Surface mini – co się stało Microsofcie?

1904122_756003204423182_300172003035604469_n

Microsoft, niespełna miesiąc temu, zaprosił garstkę skrupulatnie wyselekcjonowanych dziennikarzy i blogerów technologicznych na „małe” wydarzenie związane z urządzeniami Surface. Małe wydarzenie… „I see what you did there”, Microsofcie! Surface mini!

Rzeczywiście wszystko na to wskazywało. Plotki o 7,5-calowym małym tablecie ze Snapdragonem i Windowsem RT krążyły w Internecie od prawie roku. Wiele osób twierdziło, że urządzenie miało zadebiutować na konferencji razem z Surface 2 i Surface Pro 2. Tak się jednak nie stało, ale za kulisami mówiło się, że najmniejszego członka rodziny tabletów Microsoftu ujrzymy na wiosnę. Wyróżnikiem urządzenia miał być rysik i zestaw dedykowanych aplikacji. Na kilka dni przed wydarzeniem, w sieci zaczęły pojawiać się plotki o Surface Pro 3, jako drugim urządzeniu, mającym zostać pokazanym szerszej publiczności. We wtorek, 20 maja, zebranych dziennikarzy powitał sam Satya Nadella, prezes firmy i zaczął mówić o urządzeniach, mobilności i przetwarzaniu w chmurze. Robił to z charakterystycznym dla siebie wdziękiem i uśmiechem, ale to pierwsze 10 minut było nudnawe i nie do końca potrzebne. Podniosło jednak prestiż samego wydarzenia. Prezes to jednak prezes. Po niespełna kwadransie, scenę opanował Panos Panay, szef zespołu Surface. Niekwestionowana gwiazda wieczoru – no może poza samym SP3 i urokliwą Joanną Stern z Wall Street Journal, która częściowo skradła show.

O stylu prowadzenia spotkania przez Panosa można by napisać osobny tekst. Do tej pory żaden pracownik Microsoftu (może z wyjątkiem Scotta Hanselmana) nie potrafił przemawiać z taką pasją i swobodą, podtrzymując jednocześnie atmosferę napięcia i oczekiwania. Czapki z głów – taki styl znaliśmy dotąd tylko z konferencji Apple. No może nie do końca taki – Panos zamiast „amazing” używa słowa „beautiful”. Może warto puścić wideo z tego spotkania PR-owcom Samsunga, którzy od lat nie potrafią zrobić ciekawego show, bez wprawiania słuchaczy w zakłopotanie i zażenowanie.

Po słowach wstępu i opisaniu toku rozumowania Microsoftu, dotyczącego projektowania urządzeń, Panay ogłosił premierę Surface Pro 3. Pomyślałem wtedy: po jaką cholerę?! Microsofcie, nie rób tego! Mając do dyspozycji jedynie Haswella (Broadwell zadebiutuje w roku 2015), wydawało mi się, że za pomocą istniejącej technologii nie da się zrobić czegoś cieńszego, lżejszego, wydajniejszego i bardziej energooszczędnego. Co się stało dalej – wiecie doskonale. Microsoft złamał prawa fizyki (niedosłownie – wiem) zamykając Core i7 w magnezowej obudowie o grubości 9 mm, zwiększył ekran o 1,5 cala, odchudzając jednocześnie całe urządzenie o ponad 100 g. Magia. A przynajmniej tak próbował zaczarować nas Panos. Częściowo mu się to udało.

Kolejne dziesiątki minut upływały na bardziej szczegółowym poznawaniu SP3. Wszystko to było niewątpliwie ciekawe, ale gdy na zegarze streamingu wyświetliła się 50-ta minuta, zacząłem się zastanawiać kiedy wreszcie usłyszymy o Surface mini. Zwykle, wydarzenia takie, trwają nie dłużej niż 60-80 minut, więc jak Panos znajdzie czas na odbudowanie atmosfery wyczekiwania i niepewności oraz przejście do zaprezentowania drugiej gwiazdy wieczoru? Po kilku minutach było już pewne, że SP3, to jedyna nowość, którą zobaczymy tego dnia. Czy Microsoft celowo pogrywał z dziennikarzami, zapraszając na „małe” wydarzenie? To miała być tylko zasłona dymna dla Surface Pro 3? Niekoniecznie…

Co się właściwie stało? Nie wiem. I oprócz kilkudziesięciu osób w Microsofcie, na razie nie wie nikt. Ale pewnych rzeczy możemy się domyślać oraz polegać na dość wiarygodnych przeciekach. Wiele wskazuje na to, że Surface mini jest jak najbardziej realnym urządzeniem. Ba, podobno wyprodukowano go w liczbie 15 000 – 20 000 sztuk, które czekają w magazynach. Decyzja o wycofaniu go z wtorkowego wydarzenia miała zapaść kilka dni, a może nawet dopiero kilka godzin przed jego rozpoczęciem. Z jednej strony brzmi to nieprawdopodobne (jak można wycofać urządzenie, które tworzyło się kilka lat, na kilka godzin przed?!), ale kilka niezależnych, anonimowych źródeł wskazuje na właśnie taki scenariusz.

Podobnie miało być we wrześniu 2013, kiedy też spodziewano się wersji mini. „Decyzje biznesowe” spowodowały jednak, że premiera miała zostać przesunięta na wiosnę. „Małe” wydarzenie doskonale wpasowywało się w przewidywany ciąg zdarzeń – oczekiwaliśmy Surface mini – z 7,5-calowym wyświetlaczem, proporcjami 4:3 i solidnym aktywnym rysikiem. Chciałbym podkreślić, że wszystko co zostanie napisane dalej opiera się na niepotwierdzonych przeciekach i spekulacjach, więc trzeba podchodzić do tego z dystansem. Pierwszym pytaniem, które się nasuwa, jest: DLACZEGO? Dlaczego wstrzymano premierę Surface mini?

Pierwsza możliwość jest dość brutalna i prozaiczna. Brak sukcesu Windowsa RT i bardzo przeciętna jego sprzedaż, mogła skłonić władze firmy do całkowitej rezygnacji z tworu, jakim jest Windows dla procesorów ARM. Byłoby to niewątpliwie przyznanie się do ogromnej porażki i zmarnowanie dziesiątek tysięcy roboczogodzin. Scenariusz ten jest o tyle realny, że Satya Nadella to pragmatyk. Nie kieruje się on emocjami, a czystą kalkulacją – stąd Office dla iOS, wieloplatformowość czy komplementy w stronę firmy Apple. Nowy prezes wywodzi się z pionu rozwiązań korporacyjnych i chmury Azure, więc idea Microsoftu jako firmy produkującej urządzenia, może wydawać mu się obca, abstrakcyjna i niepotrzebna. Z drugiej strony, to właśnie on firmował swoją obecnością wtorkowy wieczór i wyglądał na kogoś, kto podchodzi do linii Surface z dużym entuzjazmem. Jak jest w rzeczywistości? Tego Wam niestety nie powiem. Powiem natomiast, że zarzucenie idei „Windows on ARM” byłoby, według mnie, ruchem nierozsądnym i utrudniało pełną dywersyfikację ryzyk biznesowych.

Druga możliwość wydaje się być bardziej prawdopodobna. Surface mini musiałby się czymś wyróżniać. Nie byłaby to na pewno klawiatura dopinana (za mała powierzchnia) i prawdopodobnie również nie nóżka. Rysik? Na 99% tak, ale żeby rysik był wartościowym elementem takiego urządzenia, potrzeba jednej, kluczowej rzeczy. Aplikacji dostosowanych do obsługi rysikiem. Na 7,5 calach można zapomnieć też o używaniu pulpitu. Microsoft próbuje sprzedawać swoje tablety pod hasłem „do more”, czyli rób więcej. A jak robić więcej, skoro pulpit jest prawie nieużywalny, a aplikacji Modern boleśnie brakuje? Tu dochodzimy do sedna problemu. Surface mini nie miałby żadnej wartości dodanej. Byłby kolejnym (drogim) małym tabletem z Windows. A może nawet gorzej – byłby małym tabletem z Windows RT, bez aplikacji desktopowych. Bieda z nędzą. Innymi słowy – wypuszczenie mini w takim momencie, to prosty przepis na marketingową katastrofę. Co Microsoft może z tym zrobić? Jeden ważny ruch. Projekt Gemini, czyli Office w wersji dla Modern UI. Premiera tego pakietu opóźnia się, ale w końcu nadejdzie. Czy właśnie wtedy pojawi się Surface mini? Niewykluczone.  Wydaje się to bardzo sensowne – gdyby (darmowy?) Office dobrze współpracował z rysikiem i palcem – urządzenie zyskałoby niezwykle wartościowe funkcje i nowe zastosowania.

Co o tym wszystkim myśleć? Niewątpliwie, rynek zyskałby, gdyby Surface mini się jednak ukazał. Konkurencja zawsze działa motywująco i prowadzi do pozytywnego „wyścigu zbrojeń”. Szczerze liczyłem na mały tablet od Microsoftu. Byłem pewny, że będzie on dobrze wykonany, elegancki i innowacyjny i dostępny w przyzwoitej cenie (pewnie 100-150$ mniej niż Surface 2). Wtorkowy wieczór przyniósł premierę tylko jednego urządzenia. Moim zdaniem – urządzenia świetnego, które przy odpowiednim marketingu może zmienić podejście do urządzeń mobilnych i komputerów PC. A może Microsoft po prostu nie chciał, żeby SP3 przyćmił mini? Mam nadzieję, że nasze wątpliwości rozwieją się już wkrótce.

Exit mobile version