Dlaczego wróciłem do Hearthstone’a? | Tabletowo.pl

Dlaczego wróciłem do Hearthstone’a?

Dołącz do dyskusji 0

Praktycznie nie gram w gry mobilne. Hearthstonem zainteresowałem się dopiero po tym, jak wyszedł na Androida w kwietniu 2014 roku i była to jedyna gra, w którą grałem przez kilka lat na smartfonie. Oczywiście na PC też, ale gra Blizzarda doskonale nadawała i dalej nadaje się do komfortowego grania na urządzeniach mobilnych. Zresztą, kto czyta moje recenzje smartfonów, ten wie. Niestety, poprzednie rozszerzenie popularnej karcianki sprawiło, że porzuciłem Hearthstone’a. 

Na pewno miało na to wpływ to, że gra nieco mi się znudziła i fakt, że wylosowałem stosunkowo mało dobrych kart pozwalających na stworzenie odpowiednio mocnych talii. Poza tym z zespołu odpowiadającego za Hearthstone’a odeszła niezwykle charyzmatyczna postać – sam Ben Brode, jeden z głównych projektantów gry i nie ukrywam, że obawiałem się tego, w jakim kierunku pójdzie rozwój gry. Nie żałuję tej przerwy, ale cieszę się, że wróciłem. 

Typy graczy 

Hearthstone’a można grać na kilka sposobów, a raczej z pewnego rodzaju kilkoma różnymi nastawieniami. Są totalne “casuale”, które, zaglądają do gry raz na jakiś czas, grają w trybie swobodnym, tworzą talie na bazie sugerowanych gotowców przez twórców. Są też ludzie, którzy starają się być na bieżąco, wchodzą do gry raz na kilka dni zrobić zadania, ale też zaglądają np. na hearthpwn.com i tworzą w miarę możliwości popularne i mocne talie, by móc później mieć szanse w starciach z innymi graczami, zdarza im się też zagrać w trybie rankingowym, choć nie dochodzą zbyt daleko i ja raczej należę do tej właśnie grupy. Najbardziej “hardkorowi” gracze grają codziennie, grają także w trybie areny. Nie dziwi mnie wcale, że Hearthstone potrafi być dla nich główną lub nawet jedyną grą, w którą grają, bo potrafi mocno zaangażować szczególnie na wyższych poziomach rankingowych. Jest jeszcze jeden element single-player’owy, ale do niego przejdę później. 

“Wyście z cienia” 

Nowe rozszerzenie to zawsze jakaś ekscytacja. Co nowego dojdzie? Co się zmieni? Jakie talie będą teraz mocne? Jakimi kartami kontrować najsilniejszych graczy? Jak wspominałem, na poprzednim dodatku nieco się zawiodłem, ale najnowszy (“Wyjście z cienia”) okazuje się być już ciekawszy. Nie ukrywam, że miałem z nim też sporo szczęścia. Wylosowałem całkiem dobre legendarne karty przy otwieraniu nowych paczek i przede wszystkim nastał czas czystek. Otóż zupełnie zapomniałem, że przy okazji premiery “Wyjścia z cienia” odbywa się też rotacja i kilka starszych rozszerzeń trafia do tzw. “Dziczy”. Dla casuali takich jak ja, oznaczało to, że mogę pozbyć się starych kart i przetworzyć je na nowe lub brakujące z poprzednich rozszerzeń. To był swego czasu konieczny i dobry pomysł Blizzarda na zachowanie świeżości rozgrywki i utrzymaniu balansu rozgrywki w ryzach. Granie kartami tylko z najświeższych rozszerzeń daje pewną kontrolę nad kierunkiem rozgrywki. Tym razem więc nie mogłem narzekać na jakiekolwiek braki w kartach i nie było problemu z wytworzeniem dowolnych talii.

Jest jeden problem – o tym, jak przyjemnie się gra, niekoniecznie decydują tylko zebrane przez nas karty, ale szereg innych czynników z balansem włącznie. Poprzednie rozszerzenie po prostu nie wniosło w mojej opinii talii z kartami, które sprawiały frajdę. Z perspektywy czasu stwierdzam, że spośród wielu rozszerzeń, najlepsze były te najstarsze (szczególnie “Klątwa Naxxramas”, “Czarna Góra” i “Przedwieczni Bogowie”), a największy powiew świeżości z nowszych przyniosły przede wszystkim “Podróż do wnętrza Un’Goro” i “Rycerze Mroźnego Tronu” z 2017 roku. Czy najnowsze rozszerzenie im dorównuje? Trudno mi powiedzieć, ale jedno wiem na pewno – udało mi się dzięki niemu stworzyć świetne talie, nawet w połączeniu z, wydawać by się mogło, nieco nudnymi kartami z poprzedniego dodatku.  

I tak oto muszę przyznać, że gigantyczną frajdę sprawia mi granie np. talią wojownika z dwiema legendarnymi kartami Dr. Huka, która opiera się na wtasowywaniu bomb do talii przeciwnika i łączeniu kolejnych mechów. Daje radę także talia maga z Khadgarem, który podwaja liczbę przyzywanych “minionów” z innych zaklęć czy stronników. Zwolennicy szybkich gier, intensywnego wystawiania stronników np. przez druida i “buffowania” ich przez zaklęcia (styl aggro) też będą czuć się w „Wyjściu z cienia” świetnie. Mam wrażenie, że nowe karty z tego dodatku są bardziej przemyślane niż poprzednio i przy okazji sensownie się łączą z tymi starszymi, co stało się kluczem do sukcesu. Cieszy też fakt, że Blizzard nie spoczywa na laurach i wciąż balansuje rozgrywkę aktualizacjami oraz uzupełnia grę o wydarzenia. Przykładowo lada moment pojawi się specjalny event, który wprowadzi nowego legendarnego mecha (gracze dostaną go za darmo w wersji złotej), wzmocni karty wszystkich klas, a ponadto będzie można obejrzeć nowy turniej “Mech-vitational”. 

Single-player 

Mało? Jak zawsze (choć tym razem z lekkim opóźnieniem) dla graczy lubujących się w przygodach dla pojedynczego gracza przygotowano dodatek, który nie wymaga walki z innymi graczami – nosi nazwęDalariańska Robota”. Przypomina on mocno to, co zostało wprowadzone wraz z rozszerzeniem “Koboldy i Katakumby”, z kilkoma różnicami, czyli nieco RPG-ową przeprawę z bossami.

Wybieramy w nim klasę, co wygraną zdobywamy jeden z kilku zestawów kart, którymi budujemy talię przeciwko kolejnym bossom. Do tego co kilka wygranych zgarniamy specjalny bonus urozmaicający i ułatwiający rozgrywkę, a od czasu do czasu “spotykamy” się z karczmarzem, gdzie możemy dokonać lekkich i nieco bardziej poważnych zmian w naszej talii w ograniczonym i losowym zakresie. Co więcej, w ręce gracza oddano właściwie bardziej nowych bohaterów (w pełni udźwiękowionych), zamiast standardowych klas. Wraz ze zwycięstwami i wypełnianiem mikro-zadań zmieniają się ich nawet moce specjalne, więc widać, że Blizzard przyłożył się do tej części gry bardziej niż zwykle.

Po każdym rozdziale czeka na gracza nagroda w postaci kilku zestawów losowych kart z najnowszego rozszerzenia, ale o ile pierwszy rozdział jest darmowy, o tyle każdy kolejny (a jest ich łącznie pięć) kosztują 700 sztuk złota lub prawie 20 euro za całych zestaw. To bardzo dużo, jak na dodatek do dodatku. Z drugiej strony zapewnia sporo godzin ekstra rozgrywki. Żałuję tylko, że nie można w niego grać zupełnie offline (np. w samolocie), ale to niestety nic nowego. Wynika to z tego, że HS wymaga non-stop połączenia z Internetem. 

Podsumowanie 

Hearthstone ponownie jest co robić, nie mogę narzekać na braki w kartach i bawię się świetnie. To dobrze, bo choć grywam w niego głównie na PC, to dobrze jest mieć taki tytuł, po którego mogę na spokojnie sięgnąć w każdej chwili w metrze, u teściów czy w kolejce do lekarza za sprawą smartfona. Nie powiem, trochę mi tego brakowało. 

Jeżeli znalazłeś literówkę w tekście, to daj nam o tym znać zaznaczając kursorem problematyczny wyraz, bądź zdanie i przyciśnij Shift + Enter lub kliknij tutaj. Możesz też zgłosić błąd pisząc na maila.

Komentarze

Przeczytaj następny wpis niżej
Logowani/Rejestracja jest chwilowo wyłączona