Tło Pokemon GO Tour Johto
Źródło: Niantic

Ze smartfonem w Johto. Wrażenia z najnowszego Pokemon GO Tour

Najpopularniejszy tytuł w rozszerzonej rzeczywistości ponownie zaprosił nas do rozgrywki za pomocą nowego wydarzenia w grze. Czym Pokemon GO Tour: Johto różni się od poprzednich wycieczek i jakie uczucia towarzyszyły mi podczas sobotniego eventu?

Reklama

Pokemon krokodyl i spółka

Co to w ogóle jest Pokemon GO Tour: Johto? To jednodniowe wydarzenie, poświęcone konkretnej generacji Pokemonów. W tym przypadku mowa o stworkach, które zadebiutowały w Pokemon Gold i Silver w 1999 roku na klasycznego GameBoy’a oraz GameBoy Color. To właśnie w drugiej generacji pojawił się koncept rozmnażania Pokemonów (niedostępny w Pokemon GO) oraz zwierzaki typu mrocznego i stalowego.

„Ale zaraz” – powiecie. „Skoro Pokemony drugiej generacji są dostępne w grze od 5 lat, to po co tworzyć specjalne wydarzenie?”. Otóż, wzorem obecnego eventu jest zeszłoroczny Pokemon GO Tour: Kanto, który skupiał się na Pokemonach pierwszej generacji. Możliwość złapania Pinsira czy Scythera w trawie nie była główną atrakcją.

Wraz z początkiem wydarzenia właściciele biletów otrzymali pewne bonusy. Wśród nich znalazło się miejsce na wyjątkową odznakę, specjalne zadania do wykonania, dodatkowy cukierek po złapaniu Pokemona czy specjalna oferta w sklepie. Ci, którzy nie skusili się na bilet, nie otrzymywali medalu, łapane Pokemony dorzucały do puli standardową liczbę cukierków, a nagrody za wykonane zadania były mniej hojne.

Pokemon GO Tour: Kanto nie każdemu się jednak spodobało. Wiele osób zarzucało wydarzeniu, że jak na wysoką cenę (~55 złotych), wejściówka oferuje zdecydowanie za mało. Najwidoczniej Niantic, twórcy Pokemon GO, wzięli sobie tę uwagę do serca i lista „ficzerów” dla posiadaczy biletu na Pokemon GO Tour: Johto urosła względem poprzedniczki.

Do nowości zalicza się:

  • czterokrotnie szybsze wykluwanie jajek,
  • dwukrotnie więcej cukierków z wyklutych jajek,
  • wersja Shiny Unown „J”,
  • pojawienie się wersji Shadow Apex Ho-Oh i Lugii.

Żeby nie wdawać się w szczegóły warto zerknąć na pełną listę bonusów.

Spacer po New Bark Town

Na wstępie zaznaczę, że jest to moje pierwsze doświadczenie z Pokemon GO Tour. Choć konto wskazuje prawie 6-letnie doświadczenie, to do grudnia 2020 roku nie wybrałem nawet drużyny, której barwy reprezentuję, a jest to jedna z decyzji, jakie podejmujemy w ciągu kilkunastu minut po stworzeniu postaci.

Zanim wydarzenie się rozpoczęło, w ponad rok dobiłem do 36. poziomu (maksymalny level do osiągnięcia to 50.) oraz złapałem 579 Pokemonów. Dużo, mało? Na obecną chwilę w grze można znaleźć ok. 753 unikatowe Pokemony. Mój Pokedex został więc zapełniony w ponad 75 procentach.

A co z samą krainą Johto? Druga generacja wprowadziła 100 nowych Pokemonów. Żeby „zebrać je wszystkie” w Johto zanim zaczęło się wydarzenie brakowało mi 12 stworków. Dwa z nich były ewolucjami z 1. generacji, które byłem w stanie zrobić, co daje ostatecznie 10 Poksów do złapania.

Dzień w Johto z Pokemon GO zaczął się o godz. 9:00. Do „odwiedzenia” było pięć miejsc: New Bark Town, Violet City, National Park, Goldenrod City oraz Mt. Silver. Każde z nich miało dwa okienka trwające równo 60 minut. Kiedy dana lokalizacja stawała się aktywna, wokół nas pojawiały się konkretne Pokemony. Po zebraniu kompletu całej miejscówki, gracz otrzymywał kilka nagród: Najczęściej Pokemona, trochę Pokeballi oraz Stardust (walutę, za pomocą której ulepszamy swoje stworki).

Zanim zabawa rozpoczęła się na dobre zostało mi jeszcze wybrać „wersję” gry. Podobnie jak w oryginale z 1999, w zależności od obranej strony (Gold lub Silver), otrzymywaliśmy inny zestaw Pokemonów. Wybrałem wejściówkę Gold, więc po użyciu Incense mogłem złapać w dziczy np. Spinaraka lub Gligara. Ponadto, rosła szansa na spotkanie Shiny Misdreavous lub Swinuba.

Po ok. półtorej godziny zabawę musiałem przerwać, ale na szczęście do Pokemon GO powróciłem przed 14:00. Na wypełnienie zadań, dotyczących dwóch pierwszych miejscowości, potrzebowałem ok. 20 minut w obu przypadkach. Pozostało więc skupić się na Pokemonach z National Park, Goldenrod City oraz Mt. Silver.

Żeby zwiększyć szansę na wypełnienie wszystkich zadań ruszyłem na dłuższy spacer. Dzięki temu nie tylko mogłem odwiedzać PokeStopy oraz Gymy – dzięki pozostawaniu w ruchu jajka wykluwały się w zastraszającym tempie. „2-kilometrowe” jajka wymagały do przejścia tylko 500 metrów; po użyciu Super Inkubatorów, które skracają wymagany do przebycia dystans, Pokemony, które kluły się po 12 kilometrach, mogły zasilić naszą listę już po 2 kilometrach.

Niestety, wejściówka nie zawierała w sobie ani jednego dodatkowego Inkubatora, więc jeśli zależałoby nam na zwiększeniu ilości zdobywanych Pokemonów z jajek w tym samym czasie należało by się wyposażyć w ułatwienie samodzielnie. W tym celu najbardziej opłacalnym zakupem jest Adventure Box ze sklepu, który kosztuje 1480 Pokemonet. Jeżeli przed startem eventu nie mielibyście przy sobie ani jednego „wirtualnego pokegrosza”, zakup wewnątrzgrowej waluty to dodatkowe 50 złotych. W grę wchodzi też Special Box za 480 Pokemonet (~24 złote), lecz zamiast 20 inkubatorów (w tym dwa bez bonusu do skracania dystansu), otrzymujemy tylko trzy Super Inkubatory.

Półmetek Pokemon GO Tour

Od godziny 16 znajomi zaczęli zapraszać mnie na Raidy, w trakcie których mogłem zdobyć legendarne Pokemony: Ho-Oha, Lugię, Raikou, Suicune oraz Entei’a. Niestety, ze względu na to, że trafiały się grupy maksymalnie 6-osobowe o różnym poziomie Pokemonów, w trakcie tych Raidów zdobyłem tylko Ho-Oha oraz dwa Entei’e, z czego ten drugi był gwarantowaną nagrodą w jednym z zadań. Podobno Raikou, Suicune oraz Entei mogły pojawić się poza Raidem, „na dziko”, jednak pomimo pozostawania przez większość dnia w ciągłym ruchu, z aktywnym Incensem wśród dużych skupisk Pokemonów, nie natrafiłem na nich ani razu.

Poza walkami o Legendarne Pokemony oraz robieniem zadań specjalnych, wejściówka uruchamiała w dzienniku zadanie „Pokemon Go Tour: Johto”. Po jego wykonaniu naszą ostateczną nagrodą był Pokemon Celebi z wyjątkowym zwykłym atakiem „Magical Leaf”.

O wiele ciekawszy jest następujący po nim „Masterwork Research: Apex” – zadanie czteroetapowe, gdzie nagrodą jest Shadow Apex Ho-Oh (wersja Gold) lub Lugia (Silver). Zadanie to raczej nie było przewidziane do wykonania w dniu Pokemon Go Tour, gdyż samo zrobienie 100 zadań otrzymywanych z Pokestopów zapewne wymagałoby, aby od godziny 9:00 do 21:00, chodzić z nosem w telefonie po miejscach wypełnionych punktami, z których moglibyśmy pobrać nowe zadania terenowe.

Jeżeli z jakiegoś powodu nie udałoby się wam zdobyć w trakcie konkretnych godzin wszystkich „premiowanych” Pokemonów, to nic straconego – w ciągu ostatnich dwóch godzin wokół was zaczęłyby się pojawiać wszystkie Pokemony biorące udział w wydarzeniu. Warto przy okazji zwrócić uwagę, że pomimo skupienia się na regionie Johto, nie wszystkie Pokemony dostępne w trakcie wydarzenia pochodziły właśnie stamtąd. Wszystko dlatego, że niektóre Pokemony to ewolucje stworków z 1. Generacji. I tak, podczas eventu mogliśmy złapać Golbata, którego ostateczna ewolucja, Crobat, pojawiła się dopiero w Johto, podobnie jak Kingdra, ewolucja Seadry, czy Bellossom, jedna z gałęzi rozwoju Glooma.

Około godzinę przed końcem wydarzenia zebrałem większość Pokemonów z Eventu, które dało się w łatwy sposób zdobyć. Więcej problemów sprawił mi jeden z etapów zadania specjalnego, gdzie należało wysłać prezent z naklejką. Problem w tym, że większość moich znajomych otrzymała już wcześniej „gifty”, więc zrobienie zadania wymagało ode mnie trochę gimnastyki.

Nie wszystko złoto, co jest Pokemon Gold

Czy zatem próbę uczynienia kieszonkowych potworów drugiej generacji bohaterami Pokemon GO Tour można uznać za udaną? Zanim przejdę do podsumowania – kilka statystyk z mojego konta na koniec dnia:

  • w trakcie eventu zrobiłem ok. 20 km,
  • złapałem 226 Pokemonów…
  • z czego dwa okazały się Shiny,
  • odwiedziłem 26 Pokestopów,
  • zdobyłem 356 706 punktów doświadczenia (z czego 100 tysięcy uzyskałem z jednego z zadań poza eventem).

I choć chciałbym powiedzieć, że tak rozbudowane i angażujące część mojego dnia wydarzenie było miłym sposobem na spędzenie czasu, to – niestety – nie byłoby to do końca prawdą. Dlaczego zatem Pokemon GO Tour: Johto okazało się w moich oczach niewypałem?

Pierwszy problem leży w aspekcie socjalnym gry. Zanim wydarzenie się zaczęło wysłałem kilka zaproszeń do całkowicie nieznanych mi osób, których Friend Codes znalazłem na polskiej stronie poświęconej Pokemon GO. Dzięki temu, w dniu wydarzenia kilka razy mogłem zawalczyć o Pokemona w Gymie, który był oddalony ode mnie o ponad 350 kilometrów oraz miałem komu wysłać wspomniany prezent z naklejką. Pomimo mieszkania w 4. największym mieście w Polsce, w mojej okolicy nikogo nie obchodziły jakieś legendarne i unikatowe stworki.

Ciekawostka: Ho-Oh, pojawił się w pierwszym odcinku animowanego serialu Pokemon, którego emisja odbyła się dwa lata przed premierą gry Pokemon Gold (fot. Bartosz Kaja, Tabletowo.pl)

Tak, Pokemon GO dla wielu osób jest po prostu „gierką do popykania”, którą próbują zabić nudę, kiedy gdzieś idą lub czekają na kogoś. Wejdź, złap kilka Pokemonów, ew. obsadź stworka w pobliskim Gymie, wyjdź. I nie zamierzam tutaj nikogo obrażać i nazywać pozerem. Jeżeli komuś sprawia radość taki sposób zabawy – nic mi do tego.

Gorzej, jeśli jesteście zaangażowanymi graczami – sprawdzacie IV łapanych Pokemonów, interesują was Community Days lub najzwyczajniej w świecie chcecie „złapać je wszystkie” – wtedy warto mieć zgraną grupę co najmniej 5 osób, z którą wspólne chodzicie na Raidy, zajmujecie Gymy i wymieniacie się Pokemonami podczas Pokemon GO Tour. Nie każdy jednak jest gotowy wysupłać 55 złotych z kieszeni, aby przez jeden dzień w roku uzyskać dostęp do wyjątkowych nagród.

Nie lubię, kiedy gra zmusza mnie do grania w grupie. Wiele lat w World of Warcraft spędziłem w większości u boku jednego kompana – mojego starszego brata. Raid Finder, który Blizzard dodał w dodatku Cataclysm, pozwalał odwiedzać ważne z punktu fabularnego instancje bez szukania 10 osób, które jeszcze przy okazji musiały być odpowiednio wyposażone aby dotrwać do końca. Choć tradycyjne wizyty na raidach z gildią oferowały dodatkowe nagrody, to właśnie Raid Finder pozwolił mi cieszyć się grą tak, jak chcę – poznając fabułę oraz lore, bez zbędnego napinania się w gildii.

Oczywiście, Pokemon GO jest grą, której największą siłą są lokalne spotkania, walki o Gymy i spacery podczas wydarzeń specjalnych i ma niewiele wspólnego z WoW-em. Brakuje mi jednak możliwości komunikacji z innymi graczami, niebędącymi częścią grupy znajomych oraz możliwości łapania mocniejszych stworków bez konieczności szukania w najbliższym otoczeniu osób, które w danym dniu o danej godzinie będą miały akurat chwilę, aby zawalczyć grupowo o legendarnego Pokemona – sam fakt, że każdy może dołączyć do walki z Raid Bossem w okolicy to trochę za mało.

Efekt jest zatem taki, że – owszem – dzięki wydarzeniu mogłem złapać brakujące Pokemony, którymi wypełniłbym Pokedex z Johto. Niestety, do pełni szczęścia zabrakło dwóch pokemonów – Suicune i Raikou, które, jeżeli dobrze pamiętacie, były dostępne podczas raidów lub można było je spotkać w trawie, jeśli dopisze szczęście. I w ten płynny sposób przechodzimy do kolejnego problemu – losowości.

Przyznaję, uwielbiam Shiny Pokemony, cóż poradzić. Nawet, jeżeli alternatywny wariant kolorystyczny nie zawsze jest najpiękniejszy, to widok Czarnego Shiny Charizarda w Gymie zawsze cieszy moje oczy. Pokemon GO Tour – Johto kusi każdego, nawet tych, co nie zakupili Passa ze zwiększoną szansą na złapanie Shiny Pokemona. Kiedy jednak w grę wchodzi procentowa szansa na złapanie wyjątkowego stworzenia, to oczywistym jest, że doświadczenia graczy będą się różnić.

Wśród 226 złapanych Pokemów złapałem… 2 Shiny. Żeby jeszcze było (nie)śmieszniej – Shiny Gyarados był gwarantowaną nagrodą na etapie jednego z zadań. Cały dzień łapania Pokemonów nagrodził mnie zatem Shiny Misdreavous, której wariant kolorystycznie oczywiście kompletnie mi nie leży.

Koniec całej imprezy był więc taki, że nie udało mi się skompletować Pokedexu Johto, a jedyny Shiny Pokemon, jakiego udało mi się złapać, nawet mi się nie podoba. Jedynym pocieszeniem jest zadanie, dzięki którego ostateczną nagrodą będzie Apex Ho-Oh – legendarny Pokemon, posiadający ulepszony atak specjalny, który będzie siał spustoszenie… tylko podczas walk z Zespołem R oraz podczas Raidów, ponieważ w zwykłych bitwach Pokemonów pomiędzy trenerami atak Ho-Oha wróci do swojej podstawowej wersji.

Zamiast ekscytującego wydarzenia, które zachęciłoby mnie do zakupu wejściówki na Pokemon GO Tour: Hoenn w przyszłości, dostałem przypomnienie, co mnie najbardziej na co dzień denerwuje w Pokemon GO. Całe szczęście że Niantic na początek marca zapowiedział pojawienie się w grze stworków z siódmej generacji (3DS-owe Pokemon Sun i Moon), więc udało im się odroczyć mój wyrok na grze.