Zgłaszając się do testów Samsunga Galaxy S26+ poniekąd wiedziałem już, na co się piszę. Zaledwie po samych zapowiedziach i szybkim rzucie oka na tabelkę ze specyfikacją wiedziałem, że smartfon ten nie będzie zasługiwał na „standardową” recenzję. Niestety, Galaxy S26+ to dla mnie kolejny przykład urządzenia tego koreańskiego producenta, które jest kompletnie nieprzemyślane i zbędne… choć ciągle pozostaje bardzo dobrym urządzeniem. Taki oto paradoks.
Przez ostatnich 12 miesięcy przez moje ręce przeszło kilka urządzeń Samsunga. Najcieplej wspominam dużego składaka Galaxy Z Fold 7, którego uważam za sprzęt prawie idealny, jeśli chodzi o moje oczekiwania względem smartfona – to przemyślane i dopracowane urządzenie, które zrobiło wiele małych kroczków w przód w stosunku do swojego poprzednika (Galaxy Z Fold 6) w kilku kluczowych elementach.
Z kolei tablet Galaxy Tab S11 określiłem już mianem nudnego, ale w tym dobrym sensie – to solidny sprzęt, który również wnosi trochę ewolucji. Patrząc tylko na te dwa modele, określiłbym kondycję Samsunga na rynku mobilnym jako pozytywną – może i nie ma zbyt wielu rewolucji, ale producent trzyma wysoki poziom i ma przemyślaną strategię (choć szkoda, że nie próbuje nieco bardziej konkurować ceną).
Niestety, ten wizerunek psują inne urządzenia, takie jak Samsung Galaxy Z Flip 7 FE czy recenzowany tu właśnie Galaxy S26+. Te sprzęty trudno mi w jakikolwiek sposób usprawiedliwić – są do bólu nudne, wprowadzają bardzo mało nowości względem innych, czasem wręcz zaliczają w niektórych aspektach regres, a na domiar złego ich cena jest po prostu abstrakcyjnie wysoka.
W dodatku standardowa recenzja na ich temat byłaby niezwykle nudna nie tylko w czytaniu, ale i w pisaniu. Mając więc na uwadze Wasz i mój czas, postanowiłem znów podejść do tego tekstu mniej klasycznie – tak samo jak w przypadku Galaxy Z Flip 7 FE.
| Model | Samsung Galaxy S26 | Samsung Galaxy S26+ | Samsung Galaxy S26 Ultra |
| Ekran | 6,3″ Dynamic AMOLED 2X, 2340 x 1080 pikseli, 1-120 Hz, Gorilla Glass Victus 2, HDR10+ | 6,7″ Dynamic AMOLED 2X, 3120 x 1440 pikseli, 1-120 Hz, Gorilla Glass Victus 2, HDR10+ | 6,9″ Dynamic AMOLED 2X, 3120 x 1440 pikseli, 1-120 Hz, Gorilla Armor 2, HDR10+ |
| Procesor | Exynos 2600 | Exynos 2600 | Snapdragon 8 Elite Gen 5 |
| RAM | 12 GB LPDDR5X | 12 GB LPDDR5X | 12 GB LPDDR5X / 16 GB LPDDR5X |
| Pamięć wewnętrzna | 256 GB / 512 GB | 256 GB / 512 GB | 256 GB / 512 GB / 1 TB |
| Aparat główny | 50 Mpix (główny, 85°, f/1.8, OIS, dual pixel) + 12 Mpix (ultraszerokokątny, 120°, f/2.2) + 10 Mpix (teleobiektyw, 36°, f/2.4, 3x zoom optyczny, OIS) | 50 Mpix (główny, 85°, f/1.8, OIS, dual pixel) + 12 Mpix (ultraszerokokątny, 120°, f/2.2) + 10 Mpix (teleobiektyw, 36°, f/2.4, 3x zoom optyczny) | 200 Mpix (główny, 85°, f/1.4, OIS, dual pixel) + 50 Mpix (ultraszerokokątny, 120°, f/1.9) + 10 Mpix (teleobiektyw, 36°, f/2.4, 3x zoom optyczny, OIS) + 50 Mpix (teleobiektyw, 22°, f/2.9, 5x zoom optyczny, OIS) |
| Aparat przedni | 12 Mpix (80°, f/2,2) | 12 Mpix (80°, f/2,2) | 12 Mpix (80°, f/2,2) |
| Moduły | Bluetooth, NFC | Bluetooth, NFC | Bluetooth, NFC |
| Czytnik linii papilarnych | w ekranie, ultradźwiękowy | w ekranie, ultradźwiękowy | w ekranie, ultradźwiękowy |
| Bateria | 4300 mAh, szybkie ładowanie 25 W, bezprzewodowe ładowanie 10 W, ładowanie zwrotne | 4900 mAh, szybkie ładowanie 45 W, bezprzewodowe ładowanie 25 W, ładowanie zwrotne | 5000 mAh, szybkie ładowanie 60 W, bezprzewodowe ładowanie 25 W, ładowanie zwrotne |
| USB | typu C | typu C | typu C |
| Dźwięk | głośniki stereo Dolby Atmos | głośniki stereo Dolby Atmos | głośniki stereo Dolby Atmos |
| Port słuchawkowy | brak | brak | brak; S Pen |
| Klasa ochrony | IP68 | IP68 | IP68 |
| Wymiary | 149,6 x 71,7 x 7,2 mm | 158,4 x 75,8 x 7,3 mm | 163,6 x 78,1 x 7,9 mm |
| Waga | 167 g | 190 g | 214 g |
| System | Android 16 z nakładką One UI | Android 16 z nakładką One UI | Android 16 z nakładką One UI |
Coroczna nuda i… frytki z McDonalds
Już od dłuższego czasu mam wrażenie, że coroczny cykl wydawania smartfonów nie ma najmniejszego sensu. Wiem, że wyniki sprzedażowe najpewniej nie pokrywają się z moją obserwacją, ale patrząc na wyhamowanie rozwoju mobilnej technologii w ostatnich latach, trudno nie odnieść wrażenia, że realnie znaczące zmiany między kolejnymi generacjami flagowców odbywają się nie co roku, a raz na dwa, niekiedy nawet trzy lata.
I nie jest to zarzut kierowany tylko do Samsunga, ale do wszystkich marek – chociaż uczciwie przyznam, że niektórzy (najczęściej chińscy) producenci próbują zaskakiwać częściej. Niestety, nie zawsze udaje im się to połączyć z wysoką jakością.

Galaxy S26+ wydaje się wręcz idealnym potwierdzeniem mojej teorii. Jego istnienie nie ma chyba na rynku żadnego sensownego usprawiedliwienia, poza tym, że „skoro inni wydają co roku, to Samsung też musi”. Nowości nie ma tu praktycznie żadnych, a ewolucja ogranicza się dosłownie do dwóch, no może trzech punktów, które i tak nie są jakoś szczególnie imponujące. W jednej kwestii zaliczono wręcz – moim zdaniem – regres. Patrząc na to z boku trudno nie odnieść wrażenia, że tegoroczny model z „plusem” robi po prostu za „wabik”. Porównałbym to do… średnich frytek w McDonald’s.
Spójrzmy na to z perspektywy klasycznych technik sprzedażowych. Rozmiar najmniejszych frytek stanowi punkt wyjścia – to najbardziej przystępna cenowo baza, która jednak celowo została skrojona tak, aby pozostawiać pewien niedosyt. Z drugiej strony są te największe – duża ilość frytek, za którą trzeba już jednak więcej zapłacić. A po środku są one: frytki średnie.
Ich cena jest tak skalkulowana i wywindowana w górę, że większość klientów po rzuceniu okiem na menu od razu myśli: „Skoro i tak wydaję tyle na średnie, to dorzucę te parę groszy i wezmę duże, to się przecież o wiele bardziej opłaca”. Sęk w tym, że średnie frytki nie istnieją po to, żeby być hitem sprzedaży. One są tam tylko po to, by popchnąć Was psychologicznie w stronę zakupu największej, najdroższej porcji.





I dokładnie tak samo widzę rolę Galaxy S26+ w ofercie Samsunga. Zwykły Galaxy S26 to „małe frytki”, w miarę rozsądnie wyceniony bilet wstępu do flagowego świata. Galaxy S26 Ultra to bezkompromisowa „wielka paka”, mająca wszystko, włącznie z najlepszymi aparatami i rysikiem. A model z Plusem? Wyceniono go tak wysoko i jednocześnie wykastrowano z tak wielu absolutnie topowych technologii, że kupujący stojący w sklepie automatycznie robi kalkulację: „Skoro mam dać tyle kasy za Plusa, to już wolę dołożyć i kupić Ultrę”. W moich oczach Galaxy S26+ jest więc po prostu klasycznym, drogim wabikiem, którego głównym sensem istnienia jest napędzanie sprzedaży najdroższego modelu w serii.
Już samo to sprawia, że dużo mniej przychylniej spoglądam na Galaxy S26+ – a także na wszystkie inne, podobne mu urządzenia innych producentów, bo oczywiście nie tylko Samsung stosuje tę taktykę. Jednak co gorsza, do tego, co opisałem powyżej, dochodzi absurdalnie wręcz duża, nieuzasadniona niczym podwyżka ceny, a także mała liczba zmian względem zeszłorocznego modelu. Przyjrzyjmy się teraz temu ostatniemu.
Samsunga Galaxy S26+ vs. jego poprzednik
Największą, by nie powiedzieć jedyną zmianą wizualną pomiędzy “Plusem” Samsunga z tego i zeszłego roku, jest nieco inna konstrukcja aparatów. W poprzedniku każdy z tylnych obiektywów był samodzielną “wyspą” na pleckach smartfona – w Galaxy S26+ są one poniekąd połączone jedną dużą wspólną wyspą. Moim zdaniem to design nietrafiony, wolałem poprzednie pojedynczo umieszczone aparaty, co wyglądało według mnie bardziej minimalistycznie – ale o gustach się nie dyskutuje.
By dojrzeć pozostałe różnice pomiędzy tymi dwoma generacjami trzeba już zajrzeć do środka. Samsung chwali się dużo lepszym chłodzeniem urządzenia, dzięki zastosowaniu innych materiałów termoprzewodzących i przeprojektowanej komorze parowej. Niestety, nie miałem okazji bezpośrednio porównać obu smartfonów, ale trzeba oddać Galaxy S26+, że rzeczywiście bardzo dobrze radzi sobie z odprowadzaniem ciepła, bo jedyna sytuacja, w której odczułem zauważalnie podniesioną temperaturę obudowy, było przeprowadzenie stress testu w benchmarkach.
Nawet podczas kilkuminutowego nagrywania w 4K60 czy 8K30 nie odczułem znaczącego skoku temperatury, choć mogło być to spowodowane kręceniem w dość zimny wieczór na zewnątrz.

Nie sposób też nie wspomnieć o – moim zdaniem – największej zmianie, ale i jednocześnie największym mankamencie Samsunga Galaxy S26+ – czyli powrocie do Exynosów w Europie w niektórych flagowych modelach. Chwali się oczywiście, że Koreańczycy w swoim najnowszym smartfonie stosują nowszy, na papierze lepszy procesor niż w zeszłym roku. Problem jednak w tym, że po głośnym powrocie do procesorów marki Snapdragon, Samsung zdecydował się na… ponowne wykorzystanie swoich Exynosów, które dla wielu są dość kontrowersyjnym wyborem.
Oczywiście w przypadku najdroższego modelu “Ultra” Samsung zdecydował się już na Snapdragona 8 Elite Gen 5, ale wersja “Plus”, podobnie jak bazowy model Galaxy S26, musi w Europie zadowolić się autorskim układem Exynos 2600. I – żebyśmy się dobrze zrozumieli – to nie tak, że ten telefon przez to jakoś drastycznie niedomaga. W codziennym użytkowaniu, przy przeglądaniu sieci, mediach społecznościowych czy odpalaniu popularnych apek, wszystko śmiga aż miło. Zapas mocy jest potężny i smartfon ten na pewno będzie komfortowo działał przez długie lata.


Sęk w tym, że my, jako konsumenci na Starym Kontynencie, znowu możemy czuć się pokrzywdzeni. Przesiadka z lubianego przez wielu Snapdragona z ubiegłorocznego Galaxy S25+ na Exynosa w |Galaxy S26+ to wizerunkowo potężny krok w tył. Polityka wydawnicza Samsunga w Europie od lat przypomina bowiem niezrozumiałą sinusoidę. Wystarczy spojrzeć wstecz: po chłodno przyjętym Exynosie w serii Galaxy S22, otrzymaliśmy bardzo udane, napędzane globalnie Snapdragonem modele Galaxy S23. Zamiast utrzymać ten kurs, w Galaxy S24 znów narzucono nam autorskie układy, po czym w zeszłorocznym Galaxy S25 niespodziewanie powrócono do rozwiązań Qualcomma.
Decyzja o ponownym zaimplementowaniu Exynosa w Galaxy S26+ udowadnia, że producent wciąż nie potrafi obrać jednej, spójnej ścieżki dla europejskiego rynku. I choć w testach syntetycznych nowy układ Koreańczyków broni się całkiem nieźle, wręcz depcząc po piętach flagowemu Snapdragonowi, to z tyłu głowy wciąż pozostaje świadomość, że za oceanem, płacąc te same pieniądze, użytkownicy dostają po prostu stabilniejszy i lepiej zoptymalizowany sprzęt.
Na siłę z różnic mógłbym wymienić jeszcze nowsze oprogramowanie na start (choć oczywiście Galaxy S25+ można zaktualizować do najnowszej wersji systemu), a także o rok dłuższe wsparcie, wynikające z późniejszej o rok premiery – ale zachowajmy jakąkolwiek powagę – rzeczywistych, kluczowych zmian jest tu po prostu jak na lekarstwo.



Bateria i szybkie ładowanie
Tak naprawdę w tegorocznym Galaxy S26+ znajdziemy jeszcze jedną zmianę, która zasługuje moim zdaniem na osobny akapit – szybsze ładowanie względem swojego poprzednika. Tu nie mam jednak dobrych wiadomości – mowa tylko o zwiększeniu mocy ładowania bezprzewodowego z 15 do 20 W.
Nie ma co się oszukiwać, wciąż nie jest to imponująca wartość, takie Xiaomi i Honor mogą się pochwalić szybkim bezprzewodowym ładowaniem do nawet 80 W w niektórych modelach smartfonów (i to od dwóch lat…), które jest nie tylko 4-krotnie szybsze od opisywanego Samsunga w kwestii ładowania bez kabli, ale i również… prawie dwa razy szybsze od przewodowego ładowania!
Tak, Galaxy S26+ wciąż stoi w miejscu i oferuje ładowanie po kablu o maksymalnej mocy 45 W. W 2026 roku. W smartfonie za grubo ponad 5000 złotych. O tym, że podstawowy model Galaxy S26 wspiera tylko 25 W ładowanie, nawet nie chcę wspominać.
To niezaprzeczalnie jedna z największych wad tego i wszystkich innych urządzeń Samsunga (nawet “naprawdę” flagowy Galaxy S26 Ultra oferuje maksymalnie 60 W). Nie będę ukrywał, spodziewałem się, że Samsung – z racji ostatniej ogólnej stagnacji w swoich flagowcach – postanowi w najbliższej generacji zadowolić swoich fanów i zauważalnie zwiększy nie tylko prędkość ładowania, ale i samą pojemność baterii – wydawało się to dość oczywistym ruchem, jeśli producent nie miał innych asów w rękawie, jeśli chodzi o specyfikację czy nowe funkcje.

Sam akumulator również nie imponuje – 4900 mAh to żaden rekord, na rynku bez problemu znajdziemy inne smartfony o podobnych wymiarach i o zauważalnie większych bateriach, jak chociażby POCO X7 Pro i Motorola Edge 60 Pro z ogniwami o pojemności 6000 mAh. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że “suche liczby” to nie wszystko, liczy się również optymalizacja systemu – i tu Samsung jak najbardziej daje radę, ale mam wrażenie, że dotarł już w tej kwestii do pewnej granicy i bez zwiększenia fizycznie ogniw konkurencja odjedzie jeszcze dalej niż teraz.
Przez trwające trzy tygodnie testy smartfon najczęściej ładowałem raz dziennie, choć bywały dni, kiedy musiałem podłączyć urządzenie do ładowania przed planowanym czasem albo wspomagać się powerbankiem. Czas włączenia ekranu (SoT) oscylował u mnie najczęściej w okolicy 3 godzin i 20 minut.
Oczywiście można poprawić te wyniki włączając tryb oszczędzania energii albo zmniejszając rozdzielczość ekranu czy jego częstotliwość wyświetlania, ale w przypadku smartfonów flagowych oczekuję “pójścia na całość” – jeśli urządzenie nie jest w stanie wytrzymać pełnego dnia na baterii oferując tak mocne podzespoły, to może nie powinien ich mieć, albo oferować po prostu lepszą baterię? Dlaczego to użytkownik ma “naprawiać” błędne decyzje projektowe producenta i iść na jakieś kompromisy w urządzeniu w tak wysokiej cenie?










Jeszcze raz podkreślę – nie jestem fanem bezmyślnego ścigania się na cyferki, tym bardziej, że oferowanie tak abstrakcyjnie wysokich wartości ładowania jak 100 W w smartfonie może wpłynąć na żywotność samej baterii, a ogniwo o pojemności 6000 mAh wcale nie musi być gwarantem lepszego czasu pracy od 4900 mAh, jeśli optymalizacja oprogramowania leży i kwiczy.
Mam jednak wrażenie, że Samsung w kwestii baterii po prostu na zbyt długo zatrzymał się w miejscu i konkurencja powoli odjeżdża mu zbyt daleko, co konsumenci często mu ostatnio wytykają.

Możliwości foto
Pomimo tego, że nie jest to klasyczna recenzja, wypada choć w kilku słowach wspomnieć o aparatach w Samsungu Galaxy S26+ – możliwości fotograficzne to zawsze gorący temat w branży, którego nie można pominąć.
Bez żadnych zaskoczeń, tegoroczny flagowiec Koreańczyków z „plusem” oferuje te same aparaty co w poprzedniku – to dosłownie ten sam sprzęt, który widzieliśmy w Galaxy S25+, a nawet i Galaxy S24+. Ba, jeśli spojrzymy na główną matrycę (50-megapikselowy ISOCELL GN3), to szybko zdamy sobie sprawę, że ten konkretny sensor pamięta jeszcze czasy serii Galaxy S23 z 2023 roku. A gdybyśmy chcieli być jeszcze bardziej złośliwi – pod względem samej fizycznej wielkości matrycy tkwimy w dokładnie tym samym punkcie od premiery modelu Galaxy S22+.

















































Ultraszeroki kąt i teleobiektyw z 3-krotnym zbliżeniem optycznym to również starzy znajomi. I o ile w ładny, słoneczny dzień, to wciąż użyteczne i uniwersalne “oczka”, tak po zmroku szybko przypominamy sobie, że fizyki i kilkuletnich, niewielkich matryc, nie da się w pełni oszukać oprogramowaniem.
Te dodatkowe obiektywy to moim zdaniem największa różnica pomiędzy tym modelem Galaxy a najdroższym wariantem “Ultra”, który oferuje znacznie lepsze aparaty ultraszerokokątne i teleobiektyw – co przekłada się między innymi na rozsławiony skuteczny zoom Samsunga.














Co jednak w tym wszystkim najlepsze… to koniec końców wciąż są świetne aparaty. Wykonywane przez ten smartfon zdjęcia powinny zaspokoić większość amatorów mobilnej fotografii, a jeśli ktoś potrzebuje czegoś lepszego, to pewnie i tak sięgnie po profesjonalny sprzęt w postaci dedykowanego aparatu – albo wspomniany model Ultra.
Samsung oczywiście chwali się tu lepszymi zdjęciami dzięki zastosowaniu nowych funkcji AI, ale raczej traktowałbym to jako stricte marketingowe obietnice, które w rzeczywistości wcale nie mają tak dużego znaczenia. Faktycznych zmian trzeba by tu było szukać pod lupą – a chyba nie o to tu chodzi. Niemniej jednak, finalnie Galaxy S26+ nie ma się czego wstydzić, jeśli chodzi o jakość wykonywanych zdjęć.
















Absurdalna cena
I tu dochodzimy do sedna problemu, czyli wyceny tego smartfona. Samsung Galaxy S26+ debiutował w cenie 5599 złotych. I – nie oszukujmy się – to jest kwota wręcz abstrakcyjna, biorąc pod uwagę to, jak mało nowości tu znajdziemy. Dla przypomnienia, poprzedni model – Samsung Galaxy S25+ – kosztował na premierę aż 600 złotych mniej, bo 4999 złotych, a oferuje on i dziś naprawdę niewiele mniej od tegorocznego modelu z „plusem”.
Ale oficjalna cena na sklepowej półce to tylko wierzchołek góry lodowej, bo Samsung od lat uskutecznia specyficzną politykę promocyjną, która – mówiąc wprost – budzi pewne moje obawy.
Koreański producent w pewnym sensie pompuje cenę wyjściową tylko po to, by na start zasypać nas lawiną pozornie genialnych „okazji”. W ramach ofert przedsprzedażowych regularnie kusi klientów programami odkupu starych smartfonów, obietnicami zwrotu części gotówki w akcjach typu cashback, darmowym podwojeniem pamięci wewnętrznej, a nierzadko również flagowymi słuchawkami dodawanymi w prezencie. W większości brzmi to niezwykle kusząco. Sęk w tym, że gdy tylko te premierowe fajerwerki gasną, zostajemy z gołym smartfonem za ponad pięć tysięcy złotych, którego zakup w tej kwocie kompletnie traci sens. To klasyczne granie na emocjach – sztuczne wykreowanie poczucia wielkiej okazji.

Cały ten cenowy absurd potęguje dodatkowo gigantyczny problem samego portfolio Samsunga. Obecnie jest ono na tyle gęste, że poszczególne modele po prostu się nawzajem kanibalizują. Wystarczy bowiem chłodna kalkulacja: po co ktokolwiek miałby kupować Galaxy S26+ w pełnej cenie, skoro w elektromarketach bez problemu znajdziemy jeszcze zeszłorocznego Galaxy S25+?
Przypominam – ma on ten sam ekran, dokładnie te same aparaty, niewiele wolniejsze ładowanie indukcyjne, a pod maską sprawdzonego, uwielbianego Snapdragona zamiast kontrowersyjnego Exynosa – a kosztuje przy tym zauważalnie mniej. Idąc o krok dalej, mamy przecież wciąż rewelacyjnego Galaxy S24+, który zdążył już potężnie zjechać z ceny, a w codziennym użytkowaniu nie odstaje jakoś znacząco od tegorocznego modelu.
Jakby tego było mało, Samsung sam sobie podkłada kłody pod nogi serią Fan Edition. Jeśli przeciętny konsument szuka po prostu sprzętu z dużym ekranem i flagowym sznytem, ale nie zamierza wydawać astronomicznych kwot na wariant Ultra, to pewnie znacznie chętniej sięgnie po niedawnego Galaxy S25 FE (albo jeszcze starszego Galaxy S24 FE). Te modele dają mu lwią część tego samego doświadczenia za ułamek ceny tegorocznego „Plusa”.
Galaxy S26+ jest więc z każdej strony osaczony przez tańsze i nierzadko bardziej opłacalne sprzęty ze stajni tego samego producenta – że o konkurentach innych marek nie wspomnę. To ostatecznie pieczętuje mój wniosek z początku tekstu – to po prostu absurdalnie droga, rynkowa zapchajdziura, czyli nasze nieszczęsne „średnie frytki”.






Dobry sprzęt, który trudno polecić
Nie ma co ukrywać – przez ten tekst przelało się sporo narzekania. Dostało się nie tylko głównemu bohaterowi, ale i całemu rynkowi mobilnemu (i to wcale nie wyłącznie w wydaniu Samsunga). Chciałbym jednak wyraźnie zaznaczyć coś, co po lekturze powyższych akapitów mogłoby Wam umknąć: Samsung Galaxy S26+ to, koniec końców, naprawdę świetny smartfon.
Paradoks polega na tym, że jest to obiektywnie bardzo dobre urządzenie, które traci całkowicie swój sens dopiero w momencie, gdy zderzymy je z rynkową rzeczywistością, ceną i specyfikacją ubiegłorocznego modelu.
U podstaw leży bowiem niezwykle solidny fundament, sprawdzony i szlifowany od lat. Galaxy S26+ garściami czerpie z udanego Galaxy S25+, a wręcz powiela schematy znane z Galaxy S24+ (bardziej złośliwi recenzenci mogliby się tu cofnąć pamięcią nawet do generacji Galaxy S23+ i wcale nie minęliby się mocno z prawdą).
Z tego telefonu korzysta się po prostu niesamowicie przyjemnie. Robi świetne, powtarzalne zdjęcia (choć oczywiście nie najlepsze na rynku), oferuje fenomenalny – jak to u Samsunga – wyświetlacz i działa z kulturą pracy godną flagowca. Gdybyśmy żyli w smartfonowej próżni, prawdopodobnie 95% nabywców nie miałoby absolutnie żadnych powodów do narzekania – no, może oprócz kwestii związanych z ładowaniem i czasem pracy na baterii.

Ale w próżni nie żyjemy. Kiedy oceniam jakikolwiek sprzęt, jedną z najważniejszych kwestii jest dla mnie to, jak wypada na tle konkurencji i własnego rodzeństwa. Czasami innowacja, unikalny design czy odważny krok producenta potrafią zrekompensować absurdalnie wysoką cenę. Tutaj jednak nie ma o tym mowy.
Podobnie jak w przypadku nieszczęsnego Galaxy Z Flip 7 FE, model Galaxy S26+ nie robi nic odkrywczego. Nie wnosi wartości dodanej, która uzasadniałaby jego istnienie tu i teraz. Kiedy postawimy go obok innych urządzeń na sklepowej półce, cały ten flagowy czar momentalnie pryska, a w głowie pojawia się tylko jedno pytanie: „za co ja właściwie mam tu dopłacać?”.
To wszystko sprawia, że z czystym sumieniem po prostu nie potrafię polecić tego smartfona. Konkluzja, do której doszedłem, jest brutalna: na ten moment nie kupujcie Galaxy S26+. Jeśli zależy Wam na tym rozmiarze i funkcjach, skierujcie swój wzrok na tańszego i niemal bliźniaczego Galaxy S25+ – oszczędzicie sporo gotówki, nie tracąc praktycznie nic zauważalnego z perspektywy codziennego użytkowania. Konkurencja również nie śpi i w tej cenie ma do zaoferowania potężne alternatywy.
Zresztą, sam Samsung najpewniej nie będzie załamywał rąk nad potencjalnie niższymi wynikami sprzedaży modelu z „Plusem”. Jak ustaliliśmy już wcześniej, urządzenie to zostało z premedytacją pozycjonowane jako rynkowa zapchajdziura – to klasyczne „średnie frytki”, których głównym zadaniem jest psychologiczne skłonienie klienta do dopłacenia i zakupu najdroższego, topowego wariantu Ultra.
Koreański producent nie ocenia sukcesu tego modelu w oderwaniu od reszty portfolio, lecz patrzy na chłodno na wyniki finansowe całej serii. I jeśli ten środkowy trybik musi zostać świadomie zubożony i rzucony na pożarcie, żeby flagowiec z rysikiem bił kolejne rekordy sprzedaży, to cóż… cel uświęca środki.







