Od dawna wiadomo, że dobra specyfikacja to tylko połowa sukcesu smartfona. Wypadałoby jeszcze ustalić jego cenę tak, aby wydawał się atrakcyjny na tle rywali. Od teraz opłacalność Google Pixel 10a jest jeszcze mniejsza niż w dniu premiery.
Google Pixel 10a – dobrze, ale drogo
Sekrety ostatniej konstrukcji Google ze średniej półki odkrył przed Wami niedawno Karol. W recenzji Google Pixel 10a dało się wyczuć, że urządzenie ma naprawdę solidne podstawy do tego, aby się z nim polubić – jasny wyświetlacz pOLED o częstotliwości odświeżania 120 Hz, długi czas pracy na baterii czy AI, które faktycznie wprowadzało zmianę w tym, jak korzysta się ze smartfona, nie będąc przy tym zbyt nachalne.
Niestety, od strony fotograficznej rywale nieco odjechali gigantowi z Mountain View – trudno było bowiem pochwalić Pixel 10a za jakość wideo, brak teleobiektywu czy niedoróbki w samej aplikacji. Czarę goryczy przelewała jednak kwota zakupu wynosząca 2349 złotych. Oczywiście częściowo amortyzował ją 3-miesięczny dostęp do YouTube Premium, 3 miesiące subskrypcji Gogle One oraz możliwość oddania starego urządzenia w ramach promocji (w przypadku Karola udało się zyskać aż 918 złotych). Rabaty się jednak skończyły, a mało zachęcająca cena została. Tragedią dla tego modelu byłaby zatem podwyżka cen.

Smartfon za (nie)rozsądną cenę
Google postanowiło po cichu podnieść cenę najniżej ulokowanego w gamie smartfona. Bazowa wersja (z 8 GB RAM i 128 GB pamięci wewnętrznej) podrożała w Stanach Zjednoczonych z 499 do 599 dolarów, co stanowi 20% pierwotnej kwoty. W przypadku polskiego sklepu podwyżka wynosi 21,29% – Pixel 10a podrożał bowiem do 2849 złotych. W przypadku konfiguracji z 256 GB miejsca na dane również zastosowano podwyżkę w wysokości 500 złotych – zamiast 2799 złotych trzeba zatem wyłożyć 3299 złotych.
Na szczęście mowa póki co wyłącznie o oficjalnym sklepie Google. W przypadku dużych sklepów możliwe jest wyrwanie Pixel 10a w cenie poniżej 2000 złotych. Doświadczenie podpowiada jednak, że stan nie będzie trwał wiecznie i z czasem liczba korzystnie wycenionych ofert zmaleje.
Patrząc na wciąż ogłaszane podwyżki nie ulega wątpliwości, że już przeszliśmy z etapu „nie kupuję, poczekam na promocję” do „nie warto czekać z zakupem, zaraz może podrożeć”. Pozostaje mieć nadzieję, że ta faza nie będzie trwać absurdalnie długo.



