Samsung Galaxy S20 – najmniejszy z serii, choć wcale nie mały (recenzja)

Audio

Zacznijmy może od tego, co do naszej dyspozycji oddaje producent. Od strony technicznej – głośniki stereo, ale o tym za chwilę. Od strony systemowej, system Dolby Atmos, który można włączyć lub wyłączyć, korektor dźwięku, skaler UHQ, funkcję Adapt Sound oraz enigmatyczne Osobny dźwięk dla aplikacji.

Reklama

Dolby Atmos włączyłem, z korektora dźwięku nie skorzystałem, podobnie jak z funkcji Adapt Sound, choć ta wydała mi się być dosyć interesująca. Najwięcej uwagi poświęciłem jednak funkcji Osobny dźwięk aplikacji – bardzo przydatna jest możliwość przekierowania dźwięku z YouTube czy Spotify na głośnik Bluetooth z pozostawieniem wszystkich pozostałych w zakresie telefonu. Chyba często pomijana, niemal ukryta, a naprawdę funkcjonalna opcja.

Powiedzmy jeszcze dwa słowa o jakości reprodukowanego dźwięku. Zacznijmy od słuchawek… jest tak, jak Bluetooth pozwala – przypomnę, że nie ma tu 3,5-milimetrowego gniazda jack. Jeśli chodzi jednak o dźwięk z głośników, to jest bardzo dobrze. Zasadniczo nie mam na co narzekać, scena jest przyzwoita, wszystkie tony odwzorowane poprawnie, a przy okazji nic nie trzeszczy.

Reklama

Napomknę jeszcze o tym, że Samsung Galaxy S20 został wyposażony w głośniki stereo – jeden z nich jest umiejscowiony „konwencjonalnie”, zaś drugi pod wyświetlaczem i pełni też rolę głośnika do rozmów. Oba grają bardzo czysto i wyraźnie, co słychać najwyraźniej, jeśli zestawimy ze sobą dźwięk ze starszego/tańszego smartfonu z muzyką odtwarzaną przez Galaxy S20. Niemniej, chciałbym wysnuć wniosek, że… dobitnie rozumiem, dlaczego brak głośnika stereo to poważna wada. Nie po raz pierwszy korzystam ze smartfonu z głośnikami stereo, ale pierwszy raz mam okazję pisać recenzję takowego, więc podkreślę, że całość rzeczywiście jest mocno odczuwalna, oczywiście na plus.

Biometryka

Bądźmy szczerzy – najbardziej godną poruszenia w tej sekcji kwestią jest czytnik linii papilarnych. Niemniej, producent oddaje do naszej dyspozycji również odblokowywanie twarzą, któremu z redakcyjnego obowiązku się przyjrzałem.

W ekranie, a precyzyjniej rzecz ujmując w jego dolnej części, znajduje się ultradźwiękowy czytnik linii papilarnych. Muszę przyznać, że radzi sobie bardzo dobrze – lepiej niż się spodziewałem, jeśli mam być szczery – choć zdarzały mu się drobne potknięcia. Mimo wszystko zdecydowana większość prób odblokowania za pomocą stosownego palca kończyła się powodzeniem, w czym pomógł nieodzowny patent z dwukrotnym zeskanowaniem tegoż.

Część nieudanych prób wynikała wyłącznie z tego, że nie trafiałem palcem w czytnik, co – moim zdaniem, choć po części- wynika z tego nieszczęsnego rozmiaru. Niemniej, to wyłącznie kwestia przyzwyczajenia – z dnia na dzień ślepych strzałów było coraz mniej, a pewnie za chwilę spadłyby do zera.

Warto odnotować, że – w każdym razie w moim przypadku – ani razu nie przydarzyło się, żeby czytnik linii papilarnych wymagał przetarcia czy wyczyszczenia, bo o higienę wyświetlacza smartfonu dbam niemal intuicyjnie. W przypadku czytników na tylnej części obudowy zdarza mi się, że odruchowo spróbuję odblokować telefon niezbyt czystym palcem – w przypadku ekranu takich przypadków jest mniej, a nawet, jeśli się zdarzają – wyłapuję je od razu.

Jeśli chodzi o odblokowywanie twarzą… cóż, nie mam do niego zaufania, zwłaszcza, że sam producent ostrzega, że to rozwiązanie nie należy do bezpiecznych. Jest jednak bardzo szybkie – zasadniczo jeszcze trochę szybsze niż czytnik linii papilarnych. Muszę nawet przyznać, że nie udało mi się odblokować smartfonu pośpiesznie wykonanym zdjęciem, a Galaxy S20 radził sobie zarówno w jasnych, jak i ciemnych warunkach oświetleniowych, zarówno w okularach, jak i bez nich. Oczywiście maseczka była wyzwaniem zbyt dużym ;).

Na samym końcu dodam jeszcze, że funkcja zabezpieczania Galaxy S20 przed przypadkowym dotknięciem była czasami zbyt czuła. Smartfon upomina się, żeby w takiej sytuacji zadbać o czystość góry telefonu, ale według moich obserwacji czasami wynika to z bardzo ciemnych warunków oświetleniowych. Pomyłka rzadka, niemniej irytująca nawet przy kilku powtórzeniach w ciągu tygodnia.

Samsung Galaxy S20 i jego czas pracy na baterii – przestało być różowo

Jako że Samsung Galaxy S20 to ekran typu AMOLED, to dłuższy czas pracy na jednym ładowaniu otrzymać możemy przy ciemnych motywach. Nie będę ukrywał, że niemal cały czas korzystałem właśnie z niego, co względem wyborów „jasnych” zapewne dodało mi kilkanaście solidnych minut na jednym ładowaniu. Co więcej, 24 godziny na dobę mam włączony Always on Display – zwłaszcza, że w przypadku ekranów wykonanych w tej technologii aż się o to prosi. Myślę jednak, że wybaczycie mi, że moje przemyślenia są obarczone tym ustawieniem.

W przeciętnym cyklu użytkowania smartfonu, tj. odświeżaniem na poziomie 60 Hz oraz rozdzielczości FHD+, uzyskiwałem średnio około 4 godziny czasu pracy na ekranie. Niestety, w najnowszym One UI filozofia Samsunga do wykresów dotyczących zużycia baterii jest raczej „dobowa” niż „od ładowania do ładowania”, więc nie mogę pokazać Wam przejrzystych zrzutów ekranu.

W przypadku większego udziału WiFi niż LTE wynik ten sięgał 4,5, czasem 5 godzin, jednak takie ustawienia ekranu gwarantowały mniej więcej trzy godziny SoT nawet przy nieco bardziej intensywnym, acz niesyntetycznym, zużyciu. Co bardziej wymagające dni, kiedy sięgałem po wyższe częstotliwości odświeżania, skutkowały nawet dwoma godzinami czasu pracy na ekranie!

Przyjmijmy więc, że na tych ustawieniach średnio wymagający użytkownik lubiący sięgnąć po telefon musi raczej nastawić się na cztery godziny. W przypadku zwracania uwagi na wyłączanie lokalizacji, wyłączenie automatycznej jasności i sięganie głównie po WiFi da się dobić nawet sześciu godzin. Dodam jeszcze, że w ustawieniach w zakładce Bateria znajduje się opcja Tryb zasilania. Pozostawiłem tam domyślne ustawienia, tj. tryb „Optymalizacja” oraz wyłączone „Adaptacyjne oszczędzanie energii”.

Smartfonu przy pomocy dołączonej do zestawu ładowarki o mocy 25W od poziomu 20% do pełna ładuje się mniej więcej godzinę. W ramach ciekawostki dodam, że smartfon wyświetla wtedy na ekranie komunikat, że jest to Superszybkie ładowanie – niestety, nie miałem okazji sprawdzić czy użycie mocniejszej ładowarki to Superekstraszybkie ładowanie ;).

Odstawiając jednak żarty na bok pozwolę sobie dodać, że wykorzystywana przeze mnie na co dzień ładowarka o standardzie Quick Charge 3.0 tylko z pozoru nie wspiera szybkiego ładowania. Gdy wejdziemy w ustawienia ładowania znajdziemy tam opcję… uruchomienia szybkiego ładowania, domyślnie wyłączoną. W tym przypadku, telefon wyświetlił odpowiedni monit po podłączeniu do prądu – przed uruchomieniem tej opcji, było to tylko Ładowanie.

Skoro przy dołączonej do zestawu ładowarce jesteśmy – ta, oprócz mocy 25 W, charakteryzuje się tym, że wykorzystuje gniazdo USB typu C, a nie USB typu A. Przewód wychodzi w niej od góry, jeśli ma to dla kogoś istotne znaczenie i… to tyle ;).

Pozwolę sobie w tym miejscu na słowo subiektywnego komentarza. Cóż, różowy Samsung Galaxy S20 był przeze mnie postrzegany bardzo różowo aż do czasu, kiedy przyszło do podłączania telefonu do ładowarki. Taki Screen on Time wystarczał mniej więcej na dzień, czasem upominając się o energię zbyt wcześnie – mogłoby być zdecydowanie lepiej. Włączenie wyższej rozdzielczości nie kradnie aż tak wiele z czasu pracy na baterii, ale częstotliwość odświeżania 120 Hz odbija się na komforcie użytkowania tak mocno, że funkcja jest, w moim odczuciu, bezużyteczna. A na pewno jest uwzględniona w cenie smartfonu…

Aparat

Samsung Galaxy S20 został wyposażony w łącznie cztery aparaty – trzy z tyłu, zlokalizowane na „płycie indukcyjnej”, oraz jeden z przodu. Dla przypomnienia, podrzucam ich parametry poniżej.

  • aparaty tylne:
    • ultraszerokokątny 12 Mpix f/2.2, bez OIS
    • główny 12 Mpix f/1.8
    • telefoto 64 Mpix f/2.0
    • 3x zoom optyczny, 30x zoom cyfrowy
    • nagrywanie wideo UHD 8K w 24 fps, slow motion 960 fps w HD lub 240 fps w FHD
  • aparat przedni: 10 Mpix f/2.2

W swojej recenzji modelu Galaxy S20 Ultra 5G Kasia skarżyła się, że zdarzyło jej się od czasu do czasu mieć problemy ze złapaniem ostrości i zacznę może od tego, że ja tego nie uświadczyłem – być może to kwestia modelu, być może aktualizacji, która zdążyła pojawić się w międzyczasie. Ale skoro już się na nią powołałem, to podpowiem, że w tamtym tekście opisana została funkcja Jedno ujęcie, zaś nagrywanie wideo w 8K jest ciekawostką w takim samym stopniu. Czyli tylko ciekawostką i potwierdzam, że łapanie ostrości w tym trybie trwa wieki. Tych aspektów nie będzie zatem dublować. A jak Galaxy S20 radzi sobie z fotografiami? Podejdźmy do sprawy „modułowo” – wnioski na samym końcu ;).

Przedni aparat, przednia jakość

Niestety, ze względu na aktualną sytuację nie miałem zbyt wielu okazji, aby Samsunga Galaxy S20 zabrać na wycieczkę w jakieś atrakcyjne miejsce. Niemniej, udało mi się „cyknąć” to i owo, w związku z czym zdążyłem sobie wyrobić opinię na jego temat. Zacznę nietypowo, bo od aparatu przedniego.

Oczywiście o tyle, o ile zmiana kąta widzenia jest ledwie sztucznym przycinaniem, tak ten w ogólnym rozrachunku radzi sobie bardzo dobrze. Nie przywykłem do zwracania uwagi na te selfie, ale jakość tych rzeczywiście przyciągnęła moją uwagę w pewnym stopniu. Garść fotek, jakie wykonałem podczas testów, możecie podejrzeć poniżej – wybaczcie monotonię, ale ostatnimi czasy bywam głównie w domu ;).

Przyzwoity bokeh aparatów głównych

Odrobinę Waszej uwagi chciałbym przykuć do zdjęć skupionych na jakimś pierwszoplanowym obiekcie. Tym, co dosyć często wyróżnia bezlusterkowce czy lustrzanki od smartfonów, jest głębia ostrości. Te drugie bardzo często starają się wnieść ją sztucznie, co wygląda… różnie. Zerknijcie, jak Samsung Galaxy S20 radzi sobie z rozmywaniem tła. Kilka przykładowych „odbitek” poniżej.

0.5x kontra 1x kontra 3x, czyli wszystkie aparaty

Samsung Galaxy S20 oddaje nam do dyspozycji w zasadzie trzy aparaty. Wchodząc do samej aplikacji napotkamy zatem trzy ikony, które pozwolą wybrać nam kadr. To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że wszystkie zdjęcia wyglądają jak różne kadry z tego samego pliku. Nie zrozumcie mnie źle – w tym dobrym tego słowa znaczeniu. Odwzorowanie kolorów oraz balans bieli w przypadku wszystkich obiektywów wydają się być zbliżone na tyle, że nie mamy wątpliwości co do tego, że zdjęcia zostały zrobione jedno po drugim.

Po trzykrotny zoom sięgałem… bardzo często i wiele z bardziej lubianych przeze mnie zdjęć, jakie do domowej galerii wniósł Samsung Galaxy S20, pochodzi właśnie z niego. To tylko wstępny zestaw – więcej fotek znajdziecie poniżej przy okazji tematyki zoomu cyfrowego.

A co z zoomem cyfrowym?

Jeśli zdecydujemy się na zmianę aparatu, którym chcemy wykonywać zdjęcie, to Samsung Galaxy S20 podrzuci nam na chwilę listę przybliżeń – są to kolejne 0.5x, 1x, 2x, 4x, 10x, 20x, i 30x (nieco inaczej, maksymalnie 12, w przypadku wideo i trybu nocnego). Oczywiście wszystkie tryby, poza dwoma pierwszymi, operują już na zasadzie zoomu cyfrowego, niemniej poniżej możecie zerknąć na kilka fotografii zestawiających ze sobą zdjęcia jedno po drugim.

Pokuszę się o stwierdzenie, że zdjęcia o powiększeniach do 10x są jeszcze jako-tako czytelne, jeśli chcemy się czemuś przyjrzeć, ale powyżej to raczej tylko ciekawostka. O tyle wygodna, że w rogu aplikacji smartfon pokazuje nam, który z elementów całego obrazu właśnie przybliżamy, co umożliwia jako-takie złapanie kadru – bez tego ani rusz!

No dobra, oglądanie siedmiu zdjęć w większym natężeniu byłoby męczące. Poniżej macie parę zestawów składających się kolejno z obrazków z obiektywów wzbogaconych o fotkę z zoomu cyfrowego 30-krotnego.

64 Megapiksele – czy to ma sens?

Samsung Galaxy S20 w ekranie wyboru proporcji oraz rozdzielczości wykonywanych zdjęć podrzuca nam opcję „64 Mpx, wysoka rozdzielczość”. Osobiście niespecjalnie widzę użyteczność tej funkcji. Mnie przede wszystkim nie przekonuje to, że aparat potrzebuje dużo więcej czasu na złapanie ostrości (choć trzeba nadmienić, że to różnica w rodzaju „krótka chwila” zamiast „niezauważalnie szybko”), ale jednocześnie tracimy wszystkie opcje wnoszone przez oprogramowanie. Pomijam już fakt, że takie zdjęcia ważą 30-35 megabajtów.

Poniżej macie jednak porównanie malutkiego kadru z aparatu głównego robiącego zdjęcie w trybie 64 Mpix z analogicznym kadrem ze standardowego zdjęcia. Oczywiście różnica jest spektakularna, bo wybrałem śmiesznie mały obszar – miejcie to z tyłu głowy. Niemniej nie da się ukryć, że różnica jest i są sytuacje, w których w związku z tym tryb 64 Mpx może się przydać.

Tryb nocny

Domyślnie, kiedy mamy do czynienia z ciemną scenerią, Samsung Galaxy S20 automatycznie zaproponuje odpowiednie wydłużenie czasu naświetlania, choć to nie to samo, co „Tryb nocny”. Mam co prawda wrażenie, że czasami ten pierwszy przynosi lepszy rezultat, ale to również możecie ocenić sami. Ja jeszcze tylko podpowiem, że przycisk migawki ładnie animuje się pokazując ile czasu jeszcze zostało do końca wykonania zdjęcia, co jest całkiem przyjemnym indykatorem tego, że nic się nie zacięło.

Wcześniej pojawiło się już kilka zdjęć nocnych, ale poniżej macie trochę lepszą galerię porównawczą – drugie zdjęcie z każdej pary zostało wykonane z pomocą trybu nocnego. A tak swoją drogą – jak widać na przykładzie stosu drewna, z pustego to i Galaxy S20 nie naleje.

To jak jest z tymi aparatami?

Ogólnie rzecz ujmując, jestem bardzo zadowolony z jakości zdjęć wykonywanych za pomocą Samsunga Galaxy S20, choć pojedyncze z nich są one nieco przekolorowane – na przykład widoczne wcześniej bułki są ewidentnie zbyt nasycone i na fotografii wyglądają wręcz na lekko przypalone, choć w rzeczywistości takie nie były (wiem, że to niewybitnie artystyczny obrazek, ale chcąc się pochwalić domowym wypiekiem zauważyłem ten efekt ;)).

Niemniej jednak same zdjęcia są naprawdę ładne i po prostu cieszą oko. Nie zauważyłem na nich żadnych rzeczy, których należałoby się przyczepić, a wprawna ręka i oko w połączeniu ze smartfonem na pewno będą w stanie ustrzelić parę rewelacyjnych ujęć. Balans bieli jest poprawny, na ogół kolory wyglądają „w sam raz” (czyli są efektowne, ale nadal mieszczą się w ramach naturalnych) i zasadniczo nie do końca jest do czego się przyczepić – pojedyncze przypadki przebarwień jestem w stanie przełknąć bardzo, bardzo łatwo. Najlepiej będzie jednak, jak sami wyrobicie sobie zdanie na ten temat – myślę, że zdjęć było chyba wystarczająco.

Podsumowanie

Za punkt wyjścia do oceny smartfonu przyjąłem ocenę 10/10 – czyli zasadniczo ocenę, na jaką powinien zasługiwać flagowiec idealny. Specjalnie nie odejmuję punktów za bycie najmniejszym, nie topowym przedstawicielem rodziny – to byłoby krzywdzące, a wtedy najwyższą notę zawsze musiałby otrzymać wariant najlepszy, najmocniejszy. Pozostawmy miejsce dla preferencji użytkownika ;).

Zdecydowałem się jednak na odjęcie pół punktu za coś bardzo zbliżonego, bo za trochę niefortunne gabaryty urządzenia. Nie za to, że Galaxy S20 jest za mały, ale za to, że jako najmniejszy przedstawiciel rodziny nadal nie jest mały. Za znacznie bardziej rozsądny układ uważam zeszłoroczne zróżnicowanie (5,8″ + 6,1″ + 6,4″) niż aktualne, tj. 6,2″ + 6,7″ + 6,9″. Oczywiście rozumiem, że smartfonowe wyświetlacze rosną, ale zwróćcie uwagę na rozstrzał – naprawdę przy trzech przedstawicielach flagowej rodziny musiało to tak wyglądać? Raz jeszcze podkreślę, że nie odejmuję tu punktów za bycie przedstawicielem małym, a raczej za nieperfekcyjne wpasowanie się w moją wizję najmniejszego flagowca z całej rodziny.

Samsung Galaxy S20+ to poważny kandydat do miana najlepszego flagowca (recenzja)

Kolejne pół punktu leci za niski czas pracy na baterii. Choć pojemność akumulatora wydawała się względnie przyzwoita (4000 mAh – rok temu najmniejszy przedstawiciel galaktycznej rodziny miał 3400 mAh, a największy – 4100 mAh), to Galaxy S20 zdecydowanie zbyt często woła o podłączenie do prądu. W sieci pojawia się sporo doniesień, że flagowiec wyposażony w układ Snapdragon 865 radzi sobie wyraźnie lepiej… O tym, jak kiepsko Screen on Time wypada w przypadku użytkowania 120 Hz nawet nie będę mówił – to uwzględnia następny „karniak” ;). Mam jednak nadzieję, że Samsung trochę zapanuje nad tym w następnych aktualizacjach.

Kolejne pół punktu chciałbym odjąć za pewną „kombinację” wad. Wlicza się w to przede wszystkim nagrzewanie się urządzenia przy bardziej intensywnej pracy, ale również brak wykorzystanego potencjału 120 Hz. W pewnym sensie również to, że trzeba naprawdę się postarać, żeby przeklikać się przez opcje zmiany rozdzielczości czy częstotliwości odświeżania. Znacznie mniej przeszkadzałoby mi, gdyby dało się o tym manipulować w sposób szybki i wygodny, ale o tym mówiłem już wcześniej.

Oczywiście odejmowane „półpunkty” są w pewien sposób symboliczne, niemniej to właśnie 8,5/10 jest oceną, którą uważam za uczciwą w przypadku Samsunga Galaxy S20. Nie zmienia to faktu, że to rewelacyjny, w pełni flagowy smartfon, z którego bardzo miło mi się korzystało. Ostatecznie jednak musimy mieć z tyłu głowy, że jako najtańszy przedstawiciel rodziny Galaxy S20 i tak kosztuje cztery tysiące złotych.

Jeszcze w podsumowaniu chciałbym odnieść się do wyników benchmarków… Powiem szczerze – nie wiem, co o tym sądzić. Może to zostanie poprawione w następnej aktualizacji? Może to tylko mój egzemplarz? Może jakaś zmiana w liczeniu punktów, albo do pomiarów powinienem był przełączyć ekran w tryb 120 Hz? A może Samsung Galaxy S20 tak po prostu ma? Ze względu na to, że cyferki te nie do końca odnajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości, pozwolę sobie nie odejmować za to punktów, ale miejcie to, proszę, z tyłu głowy.

Spis treści:

1. Design. Wyświetlacz. Działanie, oprogramowanie
2. Audio. Biometryka. Czas pracy. Aparat. Podsumowanie

Samsung Galaxy S20 – najmniejszy z serii, choć wcale nie mały (recenzja)
Wnioski
Ocena użytkownika0 głosów
0
Zalety
jakość zdjęć
jakość audio
świetny wyświetlacz AMOLED z odświeżaniem 120 Hz (choć trudno korzystać z pełni jego potencjału...)
ogólne działanie
nakładka One UI
wzornictwo
pastelowy kolor, który pięknie się mieni, a jednak jest subtelny (ale trzeba chcieć różowy smartfon ;))
IP68
dual SIM (hybrydowy, ze slotem na kartę SIM)
szybkie ładowanie
ładowanie indukcyjne (w tym zwrotne)
Knox
Samsung DeX
Wady
rozmiar - ni to smartfon duży, ni to smartfon mały
niezadowalający czas pracy na baterii, zwłaszcza w trybie 120 Hz
nagrzewanie się podczas intensywnej pracy
wystająca "wyspa" z aparatami
flagowiec kompletny, ale nie zaszkodzi odrobina dopieszczenia
8.5
OCENA

Reklama