O tym, jak ThinkBook 13s uratował moją produktywność podczas przeprowadzki – historia prawdziwa | Tabletowo.pl
Akcja Partnerska

O tym, jak ThinkBook 13s uratował moją produktywność podczas przeprowadzki – historia prawdziwa

Dołącz do dyskusji 0

Polecę klasykiem: szewc bez butów chodzi. Przeprowadziłam się do nowego mieszkania, gdzie jeszcze nie mam podłączonego internetu. Mam świetny komputer stacjonarny, ale bez karty sieciowej. Traf chciał, że akurat w tym terminie przywędrował do mnie na testy Lenovo ThinkBook 13s, który… uratował moją produktywność. Serio.

Brak karty sieciowej to jednak spory problem

Nowe osiedle, nowe budownictwo. Infrastruktura jest, światłowód – miejmy nadzieję póki co – na wyłączność lokalnego dostawcy, do którego jeszcze nie nabrałam zaufania (jak to do wszystkiego, co obce i nieznane). Laptopa prywatnego – aktualnie brak. Ewidentnie wszystko się zawzięło przeciwko mnie.

Na chwilę przed przeprowadzką odezwało się do mnie Lenovo z pytaniem czy bym nie chciała przetestować ich nowego produktu, o którego premierze – przyznaję – zupełnie zapomniałam. Mowa o modelu ThinkBook 13s, który kilka dni później był już w moich rękach. Brałam go na testy dość niechętnie, bo podczas przeprowadzki (na którą składa się najpierw pakowanie, później przewożenie rzeczy, a później jeszcze dłuuugie rozpakowywanie) testowanie czegokolwiek graniczy z cudem. Tymczasem wyszło na to, że była to bardzo rozsądna decyzja z mojej strony.

Jak się okazało, a raczej jak uświadomił mi Kuba, bo tego wcześniej nie wiedziałam, w komputerze stacjonarnym nie mam karty sieciowej. Ja się na tym nie do końca znam (i nie jest mi wstyd to przyznać), ale on sam twierdzi, że mógłby mi takową wmontować, ale wymagałoby to sporo zachodu, bo raz, że montaż, a dwa – ściąganie sterowników, których… nie ma jak ściągnąć. Oczywiście można kombinować, ale… czasem po prostu gra nie jest warta świeczki.

I tak, już któryś dzień pracuję sobie albo z loggi na 13-calowym ekranie ThinkBooka 13s, albo z biura z laptopem podłączonym do mojego 49-calowego, zakrzywionego monitora (jak dobrze, że jest tu pełne HDMI). A internet? Jak się pewnie domyślacie, udostępniam go sobie z telefonu. Tu pewnie jesteście ciekawi ile już zużyłam danych od momentu przeprowadzki. Cóż, sporo – już Wam mówię konkretnie.

Z udostępniania internetu mobilnego zaczęliśmy z Kubą korzystać w pewien poniedziałek, czyli pierwszego dnia, którego byliśmy na “nowym swoim”. Po ośmiu dniach, kiedy piszę dla Was te słowa, licznik pokazuje 44 GB. Średnio niecałe 5 GB danych na dzień, przy czym do tego internetu podłączony jest mój laptop testowy, Kuby stacjonarka i drukarka w razie potrzeby. Plus oczywiście nie nadwyrężamy tego internetu za nadto – nie ściągamy paczek danych, aktualizacji systemu, etc. W tak zwanym międzyczasie internet zdążył zwolnić ze względu na “lejek” u operatora, przez co jakakolwiek bardziej wymagająca praca (niż pisanie mejli czy artykułów), nie ma racji bytu. Męczymy się przy tym strasznie, ale czasem jak się nie ma, co się lubi, to się lubi… nie, nie lubi się tego, co się ma.

Ale męczymy się wyłącznie ze względu na internet – nie na sprzęt. Ja na pracę na Lenovo ThinkBooku 13s narzekać nie mogę, bo to bardzo dobre urządzenie do zastosowań typowo biurowych. Ma świetną, wygodną, i co najważniejsze podświetlaną klawiaturę, matowy ekran, który dodatkowo można położyć na płasko i niezłe głośniki. Ale na jego temat rozpiszę się więcej w recenzji, którą opublikuję już niedługo.

Dlaczego wciąż nie mam internetu?

Część z Was pewnie od początku tego tekstu puka się w głowę i zadaje pytanie dlaczego wciąż nie poszłam podpisać jakiejkolwiek umowy na internet stacjonarny, skoro tak bardzo go potrzebuję. Cóż, mam pewne dylematy, które skutecznie mnie wstrzymują. Nie ukrywam – czekam na konkretną informację czy i kiedy na moim osiedlu będzie dostępny światłowód Orange lub oferta T-Mobile Magenta 1 ze światłowodem i dodatkowymi usługami – bo na razie obu nie ma. Gdzieś przez myśl przeszła mi oferta internetu domowego, ale tam prędkości są nieszczególnie zadowalające dla wymagających użytkowników, a do tego nie uśmiecha mi się podpisywać umowy na dwa lata.

Ostatecznie prawdopodobnie skończy się na tym, że wyląduję z internetem u lokalnego dostawcy, z tym, że tu też mam kolejne rozterki. Przy umowie na dwa lata, internet 1 Gbit / s (1000 GB / 100 GB) kosztuje 89,90 zł miesięcznie. Podpisując umowę bezterminową… koszt ten rośnie do, uwaga… 210 zł miesięcznie. Zatem albo podpisuję na dwa lata i problem z głowy i nie oglądam się na pomarańczowego czy madżentowego operatora, albo podpisuję bezterminową i czekam na ich ruch. Oba wyjścia z sytuacji mają swoje plusy, choć… nie, jednak i tak rozsądniej jest podpisać umowę na dwa lata (gdzie koszt całościowy wynosi 2157,60 zł) niż na plus/minus pół roku (~1260 złotych plus wyższy koszt instalacji).

Szybki update sytuacji: stanęło na tym, że zdecydowaliśmy się na przejściowe rozwiązanie – do routera włożyliśmy kartę z 1410 GB danych kupioną za 250 złotych (dobry deal!). Gdy już je wykorzystamy, prawdopodobnie wszelkie rozterki, o których wspomniałam wyżej, odejdą w zapomnienie. Swoją drogą, ciekawe, na jak długo wystarczy nam taka ilość danych… jak obstawiacie? ;)

Całe szczęście mogę też pracować mobilnie

I właśnie dochodzimy do aspektu, za który kocham swoją pracę: mobilność. Mogę wziąć laptopa “pod pachę”, zgrać zdjęcia czy wideo, zmontować i wrzucić z internetu dostępnego w kawiarni czy innym miejscu, gdzie mile widziane są osoby pracujące “na swoim” (czy też freelancerzy). W dodatku nie muszę na tę wyprawę brać auta, bo wystarczy hulajnoga elektryczna, dla której nie muszę szukać wolnego miejsca parkingowego (o które w Warszawie dość trudno) i za nie też płacić.

Ograniczają mnie wtedy właściwie dwie rzeczy: czas pracy akumulatora laptopa, z którego korzystam (choć można go podłączyć do zasilania i problem znika) i… godziny otwarcia konkretnego lokalu, w którym przebywam.

Dawno nie zdarzyło mi się napisać tak lekkiego felietonu, ale chyba było mi to potrzebne – wylałam trochę żali i od razu mi lepiej ;). A jeśli macie jakieś pytania odnośnie ThinkBooka 13s – śmiało, polecam sekcję komentarzy, bo już niebawem jego recenzja.

W niniejszym wpisie lokujemy Lenovo ThinkBooka 13s

Jeżeli znalazłeś literówkę w tekście, to daj nam o tym znać zaznaczając kursorem problematyczny wyraz, bądź zdanie i przyciśnij Shift + Enter lub kliknij tutaj. Możesz też zgłosić błąd pisząc na maila.

Komentarze

Przeczytaj następny wpis niżej
Logowani/Rejestracja jest chwilowo wyłączona