Zmora abonamentowych użytkowników – czyli jak operator GSM inwigiluje Kowalskiego

operatorzy gsm

Gdy rynek telekomunikacyjny wprowadził komercyjną sprzedaż telefonów komórkowych za pomocą operatorów, świat przestał stać w miejscu. W odstawkę poszły zwykłe stacjonarne terminale. Dla osób prowadzących biznes było to zbawienie. Natomiast dla przeciętnego Kowalskiego był to komfort i swoboda w relacjach z rodziną czy przyjaciółmi mieszkającymi w innej części kraju, a niekiedy i świata. I choć połączenia z komórek były horrendalnie drogie, większość nie zwracała na to uwagi.

Sieć GSM oferowała abonament, w ramach którego klient otrzymywał pakiet minut i wiadomości SMS. Dostawał również telefon za przysłowiową złotówkę do własnego użytku, który oferował podstawowe funkcje: połączenia głosowe, SMSy, kalkulator, przelicznik walut czy podstawowe gry. Nikt wtedy nie myślał o „minikomputerkach” z jakimi mamy do czynienia współcześnie. Operowanie futurephonem nie sprawiało większości żadnych problemów. Po spłaceniu abonamentu i zakończeniu umowy terminal zostawał na własny użytek. Można było włożyć kartę prepaid i korzystać z dowolnego numeru, nawet innego operatora. Biznes się kręcił a klientów przybywało. Rosła też konkurencja. Operatorzy postanowili wprowadzić simlock (blokada sieci). No dobra – rozumiem, że to zabezpieczenia na wypadek korzystania z usług innej sieci. Idźmy jednak dalej. Mijały lata, w międzyczasie powstały kolorowe wyświetlacze, pierwsze „systemowce”. Potem nadeszła era smartfonów i tabletów. Zbawienie, a zarazem przekleństwo ludzkości. Wraz z „inteligentnymi” słuchawkami pojawiło się zmodyfikowane oprogramowanie tzw. branding. Mamy 2014 rok a inwigilacja sieci komórkowych sięga zenitu. Dochodzi do sytuacji, kiedy operator dyktuje warunki, z czego i w jaki sposób mamy korzystać. A przecież dostać sensowny terminal za przysłowiową „złotówkę” już nie sposób…

 

Polskie realia…

W naszym kraju istnieją dwa podstawowe problemy z operatorami sieci komórkowych – potwornie niski poziom oferowanych usług i obsługi klienta, oraz postępujący na szeroką skalę branding terminali. Nad tematem pierwszego aspektu nie będę się dziś rozwodził. Być może stworzę później osobny wpis. Jeśli chodzi natomiast o drugi problem, to dotyka on coraz większą liczbę osób. Nie oszukujmy się, polska społeczność nie jest tak bogata jak nasi zachodni sąsiedzi i raczej niewielki procent klientów w skali kraju jest wstanie sobie pozwolić na to, by kupić sensowny smartfon bądź tablet za gotówkę. Choć korzyści z tego są niewspółmiernie większe od tych przy braniu terminala wraz z abonamentem, to i tak większość klientów nie decyduje się na taki krok. W rezultacie, wraz z comiesięcznym zobowiązaniem dostajemy pakiety minut do wygadania, SMSów, MMSów oraz transmisji danych (w przypadku abonamentu telefonicznego), bądź sam pakiet danych (jeśli chodzi o umowę internetu mobilnego). Dodatkowo operator dostarcza nam specjalnie przygotowane urządzenie, oczywiście za pewną opłatą. Mało tego, niekiedy bywa ona większa niż wartość danego terminala na wolnym rynku – szczególnie w niskim abonamencie.


Wróćmy jednak do samego urządzenia. Zwykle na pokładzie dostajemy specjalnie spreparowane oprogramowanie – system operacyjny. Zjawisko to nosi nazwę brandingNa starcie wgrany mamy pakiet motywów, tapet, animacji, dzwonków, często kilka krótkich filmików reklamujących produkt oraz zestaw „niezbędnych” aplikacji i narzędzi od operatora. Oczywiście sieć GSM będzie się zarzekać, że bez tego się nie obejdzie, a poza tym ułatwi nam to życie i zaoszczędzi czas na szukanie samemu oprogramowania w sklepach komercyjnych systemów mobilnych. Jak jest z tym naprawdę? Każdy może spojrzeć na ten temat indywidualnie. Ja ze swojej strony dodam, że wraz z brandowanym softem zaczyna się passa lagów, problemów z kompatybilnością, masowe ograniczenia, a co najważniejsze, klasyczne już opóźnienia w aktualizacji oprogramowania na nasze terminale. Nie bez znaczenia jest też komfort użytkownika, który po takim zabiegu traci niepotrzebnie czas na walkę z operatorskim softem. A ja się teraz zapytam – po jakiego diabła?

 

Jak to jest w USA, Azji czy zachodniej Europie?

Spoglądając na newsy zza oceanu czy nawet od naszych zachodnich sąsiadów, po prostu ręce opadają. Robiąc porównanie ze stawkami operatorów w USA czy na Wyspach Brytyjskich można ulec wrażeniu, że Polak musi być obrzydliwie bogaty, skoro stać go na tak drogie abonamenty oferujące tak mało. Nic bardziej mylnego. To Brytyjczycy mają korzystniejsze warunki w odniesieniu do zarobków, natomiast oferty w USA nawet nie ma co porównywać, bo może się okazać, że Amerykanie płacą rachunki jak za „lemoniadę”. Aspekt ekonomiczny jednak aktualnie zostawię. Powód? Na dzień dzisiejszy nie spodziewałbym się rychłych zmian zarobków przez przeciętnego Kowalskiego.

Nie tak dawno zainteresowałem się wpisem na jednym z zagranicznych portali technologicznych, którego tematem przewodnim była specjalna edycja flagowego modelu HTC One (2014) dla AT&T, która ma się różnić od standardowej wersji. W poprzednim tygodniu natomiast portale aż huczały na temat limitowanej edycji Xperii Z2 wraz z kompletem akcesoriów, które oferować będzie jeden z azjatyckich operatorów. W przeszłości nieraz przewijały się newsy na temat specjalnych wersji kolorystycznych czy oryginalnej obudowy wyścielonej szafirami bądź diamentami (tutaj najczęściej po wybiegu drepcze iPhone). Przerabialiśmy już nawet limitowane serie wykonane ze złota bądź platyny. Możliwości jest tak dużo jak konceptów. No właśnie. Dlaczego w Polsce operatorzy nie potrafią się wykazać inwencją? Jedyny gratis, jaki nasz rodak jest wstanie dostać od sieci, to pakiet minut, SMSów czy danych. I to też nie zawsze. Jednak w dobie abonamentów „bez limitów” usługi przestają mieć taką wartość jak niegdyś.

W odróżnieniu od operatorów, niezależni dystrybutorzy elektroniki mobilnej co jakiś zalewają nas kolejnymi promocjami, poczynając od modnych w ostatnich czasach gadżetów lifeloggingowych, słuchawek, głośników przenośnych a skończywszy na etui, pokrowcach czy foliach. Można? Można. I nikt mi tu nie wkręci, że sieci na to nie stać. Zamiast tego wolą iść na łatwiznę i preparować soft zakłamując rzeczywistość oraz pchać wszechobecne dziś simlocki. I gdzie tu wolność Kowalskiego?

 

Simlock –  niewidzialne „kajdanki” klienta

Gdy często przeglądamy portale i natykamy się na newsy dotyczące jakiejś promocji na temat urządzeń oferowanych w abonamencie, od razu w komentarzach możemy dostrzec pełne nienawiści teksty typu: „nie bierzcie od tego operatora, bo zawsze zakłada simlock”, „co z tego, że ma najtaniej jak zawsze blokuje swoje urządzenia”, „nie bierz tego dziadostwa, bo będziesz musiał płacić za zdjęcie simlocka”. I tak dalej, i tak dalej… Oczywiście operator wykręci się, że przecież simlock można bezpłatnie zdjąć po opłaceniu pierwszej faktury. Ale nie oszukujmy się, nie każdy używa smartfona z pierwszej ręki. A co jak chcemy go szybko sprzedać, póki trzyma dobrą cenę, jako „świeżynka”? Nie da się. Musimy przecież czekać ponad miesiąc na opłacenie faktury, aby zdjąć simlock. Inaczej jego cena drastycznie spada, a sam model się nie sprzedaje. Popatrzmy na aukcje internetowe – jest pełno ofert wraz z simlockiem i schodzą one znacznie gorzej niż urządzenia „czyste”. Po co klient ma tracić niepotrzebnie czas, a niekiedy i pieniądze, na usunięcie blokady?

Do tego często dochodzi problem blokowania bootloadera, choć to temat raczej dla Geeków, którzy lubują się w modowaniu oprogramowania. Jednak na potrzeby tematu załóżmy, że lubimy ulepszać nasz kochany sprzęt. Znaleźć naprawdę wolne od „operatorskich skaz” urządzenie jest niezwykle ciężko. Nie każdemu się przelewa i jest wstanie wydać spore pieniądze na upragniony model. Szukają wtedy okazji na aukcjach internetowych, a co za tym idzie, łatwo o pułapkę. Sprzedawcy debrandują urządzenia, zdejmując simlock, ale zablokowanego bootloadera nie widać na pierwszy rzut oka. Trzeba zgłębić tajniki systemu i znać odpowiedni kod wpisując go w dialer. Aukcyjni dystrybutorzy jednak niezwykle rzadko są w stanie dostarczyć nam takie informacje. W konsekwencji kupno takiego modelu jest istną loterią. Ciężkie jest życie Geeka…

 

„Wieczny” problem aktualizacji systemu

Oprogramowanie Androida czy też iOS jest w dzisiejszych czasach tak proste w obsłudze, że aktualizacja oprogramowania wydaje się niezbędnym minimum. Stale rosnące zainteresowanie mobilnymi urządzeniami, a co za tym idzie mobilnymi systemami, zmusza producentów do tworzenia ulepszeń, wprowadzania innowacji czy oferowania większego poziomu zabezpieczeń. Sam Google wprowadza raz do roku nową odsłonę systemu, a do tego w międzyczasie szereg poprawek. Sytuacja wygląda analogicznie w przypadku giganta z Cupertino. Nawet wiecznie ociągający się Microsoft ostatnio stara się dynamiczniej ulepszać swoje rozwiązania. Są to na tyle doświadczeni gracze, że soft wgrany na urządzenia mobilne jest wstanie zaoferować podstawowe funkcjonalności już na starcie. Jednak nasi kochani operatorzy uważają, że firmware jest niedopracowany, albo, użyję lepszego stwierdzenia – wybrakowany – i należy go „ulepszyć”. W efekcie mamy na pokładzie wcale nie najładniejsze tapety, przeciętne dzwonki, zasobożerne animacje (choć to rzecz gustu, a wiadomo – na jego temat się nie dyskutuje). Żeby tego było mało, dostajemy na pokładzie cały pakiet śmieciowych aplikacji, które „rzekomo” zwiększają nasz komfort i pomagają nam zaoszczędzić czas.

Hmm… a kiedy nadchodzi aktualizacja systemu? Cóż, proces w przypadku operatorów jest dość złożony i skomplikowany. Oprogramowanie wpierw musi przejść certyfikację w urzędzie, po czym trafia do terminali z oficjalnej dystrybucji producenta. Sam proces podzielony jest na regiony. W przypadku brandowanej wersji po otrzymaniu firmware’a od producenta jest on odpowiednio modyfikowany. Następnie wraca do twórcy w celu akceptacji, by potem operator dał dopiero sygnał, że rozpoczyna się procedura aktualizacji oprogramowania pokładowego na naszym urządzeniu. Możecie sobie wyobrazić, ile musi wody w Wiśle upłynąć, zanim taki „specjalny” soft do nas w końcu dotrze. Klienci kochają się w innowacjach, lubią mieć coś lepszego, nowszego, bardziej funkcjonalnego. Tymczasem zanim spreparowany firmware znajdzie się na brandowanym sprzęcie, mijają miesiące. Czasem obietnice spełzają na niczym. Aktualizacji jak nie było tak nie ma. W tle protestów zdeterminowanych abonentów widnieją tylko żałosne tłumaczenia operatora, że urządzenie jest za stare, albo, że nie da się go odpowiednio zoptymalizować. W takim razie producent potrafi, a operator już nie? Czemu nie mamy możliwości wyboru pomiędzy natywnym oprogramowaniem, a zmodyfikowanym przez sieci GSM firmwarem? A podobno mamy demokrację…

Nie tak dawno, bo pod koniec 2013 roku, na jednym z operatorskich blogów czytałem statystyki przeprowadzonej ankiety, która miała na celu wykazać procent zadowolenia z brandowanego softu. Oczywiście wynik wcale nie był zaskakujący. Wynikało z niego, że zdecydowana większość woli zmodyfikowany przez sieć firmware. Tylko jak wytłumaczyć te tysiące komentarzy na portalach technologicznych i społecznościowych, które aż płoną nienawiścią do takiej operacji. W moim osobistym otoczeniu nie znam osób, którym byłoby to obojętne. Nawet ci, którzy się nie znają na informatyce i elektronice, jednoznacznie twierdzą, że wolą minimalistyczny, dobrze zoptymalizowany sprzęt, który się nie wiesza… Wybaczcie moją śmiałość, ale ten od operatora taki nie jest! Zastanawiam się, na jakiej podstawie były robione te statystyki. Wynik bierze się chyba z niewiedzy abonentów. Inaczej tego nie potrafię wyjaśnić…

No dobra, ktoś zaraz powie, że przecież możemy sobie wgrać inny soft. Owszem możemy, ale po pierwsze nie każdy to potrafi. A nawet jeśli już jesteśmy w tym wąskim gronie, która posiada takie umiejętności, to zmiana firmware’u wiąże się z utratą gwarancji. Analogicznie w komputerach PC czy laptopach wgranie innego systemu możemy przeprowadzać dowolną ilość razy bez konsekwencji. Gdzie tu sprawiedliwość?! Jednym słowem jesteśmy zmuszeni do korzystania z rozwiązań sieci, albo postępować według własnego widzi mi się i liczyć na szczęście, że podczas ewentualnych odwiedzin w punkcie serwisowym nasz sprzęt nie zostanie „zdemaskowany”. Wszak nie zawsze będziemy w stanie ponownie wgrać brandowany soft, zanim nasz terminal ulegnie uszkodzeniu. Pół biedy, jeśli zrobimy z niego „cegłę” i będzie nadawał się do wymiany. Wtedy ślad po zmianie oprogramowania będzie niewidoczny. Ale jeśli jakimś cudem serwis podniesie nasze urządzenie, no to mamy po gwarancji. Za ewentualną naprawę pan Kowalski zapłaci z własnej kieszeni, albo pożegna się ze swoim ukochanym terminalem. No tak, przecież Polak to wyjątkowo bogaty mieszkaniec naszej planety…

 

Jak mamy teraz, a jak powinno być

Pora chyba podsumować ten ociekający jadem wpis. W naszym kraju nie można powiedzieć niczego dobrego o sieciach GSM. Są, bo ktoś musi dostarczać nam pewne usługi, oczywiście mając w tym swój interes (mowa o potężnych zyskach). Świat przecież nie stoi w miejscu, a postęp technologiczny jest ogromny i  bardzo dynamiczny. Jakość oferowanych możliwości jest jednak relatywnie niska w porównaniu z tym, co możemy zaobserwować w Ameryce Północnej, a szczególnie na kontynencie azjatyckim – w krajach wysokorozwiniętych pod względem technologicznym. Jakby tego było mało, klient nie ma możliwości decydowania, z czego chce korzystać przy podpisywaniu umowy z operatorem. Po pierwsze, w salonie nagminnie wciskane są słabe terminale, które trzeba opchnąć, bo przecież zalegają w magazynach. Te, które oferują rozsądne możliwości, mają albo zawyżone ceny w stosunku do wolnego rynku, albo są w ogóle niedostępne. Sieci wykręcają się zwykle tym, że to braki magazynowe. Na sam koniec, jeśli statystyczny Kowalski dogada się operatorem co do urządzenia, jest one zapchane „śmieciowym softem” oraz blokowane simlockiem, na wypadek gdybyśmy chcieli skorzystać z karty innej sieci.

Jeszcze jedno, co chciałem wtrącić. Na świecie, jak i również w Polsce, istnieje wyjątek od tej reguły. Jest nim firma Apple, która nie pozwala ingerować w swoje urządzenia. O dziwo, operatorzy respektują wymogi giganta z Cupertino. Jednak nie każdy może się poszczycić taką renomą i siłą przebicia, jak owa amerykańska korporacja.

Uważam, że urządzenie, które jest rozpoznawalne – dajmy na to flagowiec jakiegoś giganta rynku mobilnego – sprzedaje się często w milionach egzemplarzy. Jeśli dany operator zamówiłby specjalnie przygotowaną, limitowaną wersję urządzenia, które różni się specyfikacją, bądź designem od podstawowej wersji, stanowiłoby to o wiele lepsze rozwiązanie, niż wszechobecny branding. Koniec i kropka!

A czy Wy bylibyście skłonni kupić taki smartfon, tablet, gdyby wyróżniał się on czymś od podstawowej wersji? Zapraszam do dyskusji w komentarzach.

 

Fot. by  Josh Swannack (CC),  Piotr Górecki (CC), commons.wikimedia.org-phone (CC), commons.wikimedia.org-orange (CC), commons.wikimedia.org-plus (CC), commons.wikimedia.org-playcommons.wikimedia.org-tmobile (CC),  commons.wikimedia.org-iPhone 5s (CC), 

Exit mobile version