Najgorsze gry w jakie w życiu grałem, czyli jak zabić dziecięce marzenia? | Tabletowo.pl

Najgorsze gry w jakie w życiu grałem, czyli jak zabić dziecięce marzenia?

Dołącz do dyskusji 0

Jakiś czas temu naszły mnie sentymentalne wspomnienia związane z tytułami, które niegdyś wytaczały moją gamingową drogę, a dziś kurzą się na półce albo leżą na którejś z platform w całkowitym zapomnieniu. I tak wędrowałem w pamięci od fenomenalnego multiplayera pierwszego Crysisa do wyśmienitej trylogii Mass Effecta, aż coś w oddali zgrzytnęło i pojawił się on… Gothic Arcania – gra, która swego czasu napsuła mi więcej krwi od toksycznej do szpiku kości Doty 2… Przypomniałem sobie wtedy ten koszmarny niewypał, który tyle miesięcy wyczekiwałem. Po chwili w pamięci błysnął Oblivion – największe rozczarowanie moich młodzieńczych lat, a na koniec dostałem po głowie Falloutem 76. Ta piękna podróż w głąb wspomnień, zakończyła się koszmarem, którego zwieńczenie zamierzam przelać na ten luźny felieton. Drodzy, przed Wami tekst dramatyczny, pisany z bólu i rozpaczy, że gry tak dobre można było aż tak zepsuć. Zapraszam do lektury!

Na wstępie chcę zaznaczyć, że ocena wymienionych poniżej tytułów jest indywidualna i wynika wyłącznie z moich wspomnień i doświadczeń. W tym tekście nie będę skupiać się na grach powszechnie uważanych za beznadziejne, ale na produkcjach, które nie spełniły moich oczekiwań i zawiodły mnie praktycznie w każdym aspekcie. Jest to swoista retrospekcja, która (mam nadzieję) zachęci Was do dyskusji na temat mniej lub bardziej nieudanych gier. Ad rem!

Oblivion i marzenia o grze doskonałej

W moich wpisach bardzo często przewija się znakomity TES: Morrowind. Odwołuję się do niego nieustannie, bo żadna inna gra AAA nie wpłynęła na mój gamingowy gust tak mocno i dosadnie. Nic więc dziwnego, że ponad 10 lat temu, gdy usłyszałem o premierze Obliviona, zacząłem snuć domysły, na jak epickim poziomie będzie musiała być ta produkcja, żeby dorównać swojemu poprzednikowi.

Do tej pory pamiętam pierwszy trailer IV części The Elder Scrolls, jawiący się jako portal do doskonałej rozgrywki. Wyobrażałem sobie fotorealistyczną grafikę w połączeniu z wyśmienitą historią i przede wszystkim „żyjącymi” miastami, bo tego mi w Morrowindzie brakowało najbardziej.

Zamodowany Oblivion wygląda całkiem całkiem

Aby świat gry mógł nas pochłonąć bez reszty, kompozycja elementów rozgrywki musi wywrzeć na nas wpływ i  stać się unikatowym „punctum”. Dla niektórych będzie to fabuła, dla innych akcja lub grafika, a dla innych połączenie tych wszystkich składników w jedno, przepyszne dane. Pamiętam, że nakręcałem się na Obliviona niesamowicie, wierząc, że zaspokoi moje wirtualne pragnienia, ale jedyne, co mnie spotkało, to bolesne rozczarowanie…

Nie zrozumcie mnie źle. Oblivion sam w sobie nie jest produkcją tragiczną, ale stał się taki w zestawieniu z moimi oczekiwaniami, które – delikatnie mówiąc – były wygórowane. Zaskoczyły mnie modele twarzy przypominające bardziej plastelinę niż skórę. Zaskoczyły mnie liczne bugi na polu mechanicznym i graficznym, gdzie trupy dostające pośmiertnej padaczki były normalnością w porównaniu z niektórymi błędami. Najbardziej jednak zawiódł mnie pusty, wyjałowiony z aktywności świat, który istniał jako sztuczna makieta, a nie fikcyjna rzeczywistość, której można dać się porwać.

Fabuła zasmucała brakiem logiki i prostotą zadań. Oprócz wątku z Mrocznym Bractwem, nie znajduję w swojej pamięci dobrze napisanego questa. Oblivion, który miał stać się wrotami do nowego, lepszego świata, ugościł mnie nudą i rozczarowaniem. Po latach, kiedy udało mi się go ulepszyć dziesiątkami różnych modów, mogę powiedzieć, że jest nieco lepiej, ale to wciąż gra przeciętna, która zabiła moje dziecięce oczekiwania.

Uznaję tylko dwie pierwsze części Gothica

Pisząc tę retrospekcję chcę odnieść się jeszcze do gry, która przez lata dumnie nosiła miano „Władcy Bugów”. Mowa o Gothicu 3 – produkcji w dniu premiery niemal niegrywalnej ze względu na mnogość błędów. Nigdy nie zapomnę pierwszych chwil zaraz po odpaleniu Gothica 3 i drzewa, które znikąd wyrosło na plecach Bezimiennego.

Odniosłem wtedy wrażenie, że nic nie trzyma się tam kupy. Lewitujące krzaki, bestie, którym brakowało głowy albo główni bohaterowie, z którymi nie dało się porozmawiać, bo gra wysypywała do pulpitu, gdy tylko zadawałem im pytania. To wszystko sprawiło, że czułem się, jakbym uczestniczył w jakimś surrealistycznym szaleństwie. Wydostałem się z niego dopiero po zainstalowaniu dziesiątek łatek, które uczyniły ten tytuł bardziej grywalnym.

Przeżyłbym wszelkie niedociągnięcia, gdyby nie kulejąca fabuła i brak klimatu, który pokochałem w pierwszych dwóch częściach. Nie mogłem uwierzyć, że tak dobrą historię, z tak niesamowitym światem, można było aż tak zepsuć. Muzyka, która z początku wydawała mi się całkiem przyjemną melodią, z czasem zaczęła drażnić i doprowadzać do gorączki.

Cukierkowa grafika i postacie ulepione z plasteliny piekły moje oczy, skazując mnie na fizyczne cierpienie. A mechanika… to był dopiero koszmar! Pamiętam radość z walki mieczem, a później mękę przy każdej walce, gdy mój cios powalał przeciwnika, a ja nie mogłem go dobić ani zadać mu obrażeń. Zresztą cały system ataków był kompletnie nieprzemyślany…

Przetrwałem tę część i szybko wyparłem ją z pamięci, ale gdy na horyzoncie zalśnił Gothic Arcania, pomyślałem, że nie wszystko jest stracone… I jak się szybko okazało, katorżnicze kazamaty gamingu dopiero na mnie czekały.

Tylko nie Arcania…

O Gothicu Arcania przed jego premierą wiedziałem naprawdę niewiele. Wychodziłem wtedy z założenia, że nie chcę sobie psuć przyjemności jakimikolwiek spoilerami, bo tak „wspaniałą” grę warto poznać od zera. Szybko jednak wróciłem na ziemię. Arcania okazała się babolem, jakich mało. Praktycznie nic nie trzymało się tutaj kupy, począwszy od głównego wątku fabularnego, a na fatalnej optymalizacji kończąc.

Czwarta część Gothica tworzona przez Spellbounds Enterteinment nie zachowała w sobie nic z poprzednich części serii – poza tytułem. Gdy po latach wróciłem do Arcanii, nie odebrałem jej aż tak negatywnie. Ba! Zacząłem nawet dostrzegać pewne zalety, np. oprawę graficzną, która wcale nie była taka zła jak na tamte lata.

Co prawda uderzyło we mnie tsunami bugów, ale i tak nie bawiłem się najgorzej. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas pierwszego zetknięcia się z tą grą, cierpiałem męki Tantala, bo nie dostałem tego, czego pragnąłem, czyli pełnoprawnej kontynuacji Gothica. Arcania była jednym z największych gamingowych zawodów, jakie przeżyłem, ale to nic w porównaniu z Supermanem wydanym na Nintendo 64 w 1999 roku.

Jak w mgnieniu oka zniszczyć dziecięce marzenia?

Będąc jeszcze małym brzdącem uwielbiałem podkradać komiksy mojego taty, wśród których były między innymi te o Supermanie. Oczarowany tą postacią dręczyłem rodziców, aby zgodzili się kupić konsolę Nintendo 64 tylko po to, abym mógł zagrać w grę ze swoim ulubionym wtedy bohaterem.

Nie miałem wówczas porównania do innych produkcji ani szczególnej wyobraźni, która podpowiedziałaby czy coś jest dobre albo złe. Po prostu siadałem przy konsoli i oddawałem się rozgrywce. Nie oczekiwałem od Supermana wiele, ale to, co zaserwowali mi twórcy, przekroczyło jakiekolwiek granice przyzwoitości.

Rzadko się zdarza, aby na rynek trafił gniot takiego kalibru. Dziwić może fakt, że osobami odpowiedzialnymi za tę zbrodnię na gamingu są twórcy takich hitów, jak Crazy Cars czy Worms World Party. Mając tę świadomość długo zachodziłem w głowę, co i gdzie poszło nie tak? Jestem w stanie zrozumieć wiele – brak weny, funduszy, zespołu, brak zaangażowania, goniące deadliny. Mogę też wybaczyć większe bądź mniejsze niedociągnięcia, bo każdy popełnia błędy, ale za taką herezję powinno się zakazywać tworzenia jakichkolwiek gier.

Zarysuję Wam fabułę tego wspaniałego dzieła. Oto Superman – przystojny, odważny bohater, dostaje niezwykle trudną misję – musi sprawnie przelecieć przez wszystkie obręcze w lokacji, a czasem nawet rzucić jakimś przedmiotem albo otworzyć drzwi. Coś pięknego, prawda?

Ktoś, kto tworzył tego babola, musiał mieć perwersyjną obsesję na punkcie hula-hop albo naprawdę postradał zmysły wierząc, że to doskonały pomysł. Mało tego! Cały zespół musiał wprost uwielbiać te (wygwiazdkowałbym tutaj parę niecenzuralnych słów) kółka, bo nikt normalny nie wypuściłby gry w takiej postaci.

Superman, sparaliżowany kretyn, który po każdym trafionym kółku uśmiecha się, jakby właśnie dostawał kolejnego udaru, nie był dobrym pomysłem. To był jeden z pierwszych momentów w moim życiu, kiedy naprawdę się wstydziłem, że w ogóle w coś gram. Namówiłem rodziców na zakup konsoli i tej koszmarnej gry. Usiedliśmy do tego wspólnie, licząc na niesamowitą zabawę, a dostaliśmy Supermana przelatującego przez jakieś pierścienie. Cytując fragment z The Lord of the Rings: Nie ma w języku ludzi, krasnoludów czy elfów słów na potępienie tej zdrady.

Od tamtej pory postać Supermana kojarzy mi się wyłącznie z tą pseudoprodukcją i nie potrafię się przemóc, aby na nowo się nim zainteresować. Tak oto dziecięce marzenia o wybitnej grze z ulubionym superbohaterem legły w gruzach.

Agony – droga przez mękę

Nigdy nie byłem miłośnikiem horrorów, tym bardziej tych nastawionych na wywołanie u odbiorcy obrzydzenia i wyrzutów sumienia, ale niesiony kontrowersyjną reklamą Agony – zdecydowałem się zaryzykować.

Wiecie, kiedy twórcy zapowiedzieli, że będzie to gra, jakiej jeszcze świat nie widział, która zrezygnuje z jakichkolwiek granic na rzecz demonizmu podlanego gęstym sosem seksu i przybierającej każdą możliwą formę przemocy, byłem zaintrygowany. Spodziewałem się nie tylko kontrowersji, ale także obudzenia głęboko skrywanych emocji, które uwolnią się oków, aby zdekapitulować moją wrażliwość. Niestety, Agony rozczarowywało i to jeszcze jak!

Przez naciski wydawców, twórcy musieli usunąć ze swojej produkcji część kontrowersyjnych scen, co w znaczący sposób uderzyło w oczekiwania graczy. Fatalnie wypadała też warstwa mechaniczna – gra była na tyle zabugowana, że jakakolwiek rozgrywka mijała się z celem. Klimat Agony też odbiegał od tego, co reklamowano. Ani to mroczne, ani straszne, ani demoniczne – tylko jakieś takie nijakie. Jedyne, co wzbudziła we mnie ta produkcja, to wszechogarniającą żałość, że zdecydowałem się wydać na to pieniądze. Nie polecam.

Swoją drogą, pomimo bardzo słabych ocen, Agony sprzedaje się naprawdę dobrze (wg danych z końca marca było to 160 tysięcy egzemplarzy). Mało tego! Gra jest ciągle aktualizowana, a twórcy wciąż dodają do niej nowy content. Bardzo możliwe, że za jakiś czas doczekamy się DLC albo nowej produkcji w tym uniwersum, więc pozostaje mieć nadzieje, że następnym razem będzie znacznie lepiej!

Fallout 76 – najważniejsze jest pierwsze wrażenie, prawda?

Fallout – seria pod wieloma względami wybitna, stanowiąca podwaliny całego gatunku postapo w grach komputerowych. Pierwsza i druga część to dzisiaj już produkcje niemal legendarne, do których wciąż chętnie się wraca pomimo upływu lat.

Trzecia część to już dziecko Bethesdy. Twór całkiem udany, choć pozbawiony klimatu i impetu poprzednich odsłon. Nieco chaotyczny, ale wciągający. Pusty, ale doskonały do eksploracji. Wreszcie schematyczny, ale wciąż intrygujący. Fallout 3 pochłonąłem z nieukrywaną przyjemnością. Dalej było już tylko gorzej. O Falloucie 4 nie będę nawet wspominać – gra była po prostu przeciętna. Ale to, co zaserwował graczom Fallout 76, wybiegało poza moją wyobraźnię.

Oczekiwałem tej produkcji długo i naprawdę w nią wierzyłem. Wierzyłem, że Bethesda pokaże wszystkim, że wciąż drzemie w niej chęć i siła do robienia gier z pasją. Ech, boleśnie się tutaj rozczarowałem i chyba najlepiej będzie to podsumować parafrazą zdania ze słynnego monologu z Dnia Świra: „i oto dostaję Fallouta 76… jakby ktoś dał mi w mordę!

Z drugiej strony, trzeba przyznać, że Bethesda zacisnęła zęby i pomimo fali krytyki wciąż reanimowała gnijące truchło swojej postapokaliptycznej produkcji. Liczne aktualizacje, poprawki, tryby rozgrywki i inne usprawnienia, spowodowały, że gracze zaczęli powoli wracać. O zmianach, które zaszły w grze, mieliśmy się okazję przekonać podczas darmowego tygodnia z Falloutem 76, o czym możecie przeczytać w artykule Konrada.

Raven’s Cry – po tej grze mam dość piratów na długi czas

Piraci z Karaibów to legendarna seria filmów, którą znają chyba wszyscy. Nic więc dziwnego, że co jakiś czas na rynek trafiają gry komputerowe, próbujące oddać klimat przygód kapitana Jacka Sparrowa.

Doskonale pamiętam zawód, jaki mnie spotkał przy ogrywaniu Piratów: Przekleństwa Tortugi – gry o ciekawej koncepcji, ale fatalnym wykonaniu. Był to atomowy niewypał z kretyńskimi misjami i elementami zręcznościowymi rodem z przedszkola. Do tej pory wzdrygam się na samą myśl o niezmierzonym gąszczu bugów, które pochłonęły mnie niby kraken na otwartym oceanie…

Nie był to jednak koniec mojej pirackiej przygody. Do świata zapijaczonych marynarzy i ponurych morderców, powróciłem w 2015 roku przy okazji premiery Raven’s Cry – tytułu wyprodukowanego przez twórców całkiem niezłej serii Two Worlds. Po włączeniu gry – dosłownie po paru minutach – zalało mnie tsunami błędów, nie licząc nieustannego wyrzucania gry do pulpitu. Animacje postaci przypominały ruchy zombie, choć i te wykazywały się nieraz większą gracją niż bohaterowie Raven’s Cry.

Warstwa audiowizualna trzeszczała, wyłączając się i włączając naprzemiennie, jakby ktoś zaprogramował nowy system tortur a nie soundtrack umilający rozgrywkę. Fabuła i mechanika też wołały o pomstę do nieba. Z ciekawie zapowiadającej się gry wyszła kaszana jakich mało, no po prostu koszmar.

Warto dodać, że studio odpowiadające za tę pseudoprodukcję, czyli Reality Pump wkrótce po premierze Raven’s Cry zbankrutowało i zostało wykupione przez TopWare Interactive.

Podsumowanie

I to by było na tyle ze wspomnień o najgorszych grach, z jakimi zdążyłem się zetknąć. Oczywiście, popularność śmieciowego contentu wciąż rośnie, bo spora część z tych gier pomimo fatalnych ocen sprzedaje się całkiem nieźle.

Przykładowo gra, która opiera się na stukaniu paluchem w słoik majonezu (My Name is Mayo), rozeszła się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. To tylko świadczy o tym, że w dzisiejszych czasach da się sprzedać wszystko – wystarczy trafić na odpowiednią niszę.

Niektóre z gier, które wymieniłem (jak na przykład Oblivion czy Gothic 3), z pewnością nie zasługują na tak ostrą krytykę. Zdecydowałem się na ich dodanie ze względu na rozczarowanie, jakie mną targało podczas pierwszych godzin rozgrywki. Oczekiwałem wtedy zgoła czego innego i nie byłem w stanie się otworzyć na te nowe „koncepcje” i decyzje twórców. Są to więc odczucia zupełnie subiektywne i jak najbardziej możecie się z nimi nie zgadzać… No właśnie! A jakie są Wasze największe rozczarowania związane z gamingiem? Które gry napsuły Wam najwięcej krwi albo zrujnowały dziecięce marzenia? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Jeżeli znalazłeś literówkę w tekście, to daj nam o tym znać zaznaczając kursorem problematyczny wyraz, bądź zdanie i przyciśnij Shift + Enter lub kliknij tutaj. Możesz też zgłosić błąd pisząc na maila.

Komentarze

Logowani/Rejestracja jest chwilowo wyłączona