel, nie jest już taka oślepiająca.
A skoro już o bieli mowa – tym, co najbardziej przeszkadza mi w parametrach obrazu testowanego monitora, jest brak możliwości zmiany temperatury barw w przestrzeni kolorów. Używając trybu „Ojczystego” możliwa jest zmiana od wartości 5000K, dającej efekt „trybu nocnego”, aż do 11500K wchodzącego wręcz w mocny niebieski.
Chcąc jednak zastosować identyczną przestrzeń – przykładowo DCI-P3 – na obu monitorach oznacza to bardziej widoczną żółtą tintę na panelu OLED w porównaniu z miniLED. Wynika to z innego sposobu emisji światła, co ludzkie oko jest w stanie wyłapać jako widoczną różnicę, jednak dla narzędzi pomiarowych całość może prezentować się jako identyczna.
Wspominam o tym, ponieważ zakładam, że niektórzy mogą chcieć zachować poprzedni monitor i używać go w tym samym czasie obok nowego sprzętu z identycznymi ustawieniami w kwestii przestrzeni kolorów – wtedy takie różnice mogą kłuć w oczy.

Philips Evnia 27M2N6501L w praktyce
Jako że część funkcji monitora można sprowadzić do „działa/nie działa” i ich stosowanie jest bardzo niszowe, nie planuję zagłębiać się mocniej w takie tryby, jak inteligentny snajper czy wyświetlanie celownika – wystarczy wiedza, że w pierwszym przypadku faktycznie pojawia się okienko z zoomem na matrycy i kilkoma ustawieniami (pozycja i poziom przybliżenia), a celownik ma tylko jeden wzór i w przypadku włączenia mu inteligencji zmienia kolor tak, aby pozostawać cały czas widocznym i czytelnym.
Tym, co stanowi o wyjątkowości tego monitora, są dwie technologie. Pierwsza z nich to AmbiGlow. Jej częścią jest szesnaście nieosłoniętych diod LED umieszczonych na plecach monitora. Oprócz opcji ustawienia statycznego koloru do wyboru jest również kilka animacji, jak „gwieździsta noc”, „faza koloru” czy „oddychający kolor”. Każdy z trybów ma również dodatkową warstwę personalizacji, w której wybieramy jasność, prędkość czy kolor – ostatni parametr nie ogranicza się na szczęście wyłącznie do bazy RGB. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, aby ustawić tył na „oddychającą” magentę.
Tym, co może niektórych przekonać do zainteresowania się Philips Evnia, jest opcja „Śledzenie wideo”, która sprawia, że uśrednione parametry kolorów przenoszą się na tył monitra, przez co mamy wrażenie „rozlania się” obrazu na ścianę za sprzętem.
W praktyce dynamiczne zmiany – na przykład z czystego zielonego na czerwony – zajmują monitorowi mniej więcej sekundę, jednak umówmy się, że mało jest gier, które zmieniałyby swoją paletę w ten sposób. W normalnych warunkach widać więc, jak LED-y współgrają z tym, co widzimy przed sobą, dzięki czemu fani Ambilight mogą przenieść doświadczenia z salonu do swoich biur.
Drugą, bardziej praktyczną i wartą odnotowania funkcją, jest Stark ShadowBoost. Wykorzystuje on zaletę OLED-ów w walce z jedną z ich dużych wad, jaką jest tzw. black crush. Już tłumaczę – ze względu na możliwość wyłączenia pojedynczego piksela uzyskujemy perfekcyjną czerń, jednak monitor może mieć problem z rozróżnieniem subtelnych różnic w spektrum ciemnych kolorów. W efekcie wygasza on więcej pikseli niż powinien, w efekcie czego obraz traci na szczegółowości.
Wspomniana wyżej funkcja podbija jasność pikseli w takim środowisku, dzięki czemu obraz rozjaśnia ciemniejsze fragmenty, nie ruszając poziomu jasności tam, gdzie nie ma potrzeby. Stark ShadowBoost oferuje trzy poziomy intensywności działania i już na najmniejszej ingerencji w obraz widać, jak bardzo OLED ma tendencję do przytłaczania czernią. Warto zaznaczyć, że tryb nie może działać w tym samym momencie co HDR.




Co prawda nie spodziewałem się, że ponad 20-letnia gra okaże się świetnym sposobem na prezentację możliwości ShadowBoost, ale trzeba przyznać, że ciemne korytarze w The Elder Scrolls III: Morrowind sprawdziły się w tym celu znakomicie.
Na zdjęciach powyżej widać, jaka jest różnica między wyłączonym podkręceniem jasności, a jak zmienia się na 3. poziomie. Widać jednak, że tak silny efekt potrafi nieco wyprać scenerię z kolorów. Oczywiście od Waszego gustu zależy, jaki stopień ingerencji w obraz będzie Wam odpowiadał.
W trakcie testów w pewnym momencie zwróciłem również uwagę na powłokę ochronną, jaka została nałożona na ekran. Można bowiem założyć z góry, że matowa powierzchnia eliminuje większość refleksów i nadaje się do wielu scenariuszy, a błyszczące powłoki – choć lepiej oddają ostrość i głębię kolorów – to przy okazji nie w każdym pomieszczeniu i w każdych warunkach oświetlenia będziemy mogli docenić te zalety.
Tymczasem Philips Evnia oferuje coś pomiędzy. Na powierzchni ekranu bez dwóch zdań widać, że mamy do czynienia z gładką, odbijającą światło powłoką, jednak odbijała ona mniej światła niż leżący obok laptop – również z ekranem OLED i nie-matowym wykończeniem.
Warto również wspomnieć o układzie pikseli Q-Stripe. Wiele osób zwraca uwagę, że ekrany OLED, ze względu na rozstawienie subpikseli składających się na piksel, nie zawsze nadają się do pracy z tekstem przez widoczne rozmycia. W przypadku Q-Stripe o trójkątnym układzie poświata wokół czcionek nie występuje, przez co praca ze słowem pisanym nie powinna być uciążliwa dla oczu.

Podsumowanie
Możecie dzisiaj zainwestować w więcej RAM-u czy w mocniejszą kartę graficzną. Jeżeli jednak Wasz komputer to średniej klasy jednostka sprzed powiedzmy około pięciu lat, to bez problemu sprzęt powinien udźwignąć nowości rynkowe w płynnych 60 klatkach na sekundę – wszystko kwestią pobawienia się ustawieniami i realnym podejściem, że „wszystko na maksa” rzadko zdaje egzamin.
Gdyby wierzyć ankiecie na Steamie i podskórnemu uczuciu, że wielu z Was wciąż trzyma się technologii LCD, to Philips Evnia 27M2N6501L jawi się jako idealny sposób na rozwój gamingowego stanowiska. Monitor kosztuje mniej niż kości RAM DDR5 o pojemności 32 GB czy GPU nowej generacji Nvidii oraz AMD (oczywiście przy uśrednieniu cen i pominięciu promocji), jednak korzyści z niego płynące zobaczycie nie tylko w nowościach sezonu pokroju Forza Horizon 6 i 007: First Light.
Choć OLED można zbanalizować do poziomu „no, jest ciemniej”, to jednak dostęp do wyświetlacza o niesamowitym poziomie kontrastu jest już w gamingu stacjonarnym na wyciągnięcie ręki. Oczywiście samo podświetlenie – przejście z Full HD na WQHD jest widoczne gołym okiem, odświeżanie 240 Hz daje niesamowitą płynność obrazu, a dodatkowe funkcje zaszyte w interfejsie pomagają wydłużyć żywotność monitora. Nie można też zapomnieć o HDR, podświetleniu Ambiglow czy technologii Stark ShadowBoost.
Mimo wszystko jednak monitor ma też swoje za uszami. Brak alternatywy w kolorze czarnym może sprawić, że wiele osób nie wybierze go ze względu na „niekompatybilność” z estetyką biurka, OSD przy niektórych ustawieniach ma problem z natychmiastowym wywołaniem, a maksymalna jasność mocno odstaje od tego, co są w stanie zaoferować nie tylko matryce WOLED czy Tandem OLED, ale też QD-OLED konkurencji.
Zbierając te wszystkie cechy do jednego worka trudno jest jednak uzasadnić używanie dziś jednostki LCD w Full HD jako głównego monitora – może oprócz faktu, że wymiana na nowy sprzęt to dodatkowy koszt, bez którego można obyć się przez jakiś czas.
Gdybym jednak miał dzisiaj budować gamingowy zestaw dla gracza od zera lub miał polecić coś osobie z wyświetlaczem, którego dni są już policzone, to bez cienia wątpliwości poleciłbym przejście na OLED-a – pokroju Philips Evnia 27M2N6501L właśnie.








