Ważne

A może tak abonament za muzykę zamiast opłaty reprograficznej?

Opłata za piractwo wrzucona w cenę tabletów, smartfonów czy laptopów? To i tak zbyt mało. Może lepiej zarządzić obowiązujący wszystkich abonament lub podatek od muzyki? Przecież i tak wszyscy jesteśmy winni, bo jej słuchamy…

Ile tak naprawdę powinna kosztować muzyka? Czy jest za droga? Czy artystom nie opłaca się jej tworzyć, a fanom – kupować?

Piję oczywiście do zeszłotygodniowej “afery” (to słowo oznaczające rzecz, o której internet pisze przez 3 dni, a po 2 tygodniach jest to już zamierzchła przeszłość) związanej z kupowaniem w sklepie płyty swego zespołu przez Litzę z Luxtorpedy. Artysta zszokował się (kolejne ulubione przez internet słowo) tym, że najnowszy album jego grupy kosztuje aż 55 złotych. Myślał, że kosztuje tak około 35. Podniósł alarm, że dużo, że zespół zarabia niecałe 10 złotych na każdej płytce, że sklep ma za dużą marżę, etc., itd., itp.

Ale kupił. Stać go było.

Z demagogicznych wypowiedzi artystów, takich jak Kazik, Robert Brylewski, a ostatnio nawet Piotr Rogucki z Comy wynika, że zespołom nie opłaca się nagrywać, że klepią biedę i są okradani ze swoich pieniędzy przez piratów, a niewdzięczni fani nie kupują ich płyt. Winni są zatem właśnie ci fani. Ci sami, o których na początku swej drogi zespół zabiega, których na każdym koncercie kocha. Bo według muzyków fan – jeśli go nie stać – nie powinien słuchać swego ulubionego zespołu. Tyle, że nie wolno mu dopuścić do sytuacji, gdy go nie stać, bo musi utrzymać swych idoli.

Muzycy wciąż uważają, że ich fani to złodzieje. 5 lat temu, po tym, jak okazało się, że ze studia wyciekła do sieci nowa płyta Kultu, Kazik Staszewski zasłynął wypowiedzią, że:

Każdy kto podniósł kradzione, jest dla mnie k**wą(1)

”Kazik

Inny muzyk – Roman Brylewski, lider grup Izrael i Brygada Kryzys – żali się w wywiadach, że „po ponad 30 latach grania nie stać mnie na jedzenie”. A Litza jako pierwszy (chyba) zwrócił uwagę, że nie tylko przez złych, podłych fanów muzycy nie zarabiają.

6289297595_7f31a9069e_o

Ale zaraz. Nie zarabiają? Serio?

Jak (nie) zarabia muzyk – płyty

Na początek przyjmijmy, że mówimy tu o muzykach sławnych, popularnych, znanych, nie o zespołach w stylu “Menstruacyjne Pomidory” z domu kultury we Wschowie czy  grupach, które własnym sumptem wydały garażową płytę i wystąpiły na sześciu koncertach jako support supportu o pierwszej po południu. Oni nadal tworzą na pół hobbystycznie, dopłacają do interesu, bo … tak to jest na świecie. Lekarz zanim zostanie lekarzem, też musi się uczyć, robić praktyki, kursy, wymieniać sprzęt na lepszy i w ogóle kilka lat jechać na kredytach, by w końcu się “wstrzelić” w biznes i zacząć zarabiać i je spłacać.

Litza z Luxterpedy przyznał, że z jednego sprzedanego krążka grupa dostaje 10 złotych. I że są to grosze w porównaniu z ceną płyty w sklepie. Płyta powinna zdaniem Litzy kosztować 35 złotych(2). W takim razie wpływy do kieszeni zespołu z jednej płyty to prawie 30 proc. jej ceny. Nawet gdy płyta kosztuje 55 złotych, Luxtoropeda dostanie z niej prawie 20 procent.  Mało? Jak to wygląda standardowo? Według danych, które znalazłem (a jakże, w internecie), nawet niecałe 20 proc. to bardzo dobry procent ze sprzedaży!

Stawki dla artystów w przypadku majorsów (dużych wytwórni) wahają się od 5 do 20 proc. ceny hurtowej netto nośnika. (…) z pojedynczego nośnika, początkujący artysta może dostać maksymalnie – około złotówki?! (4)

”Mariusz

Składniki ceny płyty w sklepie (3):

  • koszty nagrania – (studio, muzycy, realizacja itp.) + zysk wytwórni – ok. 11 proc.,
  • koszty tantiem dla wykonawcy/muzyka – średnio ok. 10 proc.,
  • produkcja (w tym również np. projekt okładki) – ok. 8 proc.,
  • ZAIKS – czyli opłata służąca jako zapłata dla twórców, tekściarzy, kompozytorów – 5 proc.,
  • koszty dystrybucji – ok. 11 proc.,
  • marketing – ok. 10 proc.,
  • podatek VAT – 23 proc.,
  • prowizja sklepu – do 25 proc.

Tłoczenie płyty i wydruk okładki oraz opakowania to łącznie max 5 zł. za jeden krążek, licząc po cenach za 1000 sztuk – oczywiście im więcej się wyprodukuje, tym mniejszy koszt jednostkowy. Jak wskazuje Mariusz Rodziewicz w swym artykule o kosztach muzyki – tłocząc 1000 sztuk albumu po 3 złote za sztukę i sprzedając go po 20 złotych – za takie pieniądze często sprzedają swoje płyty muzycy undergroundowi, którzy wydają tzw. nielegale – koszt wytłoczenia zwraca się po sprzedaniu 150 sztuk. Kolejne sprzedane albumy, to już „czysty zysk”, który pokryje choćby w części koszty studia nagraniowego, miksu i masteringu.(4)

No to już wiadomo, skąd Litzę stać było na kupno płyty o 2 dychy droższej, niż przypuszczał. No, ale nie będę złośliwy i pójdę dalej.

Ile na tym można zarobić? Muzycy powszechnie mówią, że przez piratów – niewiele. Z zysków z płyt kupują sobie np. nowy sprzęt. Ale trzeba jeszcze z czegoś żyć. Muniek Staszczyk pochwalił się kiedyś, że zyski ze sprzedanych płyt dają mu rocznie około 50 tys. zł. Czyli taka prawie pensja miesięczna 4200 zł. / mies. Średnia płaca w Polsce wynosi niecałe 4 tys. zł. W sumie więc nie za wiele, jak na uznaną gwiazdę. Żeby lider T.Love zarabiał tyle, co jakiś junior manager w Warszawie? Słabo. Inna sprawa, że tyle dostanie Muniek za pracę przez kilka tygodni w studio. A manager zapiernicza cały rok.

Jak (nie) zarabia muzyk – koncerty

Obiegowa opinia mówi, że obecnie muzycy głównie zarabiają właśnie na występach live. Wskazuje się na kwoty, jakich żądają artyści, np. Doda – nie mniej niż 40 tys. zł. za koncert, Krzysztof Krawczyk – 25 tys., a Edyta Górniak nawet 100 tys. za koncert. Oczywiście grupy disco polo przebijają wszystkie nasze wielkie gwiazdy pop i rock – jeśli nie wysokością stawki, to przede wszystkim częstotliwością grania; zespół Boys potrafi zarobić bez problemu 90 tys. na jednym koncercie, a grają ich w ciągu roku setki.

Z tym, że pamiętajmy, że jest to kasa, jakiej żąda menadżer artysty. Te pieniądze dzieli się wśród muzyków, obsługi technicznej (tu ciężko mają zespoły rockowe, które mają czasem więcej technicznych niż muzyków), tancerzy, własnego dźwiękowca, etc… Z drugiej strony zasadniczo jest to po prostu kasa do podziału, bo to organizator koncertu musi pokryć dodatkowo koszta(4):

  • ZAIKS – 10 proc.,
  • VAT – 23 proc.,
  • nocleg dla artysty – ok. 10 proc.,
  • nagłośnienie – jeśli jest potrzebne inne, niż to, którym dysponuje organizator, kosztuje ok. 10 proc.,
  • ochrona – ok. 5 proc.

(BTW – jak ważna jest ochrona podczas koncertu, przekonali się ci, którzy słyszeli o fochu Morriseya w Stodole…)

Oczywiście czasem zespół zgadza się zagrać za wpływ z biletów – wówczas dzieli się z organizatorem ok. 30 proc. wpływów. Jest to jednak ryzykowne i idą na to jedynie wielkie gwiazdy, pewne, że zgromadzą odpowiednią ilość widzów, by się opłacało. Łaska fana na pstrym koniu jeździ i lepiej jest wziąć konkretną, umówioną stawkę, niż liczyć na to, że ludziom się zachce.

IMG_0744

Ile to przynosi łącznie? Muniek Staszczyk wyliczył, że rocznie daje mu to około 350-400 tys. złotych(3). No, to już całkiem inne pieniądze! Wychodzi jakieś 33.333 zł. za miesiąc pracy. Tyle zarabia uznany lekarz. Albo jakiś szef w bogatej firmie. Tyle, że trzeba się trochę najeździć po świecie. Ale… Nie wszyscy tego nie lubią. Ciekawe, co miałby do powiedzenia na ten temat Spięty – lider Lao Che, który chyba jeszcze za czasów albumu „Powstanie Warszawskie” dorabiał jako kierowca ciężarówki.

Jak (nie) zarabia muzyk – ZAIKS

No dobrze, a te wszystkie procenty, które idą do kasy ZAIKSu ze sprzedaży płyt, z koncertów, z odtwarzania muzyki u fryzjera czy w taksówce oraz z opłaty reprograficznej na czyste nośniki danych i nagrywarki (i wkrótce na tablety, smartfony i laptopy)? Okazuje się, że tu akurat jest o co kruszyć kopię. To dla wielkich gwiazd naprawdę niezła kasa. Wspomniany Muniek przyznał, że z ZAIKSu dostaje rocznie około pół miliona złotych. A taki Romuald Lipko z Budki Suflera – facet, który pisał piosenki i dla Budki Suflera, i Urszuli, i Anny Jantar, potrafi dostać za rok z ZAIKSU 2 miliony złotych.

DWA MILIONY.

Można? Można!

Tyle, że kasa z ZAIKSU bierze się nie z konkretnie sprzedanych płyt tego wykonawcy i konkretnych koncertów tego wykonawcy. To znaczy – nie tylko z tego. ZAIKS płacą radia, które puszczają utwory tego wykonawcy, telewizje muzyczne, serwisy internetowe z muzyką i tekstami… A dodatkowo dworce autobusowe, fryzjerzy, supermarkety, taksówkarze, DJe, organizatorzy imprez tanecznych i muzycznych, ludzie kupujący czyste płyty i nagrywarki… To kasa idąca z tego, ze ludzie W OGÓLE słuchają muzyki, albo że mogą słuchać muzyki.

– No i panie i kto za to płaci? Pan płaci… Pani płaci… My płacimy… To są nasze pieniądze proszę pana…
– Społeczeństwo.
– Społeczeństwo proszę pana… No normalnie.

”Mamoń

No to “gdzie jest kupa?”

Zbigniew Hołdys żali się, że nie dostał ani grosza z odtwarzanych na Spotify jego utworów, a na bazie jego wypowiedzi sprzed 2 lat popierających ACTA internauci stworzyli jeden z bardziej złośliwych memów: Gdyby nie piraci, byłbym jak Eric Clapton. Rogucki natomiast utyskuje na fanów, że Coma udostępniła album koncertowy na swojej stronie za 9 złotych – i sprzedaje się to jak krew z nosa. Zespół, żeby wyszedł na czysto, musi sprzedać 12 tys. sztuk. W przedsprzedaży rozeszło się… 500. Auć.

Pisząc niedawno tekst o nowych opłatach, którymi mamy być obciążeni z uwagi na – między innymi – zbyt małe zarobki artystów i fakt, że każdy z nas potencjalnie może być piratem, nie zdawałem sobie sprawy, że artyści mogą nie mieć pojęcia, ile kosztuje to, co robią dla fanów. Ale w sumie to by wiele wyjaśniało. W końcu artyści dostają płyty od wytwórni, więc po co mają wchodzić do sklepu? Nic dziwnego, ze narzekają na fanów, którzy nie chcą kupować. Wredni fani.

Powodem biedy muzyków są oczywiście wszechobecni piraci. Piraci, których stać na superszybki internet, dobre komputery, ale nie stać ich na 9 złotych za płytę ulubionego zespołu – i to płytę z najlepszymi kawałkami, tymi z pierwszych płyt. Piraci, którzy namiętnie ściągają z internetu płyty Kultu i Zbigniewa Hołdysa i uparli się, aby nie chodzić na koncerty tych gwiazd. Piraci, którzy przez 30 lat okradali Roberta Brylewskiego z jego ciężko zarobionych pieniędzy. Tylko, że nie chce mi się wierzyć, że Brylewski przez 30 lat grał za miskę zupy. Jakoś wtedy się nie skarżył. No i 30 lat temu nie było internetu. Jedni potrafią zadbać o swoje interesy i odkładać kasę lub ją inwestować, inni żyją z dnia na dzień. Czy rockowiec – i to z gatunku tych alternatywnych – ma prawo obrażać się na fanów, że sam nie postarał się zarabiać więcej? Wszak mógł jak nowa gwiazda Disco Polo – Czadoman – rzucić w cholerę rock i zacząć grać coś, co przynosi pieniądze.

Co do Hołdysa zaś i jego skargi na brak wpływów ze Spotify…

Piosenki Hołdysa mają w sumie pięć odtworzeń, ale nikt nie odsłuchał żadnej dłużej niż minutę. Artysta po prostu nic nie zarobił.(5)

”Rzecznik

Dobrzy muzycy tak czy siak, swoje zarobią. Niegdyś sprzedaż albumów przynosiła miliony, ale umówmy się – nie w Polsce, gdzie za PRL wcale nie było tak słodko. Dziś zarabiają ci, którzy robią muzykę pod słuchacza, pod stację radiową, poza tym potrafią wzbudzać odpowiedni szum medialny. Ale tak też było zawsze – nie bez powodu muzyka pop tak się właśnie nazywa. Rock zawsze był muzyką dla mniejszej grupy ludzi i zawsze było trudniej na nim zarobić. Niegdyś koncert był elementem promocji płyty – dziś płyta jest promocją zespołu, na który pójdziemy posłuchać go na żywo i damy zarobić muzykom. No i nie sprzeda się nic, co nie jest odpowiednio promowane. Mało kto kupił specjalną płytę Comy za 9 złotych, bo mało kto o tym wiedział, że można na stronie internetowej zespołu, a na chomiku od razu była, Panie Rogucki. Proste?

Może i proste, ale nie dla wszystkich. Muzycy chcą zarabiać, wytwórnie chcą zarabiać, pośrednicy chcą zarabiać, sklepy też chcą. Organizatorzy koncertów również. Dlatego fan ma kupić płytę, kupić ją jeszcze raz w wersji cyfrowej (bo nie wolno mu – według ZAIKSU – zripować ją do mp3 na własny użytek), wykupić abonament na spotify czy deezerze i słuchać muzyki zespołu również tam, do tego kupować koszulki i gadżety oraz chodzić na koncerty. I bombardować radia listami z żądaniami o więcej kawałków swego zespołu, żeby jeszcze więcej kasy poszło do ZAIKSU.

Tylko że my – słuchacze – nie damy rady. Nawet Depeche Mode, które kocham od 1987 roku, nie byłbym w stanie słuchać non stop. Nie mówiąc o tym, że nie zawsze stać mnie nawet na jeden ich koncert, a co dopiero na koszulki po zabójczych cenach.

Rozwiązanie – jak powinien zarabiać muzyk

Patrząc na wpływy muzyków z ZAIKSu widać wyraźnie, że to jest źródło największych pieniędzy. Płyty dają najmniej… W zasadzie płytę wydaje się po to, by był powód do ruszenia w trasę koncertową.

Po co męczyć muzyków, by nagrywali jakieś badziewie i się bardzo przy tym męczyli? Niech grają ciągle to samo. A żeby mogli zarobić – proponuję:

  • niech ZAIKS stanie się formalnie organizacją pomocy finansowej dla muzyków – tak, jak MOPS,
  • niech każdy muzyk, który chce zarabiać, zapisze się do ZAIKSU – jak ubogi zapisuje się do MOPS,
  • niech każdy muzyk dostaje z ZAIKSu określoną stawkę tygodniową lub miesięczną – jak pensję.

Skąd na to pieniądze? A skąd są teraz? Skoro już i tak płacimy za muzykę wszędzie, w cenie strzyżenia, taksówki czy czegoś tam, plus płyty i koncerty, to przestańmy udawać i zróbmy po prostu jeden, obejmujący wszystkich podatek czy abonament muzyczny. Powiedzmy 50-100 złotych miesięcznie na osobę. 100 złotych miesięcznie od głowy Polaka to 3 miliardy 700 milionów. Miesięcznie. Jeśli muzyków – nawet amatorów, ale grających i chcących się z tego utrzymywać – w Polsce jest powiedzmy 100 tysięcy (tak strzeliłem, bo zespołów jest pewnie z 5 tysięcy, plus muzycy normalni, plus orkiestry, kompozytorzy, tekściarze etc), to na jednego miesięcznie po podzieleniu wyjdzie… 37 tysięcy złotych. Nawet, jeśli odliczymy od tego zarobki wszystkich urzędników ZAIKS, utrzymanie systemów komputerowych, ekspresów do kawy i sprzątaczek, to i tak wyjdzie pewnie po 15-20 tys. złotych na głowę.

No i jak? Zapłacić abonament na muzykę i korzystać z niej do woli, nieważne, skąd się ją weźmie, z netu, od kolegi, z radia? A jak ktoś koniecznie chce zbierającą kurz płytę, może sobie kupić i tak. Nikt nikomu nie broni – to Twoje pieniądze przecież. Na koncert też możesz iść. I tak za to zapłacisz dodatkowo. Bo to usługa niewliczona w koszt abonamentu.

Głupie?

A płacenie 50 zł. więcej za tablet, ze względu na możliwość wgrania do jego pamięci wewnętrznej nielegalnie zripowanej mp3, nie jest głupie?

6941928577_415844c58e_o

Ja bym zapłacił.

PS. Opłata reprograficzna nałożona na tablety i smartfony nie wydaje mi się niczym innym, jak właśnie przymusowym abonamentem na muzykę. Niby dlaczego nie nałożyć jej na telewizory – które można podpiąć do netu i oglądać czy słuchać, co się chce? Niby dlaczego nie kazać płacić dodatkowych 10 zł. miesięcznie za internet – przecież to przez niego ludzie ściągają nielegale? Może dołożyć opłatę reprograficzną do abonamentu za TV kablową? Do monitorów komputerowych? Do diabła, czemu nie nałożyć opłaty reprograficznej na myszki komputerowe, skoro jakoś te mp3 pirackie trzeba włączyć? A co dopiero z głośnikami? Słuchawkami?! Aparatami słuchowymi??!

Baco, pędzicie bimber, pójdziecie do paki.
Panowie władza, przecież ja wcale nie pędzę bimbru!
Ale aparaturę macie!
Jak tak, to za gwałt też mnie skażcie, bo aparaturę też mom!

BTW – zachęcam do przeczytania o tym, że Bez muzyki nie byłoby rewolucji mobilnej

Komentarze

Logowani/Rejestracja jest chwilowo wyłączona