GTA Trilogy Remastered - już oficjalnie

Recenzja GTA: The Trilogy – The Definitive Edition. Quo vadis, Rockstar?

GTA The Trilogy - The Definitive Edition
Data Premiery
11 listopada 2021
Producent
Grove Street Games
Wydawca
Rockstar Games

0,5/10 – tak obecnie wygląda średnia ocen dla Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Edition, wystawionych przez użytkowników portalu Metacritic. Czy rzeczywiście jest aż tak źle, pomimo legendarnego wręcz statusu trylogii GTA w całej popkulturze?

Na początek – fakty

Obok odświeżonej trylogii GTA po prostu nie mogłem przejść obojętnie. Każda z trzech gier odegrała kluczową rolę w rozwoju mojego gustu pod kątem gier, ale także i muzyki. Wiemy doskonale, jak ważna ona jest w produkcjach sygnowanych logiem Rockstar Games. Bez niej takie Vice City oraz San Andreas nie było tak ciepło wspominane, pomimo zaangażowania niesamowitych aktorów oraz trzymającego w napięciu scenariusza.

Reklama

Zanim jednak przejdziemy do oceny samego odświeżenia, ustalmy na początek pewne fakty. Za produkcję GTA: The Trilogy – The Definitive Edition odpowiada studio Grove Street Games. Ekipa ta ma na swoim koncie porty Grand Theft Auto: The Trilogy sprzed 10 lat na systemy Android oraz iOS, na których zresztą oparte zostało The Definitive Edition.

Warto też dodać, że 15 godzin po premierze gry, Rockstar Games wycofało ją ze swojego sklepu na pecetach, argumentując to znajdującymi się w plikach gry tajnymi dokumentami firmy. W chwili obecnej trylogia GTA jest już ponownie dostępna do zakupu na Rockstar Games Launcher. Produkcja na każdej z platform kosztuje obecnie 269,90 złotych.

Reklama

Grove Street, home

Zabrzmi to pewnie jak frazes marketingowy, ale gdy GTA: Trilogy – The Definitive Edition działa, to każda z trzech gier prezentuje się dokładnie tak, jak je zapamiętaliśmy. Pierwsze przejażdżki po Vice City oraz San Andreas sprawiły, że znów poczułem się jak 11-letnie dziecko. Jest tak, ponieważ sam pomysł, jaki Grove Street Games miało na remaster, naprawdę nie był zły.

Odświeżenie grafiki, z zachowaniem jej karykaturalnej, komiksowej stylistyki, to genialny plan. Klasyczne produkcje z PlayStation 2 nigdy nie wyglądały realistycznie, dlatego podkręcenie przerysowania oprawy do maksimum to świetny kierunek. Muszę też przyznać, że każdy ze światów gry wygląda teraz o wiele lepiej, zwłaszcza Vice City i San Andreas. Jak widzicie na zrzutach ekranu, woda i neony wyglądają w fikcyjnym Miami przecudownie. Z San Andreas zniknął z kolei ten paskudny, żółty filtr, dzięki któremu gra mocno przypomina kolorami o GTA V.

Niestety, przy takich manewrach jest też wymagana konsekwencja w działaniu. A tej niestety odświeżonej GTA: The Trilogy brakuje najbardziej. Przez ostatnie dni przetoczyło się przez sieć mnóstwo obrazków, które niestety są prawdziwe. Łamiące się iluzje mgły oraz deszczu, miejscami okropne modele bohaterów, błędy i glitche, których w ogóle nie było w oryginalnych grach.

Co mnie jednak najbardziej zdenerwowało? Niechlujność interfejsu gracza. Menu każdej z produkcji ma z jakiegoś powodu przypisane dźwięki z San Andreas, a wszystkie komunikaty oraz napisy wyświetlają się w marnej czcionce Arial. Wygląda to brzydko i tanio, zwłaszcza, że każda z gier miała już wcześniej świetne czcionki, których nie trzeba było zmieniać.

Nawet oficer Tenpenny nie wiedział, że CJ nawiązał łączność z Spider-Verse
Nawet oficer Tenpenny nie wiedział, że CJ nawiązał łączność z Matrixem

Sromotny upadek legendy

To jest niesamowite, że firma z taką renomą jak Rockstar Games, spojrzała na produkt dostarczony przez Grove Street Games i wypuściła to na rynek. Branża gier dalej nie nauczyła się po Cyberpunk 2077, że wypuszczając niegotowy produkt, nie osiągnie się nic dobrego. Wręcz przeciwnie – na własnych oczach obserwujemy, jak Rockstar Games traci budowaną od 2001 roku reputację wśród graczy.

To jednak dalej nie koniec rozczarowań, jakie szkocka korporacja przygotowała dla graczy. Cała trylogia GTA ucierpiała również na tle muzycznym. Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że najbardziej oberwało Vice City i San Andreas, pozbywając się wielu utworów, kojarzonych dzisiaj niemalże wyłącznie z produkcjami Rockstar Games. Jak można nazwać to wydanie The Definitive Edition, jeżeli brakuje w nim takiej klasyki, jak Billie Jean od Michaela Jacksona czy też Express Yourself od N.W.A.?

Co jest jeszcze ciekawsze – piosenki, na które Rockstar Games nie ma już licencji, dalej znajdują się w plikach gry. Co więcej, skrypt blokujący tę muzykę jest obecnie zepsuty, przez co grze zdarzy się puścić takie Video Killed the Radio Star, mimo iż producent oficjalnie informuje o usunięciu utworu. Można więc powiedzieć, że najprawdopodobniej studio obecnie dystrybuuje nielegalnie muzykę. Niezłe jaja, co nie?

Jest to o tyle niezrozumiałe, gdyż Take-Two i Rockstar Games mają teraz wielokrotnie więcej kasy niż w latach 2001-2004. Nawet taka korporacja, jak Activision/Blizzard, potrafiła sięgnąć głęboko do kieszeni, by wrzucić niemalże wszystkie klasyczne utwory do Tony Hawk’s Pro Skater 1+2. Kiedy inne studia pokazują, że da się zachować wierność w produkcjach mocno opartych o licencjonowaną muzykę. Nie ma tutaj żadnego usprawiedliwienia dla Rockstar Games oraz Take-Two, które – przypomnijmy – żąda za GTA: The Trilogy – The Definitive Edition 269,90 złotych.

Trylogia GTA, czyli prawie jak w domu

Najważniejsze są jednak zmiany w rozgrywce, a tych jest zaskakująco niewiele. W GTA: The Trilogy – The Definitive Edition możemy wreszcie obracać kamerą poprzez ruch prawą gałką. Samochody i motocykle nareszcie prowadzimy za pomocą triggerów, choć pojazdy latające to dalej jest jakiś dramat. Przekonałem się o tym podczas kultowej misji z zabawkowym helikopterem w Vice City, która nie była ani trochę wygodniejsza niż w oryginale. A wierzcie mi, zaliczyłem ją jakieś 30 razy.

Gdy rodzi się strzelanina, koło broni pomoże zapanować nad sytuacją, zwalniając czas w trakcie wyboru pukawki. System strzelania pozwala teraz na swobodne celowanie bądź włączenie jego wspomagania. Niestety, tylko do strzelb, ponieważ cięższe karabiny jak Kruger dalej przełączają się w tryb pierwszoosobowy, w którym nie możemy się poruszać bohaterem. Dobrze, że przynajmniej dalej można celować prawą gałką, lecz spodziewałem się tutaj o wiele większych usprawnień.

Jednocześnie jednak schemat sterowania został na tyle usprawniony, że kolejne misje przechodziło się całkiem przyjemnie. Pomimo wszystkich problemów, na jakie The Definitive Edition cierpi, to dalej jest kultowa trylogia GTA. Oznacza to, że produkcje dalej cechują się fantastyczną narracją, której jakości wiele studiów nie potrafi do dzisiaj dogonić.

Zarówno zadania, jak i same postacie występujące w grach, są tak zróżnicowane, że w całą trylogię GTA po prostu dalej gra się fantastycznie. Oczywiście pod warunkiem, że nie zaczniemy wpisywać psujących port od Grove Street Games kodów.

Sam zestaw też lubi przypomnieć o swojej niedoskonałości. A to jakimś graficznym błędem, a to okropnym wykonaniem jakiegoś modelu bohatera czy wreszcie spadkiem prędkości animacji do 35 kl/s.

Koło wyboru broni to jedna z większych nowości w GTA: The Trilogy - The Definitive Edition
Koło wyboru broni to jedna z większych nowości w GTA: The Trilogy – The Definitive Edition

A miało być tak pięknie

W najlepszym wypadku, odświeżona trylogia GTA może wywołać pewien niesmak, który minie po tygodniu od zakupu produkcji. Gdyby Grove Street Games dostało więcej czasu na wypolerowanie pakietu, to naprawdę mogłaby być edycja definitywna. Choć na wiele błędów naprawdę byłbym w stanie przymknąć oczy, tak całokształt stanu, w jakim obecnie znajdują się poszczególne gry, zostawiają wiele do życzenia.

Znikająca ścieżka dźwiękowa, spadki prędkości animacji nawet na PlayStation 5, nierówne modele postaci, ogrom błędów, jakich nie było w oryginalnej trylogii GTA. Takie sytuacje nie mogą mieć miejsca w wydawnictwie za 269,90 złotych.

Pozwolę sobie tutaj znowu przytoczyć Activison/Blizzard, które wydało pełne, doszlifowane odświeżenia klasycznych gier w postaci Crash Bandicoot: N.Sane Trilogy, Crash Team Racing: Nitro Fueled, Spyro: Reignited Trilogy, Tony Hawk’s Pro Skater 1+2, a całkiem niedawno – Diablo II: Resurrected. Trudno też nie wspomnieć o wysiłkach PlayStation Studios – Medievil, Demon’s Souls, Shadow of the Colossus. Nawet mniejsze studia od Rockstar Games potrafiły dostarczyć tak intrygujące remake’i, jak Spongebob Squarepants: Battle for the Bikini Bottom czy Destroy All Humans!

Wspomniałem o tych wszystkich markach, by pokazać, na jak wielu procesach produkcyjnych Rockstar Games oraz Take-Two mogło się wzorować. Niestety, studio poszło po linii najmniejszego oporu. Nawet, jeżeli bawiłem się z odświeżonym GTA: The Trilogy całkiem dobrze, to tylko dlatego, iż III, Vice City oraz San Andreas są prawdziwymi produkcjami z duszą, którą bronią się same w sobie.

Szkoda tylko, że firma, która je stworzyła, nie potrafi tego dostrzec, wypuszczając ten pakiet w obecnym stanie, za tak ogromne pieniądze.

GTA Trilogy Remastered - już oficjalnie
Recenzja GTA: The Trilogy – The Definitive Edition. Quo vadis, Rockstar?
Zalety
to dalej GTA III, Vice City, San Andreas - trzy wspaniałe, definiujące gatunek przygody
usprawnienia w sterowaniu pojazdami oraz strzelaniu
świetny pomysł na odświeżenie światów i barw w każdej z gier
Wady
niestabilna prędkość animacji nawet na PS5
wycięcie lwiej części muzyki z Vice City oraz San Andreas
niekonsekwentny design odświeżonych postaci
błędy, które nie występowały w oryginalnej trylogii
negatywny stosunek ceny do jakości pakietu
zbyt małe usprawnienia w mechanikach strzelania
4.5
Ocena

Reklama