Recenzja Sony 1000X The Collexion. Wizualna petarda

Mamy rok 2016, na rynku debiutują pierwsze słuchawki nauszne Sony MDR-1000X, które zapoczątkowały hiperpopularną serię tysiączek (w ogóle, przyznaję, totalnie wypadło mi z głowy, że dopiero drugi model został wypuszczony jako WH-1000XM). Producent postanowił uczcić jubileusz 10-lecia tej linii słuchawek, wypuszczając kolejne – tym razem takie, jakich jeszcze w swoim portfolio nie miał. Oto Sony 1000X The Collexion.

Pozostając nieco w nostalgicznym nastroju wspomnieć muszę, że na łamach Tabletowo testowaliśmy cztery ostatnie, następujące po sobie generacje: WH-1000XM3, WH-1000XM4, WH-1000XM5 i WH-1000XM6. Każda nich oceniona została bardzo wysoko nie bez powodu. Wspólny mianownik? Genialne ANC i świetna jakość dźwięku. 

Oczekiwania co do każdej kolejnej odsłony tysiączek nie malały. Trudno jest jednak ciągle przeskakiwać stawianą przed sobą coraz wyżej poprzeczkę – czy w końcu doczekaliśmy chwili, w której Sony pod tą poprzeczką przejdzie? Jeśli tego byście oczekiwali, to… zaspojleruję: nie, to się nie wydarzyło. Aczkolwiek moim zdaniem doszło do jednego potknięcia.

Specyfikacja techniczna Sony 1000X The Collexion:

  • audio: przetworniki dynamiczne ∅30 mm, pasmo przenoszenia 20 Hz – 40 kHz, Hi-Res Audio Wireless, upscaling DSEE Ultimate, dźwięk przestrzenny 360 Reality Audio, 360 Reality Audio Upmix for Cinema,
  • konstrukcja: nauszna zamknięta,
  • procesor główny Sony QN3 HD, układ wspomagający Sony V3,
  • aktywna redukcja szumów (ANC), tryb Ambient Sound,
  • 12 mikrofonów łącznie, w tym 6 do rozmów z kształtowaniem wiązki,
  • łączność: Bluetooth 5.3, kodeki SBC, AAC i LDAC, LC3 (LE Audio), Auracast, tryb multipoint,
  • bateria: do 24 h pracy z włączonym ANC (do 30 h z wyłączonym), 5 minut ładowania = 1,5 h słuchania, ładowanie USB-C,
  • waga: 254 g,
  • obsługa aplikacji Sony Sound Connect.

Cena Sony 1000X The Collexion w Polsce ustalona została na poziomie 2699 złotych. To chyba dobry moment, by przypomnieć, że to pierwszy raz, gdy przy okazji premiery nowych słuchawek Sony, ich cena przebija barierę dwóch tysięcy złotych. W ogóle, nie wiem czy pamiętacie, ale przez długi czas Sony miało tradycję, że każda nowa odsłona utrzymywała się na tym samym premierowym poziomie 1699 złotych – dobrą passę popsuły szóstki, za które trzeba było już zapłacić o trzy stówki więcej.

Tutaj, biorąc pod uwagę podejście do produktu jeszcze bardziej premium, nie powinno dziwić, że cena poszła w górę.

Wizualna petarda

Nie mogę powiedzieć, że poprzednie modele z serii były brzydkie – co to to nie. Wszystkie miały w sobie “to coś”, a do tego były uniwersalne, dzięki czemu pasowały do każdej okazji i każdego stroju (nawet w towarzystwie garnituru). O żadnych jednak nie mogłam nigdy powiedzieć, że wzbudziły we mnie jakikolwiek zachwyt czy efekt WOW. Aż tu nagle w moje ręce trafiły 1000X The Collexion i… to się stało. Uważam, że są to najładniejsze słuchawki w dotychczasowej historii Sony. 

Zresztą, producent poświęcił temu aspektowi ogrom pracy i czasu, więc może odwołajmy się do oficjalnych materiałów:

Pałąk wykonano z wysokogatunkowego metalu o matowej, piaskowanej fakturze, zestawionej z ręcznie polerowanymi elementami o subtelnym połysku. Każda para jest indywidualnie wykańczana przez mistrzów rzemiosła, co podkreśla jej trwałość i dyskretny, luksusowy charakter. Zastosowana miękka skóra syntetyczna – rozwijana przez dwa lata – zapewnia przyjemne w dotyku, eleganckie wykończenie. Zintegrowane metalowe przyciski i dyskretnie ukryte mikrofony nadają konstrukcji spójny, minimalistyczny wygląd.

Piaskowana faktura, polerowany połysk, luksusowy charakter – wiecie już, że design i jakość wykonania były niesamowicie istotne podczas projektowania nowych tysiączek. I – rzeczywiście – udało się to Sony. W mojej opinii słuchawki te prezentują się doskonale.

Ten metalowy akcent, ciągnący się przez całą długość pałąka. Ta dodatkowa metalowa część, odpowiadająca za regulację długości. Wreszcie obicie skórą ekologiczną wszystkich pozostałych elementów widocznych na zewnątrz. Tu wszystko ze sobą świetnie współgra.

W moje ręce trafiła platynowa wersja kolorystyczna, którą uważam za dużo ładniejszą od drugiej – czarnej. W jaśniejszej odsłonie kontrast pomiędzy kolorem słuchawek a metalowym pałąkiem jest bardziej zauważalny, co bardziej do mnie trafia.

Do zestawu sprzedażowego dołączone jest etui z rączką, na wypadek, gdybyście potrzebowali przenosić słuchawki z miejsca w miejsce nie mając przy sobie żadnego plecaka czy torby. Etui jest sztywne i zamykane na dobrze trzymający magnes, raczej bez szans, by otworzyło się podczas transportu.

Wewnątrz słuchawki umieszczane są bez potrzeby ich składania, bo… sama ich konstrukcja składana nie jest (jedyne co, to muszle można obracać o 180 stopni). To, co mi się podoba, to przemyślany otwór, w którym można schować kabelek obustronnie zakończony jackiem 3.5 mm. 

Ah, i to jest dobry moment, by wspomnieć, że w zestawie nie ma ładowarki (co oczywiste), ale nie ma też kabelka USB C (a to już jest mniej oczywiste, powiedziałabym nawet, że lekko zaskakujące).

Wygoda noszenia

W materiałach marketingowych można przeczytać, że 1000X The Collexion skupiają się na designie, nowym poziomie komfortu i najlepszych wrażeniach słuchowych. Cóż. Dotychczas wszystkie tysiączki, jakie przeszły przez moją głowę (a kilka ich było), były bardzo wygodne podczas użytkowania – nawet kilkugodzinne sesje nie powodowały dyskomfortu. Tymczasem… mamy jubileuszowy model, w którym wygoda miała grać pierwsze skrzypce, a ja początkowo miałam z nią ogromny problem.

A sporo Sony mi obiecywało. Zresztą, poczytajcie sami:

Duże nauszniki naturalnie otulają uszy, zapewniając optymalne dopasowanie i odpowiedni nacisk, a szeroki, miękko wyściełany pałąk równomiernie rozkłada ciężar. Miękka, elastyczna skóra dopasowuje się do kształtu głowy, gwarantując zarówno wygodę, jak i skuteczną izolację od dźwięków otoczenia.

Zaczynając testy w moim przypadku nie miało to zastosowania. Już średnio po kilkunastu minutach z nowymi tysiączkami na głowie odczuwałam chęć ich zdjęcia. Dość mocno uciskały moje uszy same muszle, podobnie było zresztą z pałąkiem, który za mocno dociskał do głowy. Poluzowanie pałąka nie pomagało, wręcz przeciwnie – przeszkadzało, bo powodowało nietrzymanie się słuchawek na głowie. 

Wszystko przez to, że wyprofilowane od środka nauszniki w Sony 1000X The Collexion wymagają wręcz jednego, wzorcowego sposobu noszenia – z pałąkiem centralnie na środku głowy. Wtedy – rzeczywiście – na wygodę nie można narzekać. Jeśli jednak przesuniemy ten pałąk za bardzo do przodu lub do tyłu, niestety, czar pryska.

I z jednej strony super, że ostatecznie słuchawki można nosić komfortowo, ale z drugiej strony – brak swobody w zakresie ustawienia pałąka na głowie może stanowić problem i to jest to potknięcie, o którym wspominałam wyżej.

A przy okazji dodam jeszcze, że po ok. godzinnych sesjach uszy pocą się od skórzanych muszli.

Co do komfortu leżenia słuchawek na szyi, gdy nie są używane, nie mam większych zastrzeżeń. Dzięki temu, że muszle obracają się w obie strony, na obojczykach mogą opierać się miękką stroną, a nie twardymi muszlami. Dodatkowo nie uciskały mojej szyi, a to, przyznajcie, najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić.

Funkcjonalnie świetnie – bez zaskoczenia

Nigdy nie miałam żadnych zastrzeżeń do działania tysiączek i tym razem, na szczęście, nie jest inaczej. Bezproblowe połączenie przez Bluetooth z telefonami i laptopem (oczywiście możemy je też podłączyć przewodowo przez 3.5 mm jacka audio), możliwość korzystania z multipoint (jednocześnie z dwoma urządzeniami), obsługa gestów i asystenta głosowego Gemini czy wreszcie wyciszanie muzyki i przełączanie w tryb ambient po przyłożeniu ręki do prawej muszli – to wszystko jest tak bardzo dla mnie znajome.

A skoro już o sterowaniu mowa, możemy to robić z pomocą jedynie prawej muszli (lewa nie ma panelu dotykowego). Gesty są ustalone z góry i nie mamy żadnej możliwości ich zmiany (inna rzecz, że są na tyle logiczne i intuicyjne, że nie widzę w tym problemu):

  • dwukrotne dotknięcie: wstrzymanie/wznowienie odtwarzania, odebranie/zakończenie połączenia,
  • przesunięcie palcem w lewo/w prawo: poprzedni/następny utwór,
  • przesunięcie palcem w górę/w dół: regulacja głośniej/ciszej,
  • dotknięcie i przytrzymanie: aktywacja asystenta głosowego, odrzucenie połączenia.

Co najważniejsze, gesty działają bezproblemowo. Podobnie zresztą jak czujnik odpowiadający za wstrzymywanie muzyki, gdy zdejmiemy z głowy słuchawki lub za ponowne jej uruchamianie, gdy znów je założymy. 

Chcąc zagłębić się w meandry wszystkich ustawień słuchawek, niezmiennie, należy pobrać aplikację Sony Sound Connect – dostępna jest zarówno na Androida, jak i iOS (wciąż nie doczekała się tłumaczenia na język polski, jesteśmy skazani na angielski). Przy czym zarezerwujcie sobie ogrom czasu, by poszperać po wszystkich zakamarkach, bo jest ich tu multum. Niektóre potrzebne bardziej (jak rozbudowany equalizer i kilka predefiniowanych trybów audio), inne mniej.

Pozwólcie jednak, że nie będę poświęcała im zbyt dużo czasu, bo bardzo szczegółowo zrobił to Kordas w recenzji WH-1000MX6, więc jeśli chcecie poznać wszystkie dostępne w apce opcje, odsyłam Was do jego tekstu. I do screenów, które zamieszczam.

Zatrzymam się za to przy trybach dźwięku, bo ta sekcja została rozbudowana i jest o tyle istotna, że trybom tym dedykowany jest fizyczny przycisk umieszczony na lewej słuchawce (u góry z tyłu). O ile dotychczas były tam trzy tryby: Standard, Background Music i Cinema, tak teraz pojawiły się trzy nowe, bazujące na 360 Reality Audio Upmix. Są to: Music, Cinema i Game. Każdy z nich ma zupełnie inną charakterystykę dźwięku. Mi do gustu przypadł najbardziej pierwszy z nich.

Czas pracy

Jeśli spodziewaliście się, że nowy model oznacza ulepszenia we wszystkich zakresach, to… sprowadzę Was na ziemię. Albo może raczej zrobi to samo Sony, bo przecież nie ja odpowiadam za decyzje biznesowe firmy.

W poprzednim modelu akumulator pozwalał na do 30 godzin odtwarzania muzyki z włączonym ANC lub do nawet 40 godzin z wyłączonym ANC. W przypadku 1000X The Collexion czas ten uległ… skróceniu. Tutaj możemy liczyć, według deklaracji producenta, na – odpowiednio – 24 i 32 godziny działania. Dodatkowo, awaryjne, 5-minutowe ładowanie, ma pozwolić na 1,5 godziny pracy.

A czy te obietnice znalazły potwierdzenie w rzeczywistości? Po 5 godzinach słuchania muzyki z ANC (Vivo X300 Ultra z LDAC), słuchawki miały jeszcze 73% zapasu energii, co oznaczałoby końcowy wynik na poziomie poniżej deklaracji producenta. I rzeczywiście tak było.

Ostatecznie Sony 1000X The Collexion rozładowały się w moich rękach po 18 godzinach.

Co ważne, słuchawki bardzo szybko się ładują. Od 0 do 70% udało się uzupełnić energię w zaledwie 27 minut, a 10 minut ładowania dłużej podwyższyło stan do 91%. Ładujący powerbank pokazywał stały pobór 5 W mocy.

Skuteczne ANC

Działanie ANC w 1000X The Collexion opiera się na dokładnie tej samej technologii, co w WH-1000MX6. A zatem wszystkim steruje procesor QN3 HD i w sumie aż 12 mikrofonów (po 2 wewnątrz i 4 na zewnątrz każdej słuchawki). Kordas aktywną redukcją szumów w szóstkach był zachwycony i, cóż, podobne zdanie mam na temat ANC w testowanych słuchawkach.

Zacznę może od tego, że samo założenie włączonych słuchawek powoduje niezłe pasywne odcięcie od otoczenia. Jasne, słyszymy wtedy np. rozmawiających pokój dalej członków rodziny (choć ciszej) czy stukanie po klawiaturze, ale już np. szum działającego komputera stacjonarnego czy oczyszczacza powietrza jest fajnie wycięty. 

Po włączeniu muzyki warto na moment zamknąć oczy. To ten moment, w którym łatwo odczuć, że jesteśmy tylko my i muzyka – cała reszta dźwięków jest od nas izolowana. Oczywiście to idealny scenariusz siedzącej mnie przed komputerem w domowym biurze. Ale po wyjściu do ludzi też jest świetnie.

Ogromnie żałuję, że podczas testów nie miałam okazji lecieć samolotem, by sprawdzić, jak 1000X The Collexion będą się sprawować podczas takiego wyzwania, ale – biorąc pod uwagę, że wszystkie poprzednie generacje tysiączek radziły sobie doskonale – nie spodziewam się, by tym razem miało być inaczej. 

Tym bardziej, że w każdym codziennym scenariuszu ANC radzi sobie naprawdę doskonale. Podczas spaceru po osiedlu czy przy ruchliwej ulicy, w galerii handlowej czy podczas jazdy komunikacją naprawdę dobrze odcinają od rzeczywistości.

Dodam jeszcze tylko, że poziomem aktywnej redukcji szumów nie możemy w żadnym zakresie sterować – ANC możemy tylko włączyć lub wyłączyć. Przy czym nie jest to żaden problem, zawsze bezproblemowo robi to, co powinno.

Do naszej dyspozycji jest też tryb Ambient Sound, który może działać automatycznie lub na wybranym przez nas poziomie intensywności (a tych jest 20). Co ważne, tryb ten działa naprawdę dobrze – mając słuchawki na głowie jesteśmy w stanie bezproblemowo nasłuchiwać komunikatów na dworcu czy lotnisku, czy też przeprowadzić rozmowę z osobą obok.

Jakość dźwięku

Sony 1000X The Collexion obsługują kodeki SBC, AAC i LDAC (ale już nie aptx Qualcomma: aptX, aptX HD czy aptX Adaptive). Jak już wiecie, przez zdecydowaną większość testów korzystałam ze słuchawek w połączeniu z Vivo X300 Ultra, dzięki czemu mogłam wykorzystać maksymalny potencjał – 24-bit/96 kHz z przepływnością do 990 kbps.

Jak informuje Sony, sercem słuchawek jest nowy przetwornik z kompozytu węglowego, mający zapewniać wyraźniejszą separację instrumentów od wokalu, delikatniejsze detale w wysokich częstotliwościach oraz bogatszą, szerszą scenę dźwiękową. Dodatkowo, Sony chwali się, że współpracowało z inżynierami masteringu nagrodzonymi i nominowanymi do nagrody GRAMMY w celu dopracowania brzmienia. Dzięki temu mamy mieć do czynienia z pięknym wokalem, zrównoważonym brzmieniem instrumentów i pełną niuansów dynamiką, wiernie oddającą emocje i intencje artystów.

No dobrze, tyle teorii. Jak rzeczywiście grają słuchawki Sony 1000X The Collexion? Ja powiem – świetnie. A Kubie dam się trochę na ten temat rozgadać.

Jeśli miałbym wskazać największą różnicę między modelem The Collexion a standardowymi szóstkami (WH-1000XM6), od razu uderzyłbym w jakość wykonania i wygodę, bo od tego w trzeba w ogóle zacząć.

W przypadku standardowych WH-1000XM6 materiały są jak najbardziej poprawne, ale miejscami pozostawiają trochę do życzenia. Z kolei w The ColleXion nie ma mowy o żadnych półśrodkach ani kompromisach. Wszystko jest precyzyjnie obszyte świetną ekoskórą, a cały pałąk wykonano z metalu, co natychmiast czuć pod palcami. Najciekawiej robi się jednak, gdy założymy oba modele na głowę. The ColleXion są fizycznie cięższe od szóstek, ale dzięki genialnemu rozłożeniu masy wydają się w moim odczuciu odczuwalnie lżejsze. 

Co więcej, WH-1000XM6 mocniej przylegają do głowy i lekko dociskają uszy, co świetnie odcina od otoczenia, ale wyraźnie czujesz, że masz je na sobie. Luksusowy wariant leży z kolei na głowie zdecydowanie luźniej – jest tak wyważony, że po chwili praktycznie przestajesz go czuć. Pod warunkiem wzorowego ułożenia na głowie, o czym wspominała Kasia.

Zupełnie inaczej wypada też sam odbiór muzyki, bo inżynierowie Sony wyraźnie pobawili się strojeniem. Standardowe WH-1000XM6 grają bardzo agresywnie, co osobiście bardzo lubię. Dźwięk jest bliski i zwarty, przez co czujesz się, jakbyś stał w małym, ciasnym, ale perfekcyjnie nagłośnionym pomieszczeniu. Z kolei The ColleXion oferują niesamowitą płynność i przestrzeń. Słuchając ich, masz wrażenie przebywania w potężnym hangarze. Dźwięki z tła dobiegają z daleka, ale separacja instrumentów jest tak imponująca, że bez problemu wyłowisz i rozróżnisz każde pojedyncze pociągnięcie smyczka, klawisz pianina czy szarpnięcie struny.

Jeśli chodzi o poszczególne pasma, góra jest krystalicznie czysta nawet na maksymalnej głośności, środek idealnie wypełnia całość, a bas potrafi wprawić serce w drgania i sprawić, że słuchawki dosłownie tańczą na głowie. Jest tu jednak jeden bardzo ważny szczegół. Po wyjęciu z pudełka te sprzęty grają po prostu „okej”. Żeby wyciągnąć z nich prawdziwą magię, absolutnie musisz pobrać dedykowaną aplikację i zmodyfikować equalizer pod własne preferencje. Wtedy pokazują prawdziwy pazur.

Podsumowując, moim zdaniem The ColleXion to nie jest zupełnie nowa generacja w stylu Sony WH-1000XM7, a raczej luksusowa wariacja na temat szóstek. Czy są warte swojej zabójczej ceny? Jeśli szukasz po prostu świetnych słuchawek, bez problemu wystarczą Ci standardowe WH-1000XM6. Z drugiej strony, gdybym miał położyć oba modele obok siebie i oceniać wyłącznie jakość grania, bez wahania wziąłbym The ColleXion. To propozycja dla kogoś, kto ma duży budżet i zależy mu na bezkompromisowej jakości wykonania.

Jakość rozmów 

Nie jestem fanką rozmawiania przez telefon, ale to już wiecie nie od dziś. Na potrzeby testów słuchawek oczywiście odbyłam kilka rozmów i miałam nadzieję, że obędzie się bez rozczarowania. I dokładnie tak było.

Najbardziej w głowie zapadła mi jedna rozmowa, trwająca kwadrans. Zanim się zaczęła, akurat słuchałam muzyki na słuchawkach, więc mogłam sobie porównać wycinanie tła w takim scenariuszu i po odebraniu połączenia. Wspominam o tym, bo różnica jest dość mocna, choć nie powiem, by była drastyczna. 

Podczas słuchania muzyki ANC jest świetne, o czym już wiecie po przeczytaniu wcześniejszej części tekstu, natomiast odebranie rozmowy automatycznie obniżyło skuteczność aktywnej redukcji szumów o jakąś połowę. Przy czym słuchawki doskonale wiedzą, co robią, otwierając nas na otoczenie – dzięki temu nie krzyczymy podczas rozmawiania, bo słyszymy samych siebie i wiemy, jak głośno powinniśmy mówić.

Sama jakość rozmów jest bardzo dobra. Podczas żadnej z rozmów nie miałam problemów ze zrozumieniem moich rozmówców i w drugą stronę było dokładnie tak samo – rozmówcy dawali znać, że słychać mnie świetnie, bez żadnych zniekształceń i innych tego typu mankamentów.

Podsumowanie

Po kilku godzinach użytkowania Sony 1000X The Collexion powiedziałabym, że – choćbym bardzo chciała – nigdy nie zostaną moimi ulubionymi słuchawkami. Ostatecznie jednak znalazłam ten jeden konkretny, wzorcowy sposób noszenia tego modelu na głowie, co sprawiło, że moją opinię na temat komfortu użytkowania musiałam zmienić o 180 stopni. Wciąż jednak nie uważam, by takie zamknięcie się na jeden, wymuszony sposób ułożenia na głowie, był czymś pozytywnym.

Nowe tysiączki uwielbiam za design, wykonanie, jakość dźwięku i ANC. Nie mogę przyczepić się do jakości rozmów, działania sterowania dotykowego czy przełączania się pomiędzy dwoma urządzeniami (multipoint). 

Aplikacja jest niesamowicie rozbudowana, ale wciąż nieprzetłumaczona na język polski. Do tego słuchawki oferują krótszy czas pracy od szóstek, a w zestawie sprzedażowym brakuje nie tylko kostki ładującej (co jest zupełnie naturalne), ale też kabelka do ładowania. Dla niektórych minusem może być też konstrukcja słuchawek, która nie pozwala na ich składanie.

Cena też jest wygórowana (żeby nie powiedzieć, że odjechana, ale jakich określeń musielibyśmy użyć przy okazji wspominania np. o Bang&Olufsen Beoplay H95?), ale chyba sami przyznacie, że można się było takiej spodziewać, biorąc pod uwagę dużo wyższą jakość wykonania (mocno premium) względem szóstek. Aktualnie różnica w cenie pomiędzy nimi to równy tysiąc złotych.

Recenzja Sony 1000X The Collexion. Wizualna petarda
Zalety
świetne brzmienie
doskonałe ANC oraz tryb Ambient
kodek LDAC i funkcja multipoint
wygodne sterowanie dotykowe
funkcjonalna aplikacja
jakość rozmów
wykonanie premium
równie premium etui
Wady
wymuszony wzorcowy sposób noszenia
krótszy czas pracy niż w przypadku poprzednika
aplikacja wciąż bez języka polskiego
brak kabelka USB C w zestawie
9
Ocena