Total War: Three Kingdoms, czyli klasyczny Total War podany po chińsku (recenzja) | Tabletowo.pl

Total War: Three Kingdoms, czyli klasyczny Total War podany po chińsku (recenzja)

Dołącz do dyskusji 0

Po latach oczekiwania na klasycznego Total Wara, w końcu nadszedł ten upragniony dzień. Dzień premiery kolejnej odsłony popularnej serii gier strategicznych od Creative Assembly. Dzień, w którym serce zabiło mi mocniej tuż po pojawieniu się menu startowego. Dzień, który rozpoczął dziesiątki godzin epickich bitew oraz wielkich historycznych przygód. Dzień Total War: Three Kingdoms – gry wyśmienitej, stworzonej z pasją i sercem, która spełniła moje fantazje o grze strategicznej z krwi i kości.

Ten wstęp może się wydać nieco patetyczny, ale mówiąc szczerze, naprawdę trudno się tutaj do czegoś przyczepić. Wszyscy fani serii Total War – szykujcie swoje armie do wymarszu, bo już dziś możecie się przenieść do Epoki Trzech Królestw i stać się najpotężniejszym władcą w regionie. Zanim jednak to uczynicie zapraszam Was do recenzji, w której przyjrzymy się z bliska temu, co czeka nas w najnowszym Total War.

Kilka słów wprowadzenia

Zarysuję Wam w skrócie, z czym mamy do czynienia. Total War: Three Kingdoms to tytuł osadzony w niezwykłej i tajemniczej Epoce Trzech Królestw. Za jej początek uznaje się upadek dynastii Han w 220 roku lub powstanie Żółtych Turbanów w 184 roku. Główną konsekwencją tych wydarzeń był rozpad cesarstwa na trzy odrębnie funkcjonujące państwa: Shu Shan, Wei oraz Wu.

Jak możecie się domyślać, ich władcy nie za bardzo mieli ochotę zaparzyć sobie herbatę z melisą i przedyskutować bieżące problemy. Lubowali się natomiast w wyżynaniu swoich przeciwników, rozszerzaniu wpływów i walce o władzę. To właśnie w tych realiach twórcy zdecydowali się umiejscowić rozgrywkę, przeplatając warstwę historyczną z dobrze nam znanymi elementami strategicznymi. Przy tworzeniu gry bazowano nawet na dziele Luo Guanzhonga pt. Dzieje trzech królestw, napisanym w XIV wieku i stanowiącym główne źródło wiedzy o tych zamierzchłych czasach.

Nie znaczy to jednak, że gra nie ucieka się do pewnych przekłamań, aby lepiej zaprezentować poszczególne mechanizmy w rozgrywce. Total War: Three Kingdoms to typowa dla serii mieszanka historii i subtelnej fikcji, która sprawdza się rewelacyjnie! Z gry nie tylko dowiemy się więcej na temat mało popularnej w kulturze europejskiej Epoce Trzech Królestw, ale także poczujemy ducha tamtych czasów. Twórcy zadbali o staranne odwzorowanie budowli, strojów czy jednostek, ale nie zapomnieli również o rozbudowanym gameplay’u, o którym opowiem za chwilę.

Studio Creative Assembly zaserwowało nam kawał naprawdę udanej strategii, która powinna zaspokoić potrzeby fanów wielkich bitew oraz osób lubiących mniej dynamiczną rozgrywkę. W dużym skrócie – jestem zachwycony!

Interfejs – czytelny i nieprzekombinowany

Muszę przyznać, że rzadko dzieje się tak, aby samo menu gry i interfejs oczarował na tyle, by się nim zachwycać, a w tym przypadku ta sztuka wyszła iście szatańsko. Już sama stylistyka przywołująca na myśl chaotyczne machnięcia pędzla przykuwa uwagę i zachęca do zapoznania się z rozgrywką. Praktycznie każdy element został pieczołowicie zaprojektowany i przemyślany. Odniosłem nawet wrażenie, jakoby wszystkie wyskakujące okna tekstowe i graficzne stanowiły spójną całość, której nie sposób zakłócić.

Oczywiście, dla nowego gracza może wyglądać to nieco chaotycznie, ale po kilkunastu minutach łatwo się przyzwyczaić i załapać, o co chodzi. Twórcy prowadzą nas za rękę, odsłaniając krok po kroku efekty swojej pracy, kusząc nas do zarwania wielu upojnych nocy. Interfejs prezentuje się majestatycznie i świetnie oddaje klimat starożytnych Chin, ale to co ważniejsze – jest czytelny i przejrzysty.

Jedyne, do czego mógłbym się tutaj przyczepić, to nieco zbyt rozwarstwione pola jednostek. Na początku dość trudno się połapać, które jednostki właśnie dostają cięgi i szykują się do ucieczki, a które wciąż walecznie stawiają opór. Możemy to wprawdzie wyczytać z pola bitwy, ale podczas sterowania ogromną armią, pojawiają się tu małe problemy koordynacyjne. Podziwiam twórców Total Wara, że zdołali upchać tyle różnych opcji w tak czytelnym interfejsie, który z całą pewnością będzie łatwy do opanowania zarówno przez starych wyjadaczy, jak i początkujących graczy.

Niesamowita szczegółowość, ale bez graficznego szału

Zdaję sobie sprawę, że jak na razie tylko słodzę i słodzę, ale nie mam wyboru. Total War: Three Kingdoms stoi na bardzo wysokim poziomie także pod względem graficznym. Rewelacyjnie prezentują się zwłaszcza lokacje, na których toczymy bitwy. Co prawda, ich układ i sposób prezentowania są praktycznie takie same jak w poprzednich częściach, ale ma to swój unikatowy klimat, do którego zdążyłem się przyzwyczaić.

Być może przy okazji następnych odsłon, twórcy zdecydują się na większe zmiany, aby jeszcze bardziej odświeżyć markę, ale na ten moment taka decyzja wydaje mi się uzasadniona. Lokacje są malownicze i szczegółowo odwzorowane. Układ terenu w większym lub mniejszym stopniu może dawać nam przewagę lub utrudnić pokonanie przeciwnika.

Wielkie wrażenie robi też odpowiednie oświetlenie danych miejsc na mapie w połączeniu z grą cieni i wybraną przez nas porą roku. To właśnie mnogość takich zabiegów wpływa na satysfakcję, jaką mogłem czerpać z rozgrywki.

Nie inaczej jest w przypadku mapy świata, którą możemy odkrywać, podbijając kolejne terytoria w kampanii fabularnej. Tak jak to było w poprzednich częściach, co turę zmienia nam się pora roku, więc trudno zmęczyć wzrok jednym widokiem.

Skoro już przy grafice jesteśmy, to muszę jeszcze dodać parę słów odnośnie modeli jednostek, których umundurowanie i uzbrojenie zostały wykonane z nadzwyczajną starannością. To samo tyczy się dowódców naszych armii – każdy z nich wygląda inaczej i walczy we własny, unikatowy sposób. Rozbudowane animacje jednostek oraz wyjątkowa (jak na strategię) szczegółowość sprawiają, że prowadzi się bitwy z ogromną przyjemnością.

Grafika to jednak zaledwie ułamek plusów, które można wymieniać przy okazji najnowszego Total Wara. Twórcy zdecydowali się na jeszcze więcej zmian w obrębie mechaniki i muszę przyznać, że w tym aspekcie również mnie oczarowali!

Jak odgrzać kotleta, żeby dalej smakował?

Na to pytanie z pewnością zna odpowiedź zespół Creative Assembly. Każda kolejna gra strategiczna, która urodzi się pod ich szyldem, spotyka się z bardzo pozytywnym odbiorem i rzadko kiedy słyszy się „Ile razy można grać w to samo?”.

Twórcy doskonale wiedzą czym przyciągnąć graczy i w jaki sposób doprawić to samo danie, aby dalej dobrze smakowało. Po klasycznych Total Warach dostaliśmy przecież Total War: Warhammera, który w zaledwie 3 dni od premiery sprzedał się w ponad pół miliona egzemplarzy, co było wynikiem wprost rewelacyjnym.

Zdaje się, że i tym razem Creative Assembly nie zawiedzie oczekiwań graczy, bo połączenie Warhammera z klasycznym Total Warem smakuje po prostu wybornie! Swoją drogą, pamiętacie potężne jednostki z Warhammera, które na polu bitwy sprawdzały się równie dobrze, co Achilles pod Troją? W Total War: Three Kingdoms dostaliśmy podobne rozwiązanie, ale tym razem naszymi superbohaterami mogą stać się historyczne postaci.

Ponadto, podczas bitwy możemy wyzwać wrogiego generała na pojedynek (lub on nas) i stoczyć z nim walkę na śmierć i życie nieopodal bitewnego zgiełku. Wygrana naszego dowódcy może przechylić szale zwycięstwa na naszą korzyść, bo dostajemy za nie różne bonusy. Poza tym jest to przyjemny i efektowny dodatek, który po prostu miło się ogląda.

W tym momencie, ktoś mógłby powiedzieć: „Zaraz, zaraz! Ale przecież to strategia historyczna, a nie filmy Marvela”, ale bez obaw – osoby, które wolą realizm historyczny od epickich pojedynków, mogą taki tryb wybrać na początku rozgrywki. Zmieni się wówczas rola naszych generałów, którzy przestaną być odrębnymi jednostkami i tak jak w poprzednich odsłonach, ruszą do boju należąc bezpośrednio do jakiegoś oddziału.

Twórcy zaimplementowali też do rozgrywki szereg pomniejszych smaczków, które świetnie urozmaicają rozgrywkę. Wśród nich są na przykład krótkie dialogi pomiędzy dowódcami w trakcie bitew. Co więcej, podczas bitewnej zawieruchy opcji taktycznych mamy do wyboru całe mnóstwo. Od podstawowych możliwości zmiany formacji po odblokowywanie lepszego uzbrojenia naszych dowódców. Ba! Mogą mieć oni nawet podwładnych, dzięki którym zyskują na sile lub buntować się przeciwko nam, jeśli są niezadowoleni. A uwierzcie, że nic nie boli tak, jak zdrada zaufanego generała…

Gdy pierwszy raz zobaczyłem okno statystyk – oniemiałem. Nie spodziewałem się, że do gry strategicznej tak zręcznie można przemycić elementy rodem z RPG. W pewnym momencie mnogość informacji była tak zatrważająca, że potrzebowałem sporo czasu na ich przyswojenie. Z jednej strony stawało się to męczące, ale z drugiej wpłynęło z pewnością na długość rozgrywki i satysfakcję z niej. I tu przechodzimy do wisienki na torcie, czyli mechanizmów rządzących samą rozgrywką, bo właśnie za nie należy się twórcom głębokie chapeau bas!

Strategiczny majstersztyk

W serii Total War zawsze większą frajdę sprawiały mi podboje i długie bitwy aniżeli zabawa w dyplomatyczne zagrywki. Spodziewałem się, że i tym razem będzie podobnie, ale zaskoczyłem się i to jeszcze jak… To, jak wiele czynników wpływa na siebie wzajemnie, determinując nasze późniejsze działania, jest czymś niebywałym. Rozbudowana do granic możliwości dyplomacja, świetnie zaprojektowane szpiegostwo czy wreszcie relacje pomiędzy bohaterami – to wszystko potrafi usmażyć neurony od natłoku informacji.

Gdy wchodzicie do obcego, nieznanego wcześniej uniwersum historycznego i dostajecie coś takiego na przywitanie możecie albo się zniechęcić albo dać się temu pochłonąć. Ale zapewniam Was, że jeżeli dacie tej grze przynajmniej dwie godziny, to nie odejdziecie na kolejne dziesięć albo dwadzieścia. Twórcy dali nam możliwość rozwijania swojego dworu o kolejne postaci, które później mogą pełnić bardzo istotne funkcje w naszych komanderiach (tj. prowincjach).

Wraz z postępem rozgrywki pniemy się po szczeblach kariery, krok po kroku stając się bliżej królewskiego tytułu. Na początku gry możemy wybrać swojego przywódcę, któremu powierzymy zadanie zbudowania imperium. Do wyboru mamy m.in. : Cao Cao – wybitnego stratega, poetę i postać historyczną, której pozycja w zmaganiach o władzę jest najkorzystniejsza i dlatego poleca się ją dla początkujących graczy. Cao Cao mówił o sobie „Wolałbym raczej zdradzić świat, niż czekać i patrzeć jak świat zdradza mnie” – miał łeb i to mu trzeba przyznać!

Na początku wybrałem właśnie tę postać, ale zniechęcony poziomem trudności, zdecydowałem się na Sun Jiana, chińskiego dowódcę, który łatwo w życiu nie miał. Jego specjalizacją jest heroizm, który zmniejsza koszt rekrutacji jednostek i zwiększa zadowolenie postaci. Trzeba tu dodać, że każdy z bohaterów posiada swoje unikalne zdolności, które w sporym stopniu mogą determinować nasze działania i styl gry. To jednak dopiero przedsmak prawdziwej uczty!

Dzięki skutecznej dyplomacji, zawieraniu sojuszy, wyprawianiu hucznych zaślubin, zabawy w szpiega czy toczeniu zajadłych wojen, możemy dumnie obserwować nasze rozrastające się państewko. Spory wpływ na to, jak nam to pójdzie, mają reformy ukazane na jakże klimatycznej gałęzi kwitnącej wiśni. Odblokowując je możemy zwiększyć przychody z różnych źródeł czy chociażby zmniejszyć korupcję w państwie.

Przydaje nam się również rada frakcji, która ostrzega nas przed konsekwencjami naszych poczynań i informuje o rodzących się w prowincji problemach, takich jak chociażby przeludnienie. Szczególnie spodobał mi się motyw dworu, który obsadzamy zaufanymi podwładnymi, tworząc długą linię powiązań, która może na nas zesłać nie lada rozterki. Kontrolowanie gospodarki, nastrojów społecznych, zadowolenia bohaterów i sytuacji na mapie, to tylko część z rzeczy, na które musimy zwracać uwagę.

Poza tym każdy wybór przynosi większe bądź mniejsze konsekwencje dla naszych prowincji, dlatego zanim podejmie się bezmyślną szarżę na wroga, warto ten ruch kilka razy przemyśleć. Zależności jest zapewne dużo więcej, ale aby je odkryć trzeba poświęcić tej grze przynajmniej kilkadziesiąt godzin. Nie macie się jednak czym przejmować, bo nie będzie to zmarnowany czas.

Błędy i niedociągnięcia

Na gorzki deser zostawiłem sobie kilka uwag, które moim zdaniem można podpiąć pod mniej lub bardziej uciążliwe niedociągnięcia. Ze wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych, jakie stworzyło Creative Assembly w Total War: Three Kingdoms, najbardziej irytował mnie… samouczek. Rozumiem zamysł twórców, żeby żółtodzioba prowadzić jak po sznurku, ale mnogość wyskakujących zewsząd informacji bardziej przytłacza niż pomaga. Poza tym, wydaje mi się, że dla nowego gracza zapamiętanie tych wszystkich zależności będzie po prostu niemożliwe, a zrozumienie mechanizmów rozgrywki przyjdzie wraz z kolejnymi godzinami gry.

Drażniły mnie też dość długie ekrany wczytywania, zwłaszcza na początku, kiedy często przeklikiwałem się pomiędzy grą a menu, ale raczej trudno to wrzucić do worka z wielkimi wadami Total War: Three Kingdoms. Ubolewałem również nad warstwą fabularną, która została potraktowana po macoszemu. Wiem, że mamy do czynienia ze strategią, w której fabuła jest raczej otoczką rozgrywki aniżeli jej fundamentem, ale w przypadku tak nieznanej nam epoki, dobrze byłoby to bardziej rozbudować i mocniej wprowadzić odbiorcę w realia historyczne. Oczywiście dla chcącego nic trudnego, w końcu możemy zrobić research i dowiedzieć się więcej o Żółtych Turbanach czy Epoce Trzech Królestw, ale moim zdaniem twórcy mogliby poświęcić wyjaśnieniu pewnych kwestii nieco więcej miejsca.

Kolejną rzeczą, która trochę mnie zasmuciła, jest frakcja Żółtych Turbanów. Od początku budzili oni moją ciekawość i liczyłem, że uda mi się nimi pograć, ale niestety możemy ich odblokować wyłącznie po wykupieniu DLC. No cóż, nie można mieć wszystkiego!

Brakowało mi także większego wyboru jednostek albo czegoś, czym mogłyby się bardziej wyróżnić, bo po stoczeniu kilkudziesięciu bitew zaczęła mi doskwierać lekka monotonia. Poza tym, wciąż najdoskonalszą taktyką walki z wrogiem jest uderzenie konnicą od flanki, co bardzo ułatwia zwycięstwo, a ja wolę większe wyzwania!

Oprócz tych kilku błahych kwestii, trudno mi się doszukać jakichś wielkich przewinień i błędów, bo gra jest po prostu rewelacyjna. Odnajdziemy tu zarówno genialnie zaprojektowane elementy strategiczne, jak i spektakularne i epickie bitwy.

Całość okraszona jest szczegółową grafiką i fenomenalnymi lokacjami. W tle słychać klimatyczny soundtrack, a po kliknięciu w „nowa gra” dosłownie przenosimy się w czasie o niemal 2000 lat wstecz.

Jestem pod szczerym wrażeniem pracy Creative Assembly, bo przywracają mi oni wiarę w to, że jeszcze można robić gry z tak wielką pasją i oddaniem. Z rozkoszą powrócę do Epoki Trzech Królestw na jeszcze dłuuugie godziny, a Wam gorąco polecam zaznajomić się z tą produkcją jak najszybciej!

8.5 Ocena (1-10)
Z czystym sumieniem daję ocenę 8,5/10

Plusy
  • szczegółowe modele jednostek i świetnie zaprojektowane lokacje
  • niesamowity, uzależniający klimat
  • epickie pojedynki pomiędzy dowódcami
  • czytelny interfejs
  • bardzo rozbudowane elementy strategiczne
  • unikalne i zróżnicowane frakcje
  • wybory determinujące przebieg rozgrywki
Minusy
  • chaotyczny samouczek
  • mała różnorodność jednostek
  • przydługie ekrany wczytywania
  • za słabe wprowadzenie w realia historyczne
Dodaj swoją recenzję

Jeżeli znalazłeś literówkę w tekście, to daj nam o tym znać zaznaczając kursorem problematyczny wyraz, bądź zdanie i przyciśnij Shift + Enter lub kliknij tutaj. Możesz też zgłosić błąd pisząc na maila.

Komentarze

Logowani/Rejestracja jest chwilowo wyłączona