Dawać mi tu moją aktualizację!

Od kiedy kupiłem pierwszego smartfona, w moim życiu pojawił się problem aktualizacji. Czy systemu, czy aplikacji. Koniecznie trzeba mieć najaktualniejszą, najostatniejszą wersję. Bo bezpieczniej, lepiej, wydajniej… Bo to konieczne! Oh, really?


Każdy z nas miał zapewne lepsze lub gorsze przygody z aktualizacjami na urządzeniach mobilnych (i niemobilnych). Przyjaciel skarżył się ostatnio na to, że po zaktualizowaniu swego Galaxy Taba 2 wszystko działa na nim znacznie gorzej i wolniej i gdyby miał czas to wróciłby do poprzedniej (ponoć gorszej, skoro pojawiła się aktualizacja) wersji. Znajomy ajfonista zaś rzucał gromy na Facebooku po aktualizacji iOS do wersji 8, która uczyniła jego iPada czymś, co do tej pory wyszydzał – tabletem o wydajności androidopodobnej. Z drugiej strony w moim LG G2 od nowości i w poprzednich wersjach Androida ponoć ludziom coś piszczało w słuchawkach, a po którejś z rzędu aktualizacji przestało piszczeć.

Cóż. Mnie nie piszczało. To nie mam się z czego cieszyć.

Oczywiście aktualizacja to naprawi

Pierwszym smartfonem, jaki miałem, był HTC Wildfire. Ekran o wielkości 3,2 cala i 125 ppi oraz procesor lekko ponad 500 MHz – literki składały się na nim z małych kwadracików, wczytanie czegokolwiek na przeglądarce kojarzyło mi się z czasami, gdy słuchałem doom metalu (w tej muzyce pomiędzy jednym uderzeniem perkusji a drugim można iść do toalety a po wyjściu zrobić sobie herbatę). Z internetowego pakietu 1 GB najwięcej udało mi się kiedyś zużyć 700 MB – a i tak przez większość czasu widziałem w przeglądarce pustą stronę, na którą coś się niby ładowało, ale co, to cholera wiedziała.

Ten Wildfire posiadał Androida 2.2.1. Na forach internetowych czytałem o różnych magicznych sposobach na to, jak przyspieszyć tego fona. Załadować nieoficjalny mod, w którym przetaktowuje się procesor, zwiększa ilość dostępnego RAMu, zmniejsza ilość ładowanych bitów i bajtów. Ludzie pisali, że śmigał. Że mieli na nim Androida 2.3, 3, a nawet 4. ŚMIGAŁ. Niesamowite. Moim zdaniem Wildfire mógł śmigać tylko przez chwilę, na przykład zrzucony z 10 piętra na beton.

Czekałem wówczas na aktualizację, która coś zrobi z jego żółwieniem się. Nie wierzyłem w to, że producent może wypuścić smartfon, który każe czekać 10 sekund na pojawienie się klawiatury ekranowej po tapnięciu w pole treści SMSa – i nie naprawić go za pomocą paczki nowych sterowników czy innych sztuczek. Aktualizacja bowiem, od czasu Windowsa XP, jawiła mi się jako łatka na system, poprawiająca jego działanie, naprawiająca błędy, łatająca dziury. Lepiej lub gorzej, ale jednak.

Nie doczekałem się żadnej łatki. Więc kupiłem nowy sprzęt. Lepszy, szybszy, wydajniejszy. Prawdziwy potwór przy Wildfire – HTC One S: dwa rdzenie po 1,7 GHz. Wow. Było jak przesiadka z roweru treningowego z dociśniętym hamulcem na kolarzówkę zjeżdżającą z górki. Nagle zaczęło mi brakować pakietu internetowego, bo okazało się, że przy szybkim wczytywaniu zacząłem go naprawdę zużywać. Było pięknie. Cudownie. Jak w bajce.

Do czasu, gdy po roku znów nie zacząłem czekać na pojawienie się klawiatury ekranowej. Tylko że tym razem One S nie był od nowości zmulony. Zmuliły go aktualizacje. Facebooka, Twittera, Gmaila, Flipboarda, Feedly… i innych. Stał się jak wózek wiozący tonę cegieł. Wółzek. Niby szybki, ale powolny. Reset pomoże, nieprawdaż? Proszę bardzo. Po zaktualizowaniu wszystkich tych niezmiernie ważnych programów zainstalowanych domyślnie, jakichś trybów dziecięcych, jakiś akcji giełdowych i innych śmieci sytuacja się powtarzała. Hmm. Aktualizacje systemu miałem chyba trzy. I żadna z nich nie przyspieszyła urządzenia. Żadna nie uczyniła życia z nim znośniejszym. Nie wywaliła czegoś, czego nikt nie używał, nie zwolniła RAMu. Owszem, miałem więc najnowszą wersję aplikacji do słuchania radia internetowego, której zupełnie nie potrzebowałem, oraz najnowszy skrót do katalogu gier, z których nie chciałem korzystać, oraz demonstracyjną wersję jakiś map, których… Również nie potrzebowałem. Miałem za to coraz wolniejszy i ociężały sprzęt.

Mam też w domu tablet z Androidem 4.0, porządną, ciężką deskę do krojenia serów wielkości 10 cali, który służy mi w zasadzie tylko po to, by spróbować na nim coś zrobić, a następnie po godzinie wszawych paciorków wyłączyć go i zrobić to na smartfonie lub PC. Sprzęt absolutnie nie do pracy i nie do internetu nawet golutki, bez żadnych aplikacji. Producent owszem, obiecał aktualizację, ale… Nigdy żadnej nie wypuścił. Albo inaczej – aktualizacja jest, ale w innym, droższym tablecie tej serii. Więc mam wybór. Albo sobie kupię następny, albo… Będę się męczył z tym. No to się męczę (patrzeniem na niego, jak leży).

No tak, bo to Android przecież

Powiecie, że to wina Androida? Pewnie tak, ale miałem też przygodę z jeszcze jednym HTC (ale serio, wcale nie hejtuję) wyposażonym w Windows. Ten pokazywał dostępne aktualizacje systemu, które wedle opisu w sieci miały m. in. poprawić błędy obsługi pamięci. Niestety, nie mógł ich zainstalować z powodu… Braku pamięci. Nawet po resecie dokumentnym. Aktualizacja mająca naprawić błąd nie mogła się zainstalować z powodu błędu, który miała naprawić. Czysty Monty Python IMHO.

W zeszłym roku w kwietniu zaś trafił mnie wyjątkowy błąd aktualizatora Windows 7. Traf trafem akurat wtedy, gdy szacowna małżonka potrzebowała PC do obróbki i konwersji wideo. A tu aktualizacja (krytyczna) zrobiła mi BSOD. Odtwarzanie systemu z kopii bezpieczeństwa okazało się o tyle pechowe, że w kopii aktualizacja też już była, a akurat poprzednie wyrzuciłem. Więc… Format c i zabawa. Po tej aktualizacji wyłączyłem w nich automatykę i instaluję je po około tygodniu od pojawienia się. Nauczony doświadczeniem, że Microsoft pechową aktualizację KB2823324 wycofał dopiero po kilku dniach i tysiącach niecenzuralnych słów w dziale supportu. A załatał ją chyba jeszcze tydzień później.

Co robią w piekle? Instalują mody…

Pewnie połowa z Was zaczęła pukać się w głowy już po pierwszych 800 znakach tego felietonu i mówić – NO PRZECIEŻ CYMBALE JEST CYANOGENMOD, są inne mody-srody, rooty-druty i unblocki. Że można to tak zrobić, że nie traci się gwarancji, że to jest proste jak budowa cepa bojowego i sam jestem sobie winny, jak żem cyfrowy lemming.

I wiecie co? Raz się w to zabawiłem na tym nieszczęsnym Wildfire. Raz.

Spędziłem wiele godzin na forach, łamałem sobie głowę próbując wybrać wersję moda (każda obarczona jakimiś błędami). Instrukcję składałem sobie z trzech, a żadna w końcu nie odpowiadała temu, co się działo w trakcie. Proces przyprawił mnie o spory stres związany z obawą uceglenia oraz przeogromny zawód, gdy okazało się, że pomimo sukcesu fon wcale nie był szybszy a możliwość wyczyszczenia go do zera z niepotrzebnych rzeczy nie dała zupełnie nic (poza zadowoleniem z idei posiadania kilkunastu megabajtów pamięci więcej).

Cała kołomyja związana z wgrywaniem modów na urządzenia mobilne (oj, będzie hejt) nieodmiennie kojarzy mi się z tym, co nazywa się “środowiskiem linuksiarzy” – jest to dla mnie grono ludzi, którzy faktycznie wiedzą o linuksie wszystko lub prawie wszystko, najczęściej też są oni po prostu programistami i wszystko jest dla nich proste i logiczne. Z przygód zawodowych wiem, że to, co proste i logiczne dla programisty najczęściej jest kompletnie niezrozumiałe i totalnie zagmatwane dla zwykłego człowieka. I tak, jak do książek Marqueza trzeba idealnego czytelnika z idealną bezsennością, tak do (większości) modowań tabletów i smartfonów trzeba idealnego superusera, który 10 godzin dziennie siedzi na forach, na śniadanie zjada kanapki które sam napisał w Ruby czy innym Perlu, a komunikat fatal error kernel panic powoduje, że po prostu jak zawsze naciska ekran w sekretnej kolejności w 78 tajemniczych punktach i system wstaje jak nowo narodzony.

A na poważnie – oczywiście są mody proste i idiotoodporne (czyli dla mnie w sam raz), ale… To nie tędy droga. Ja, moja teściowa, moja małżonka czy mój kot nie powinniśmy opanowywać biegłości podmieniania systemu, odblokowywania roota i innych magicznych sztuczek – człowiek kupując smartfona czy tablet nie kupuje zestawu DIY, a urządzenie, co do którego producent obiecuje, że będzie działało sprawnie bez jakiejkolwiek wiedzy technicznej usera. Zastanówmy się, czy wielbilibyśmy rewelacyjność odkurzacza czy pralki, gdyby konieczne było co pół roku podłączać do nich kabelki, usuwać software, wgrywać nowy i np. konfigurować obroty silnika? I bać się, że przez pomyłkę lub złośliwość jakiegoś internauty uceglimy sobie sprzęt? Że stracimy gwarancję i w te pędy będziemy lecieć do sklepu po nowy? Jeśli zmywarka zaczyna źle zmywać – zmieniamy tabletki do zmywania. Jak robi to dalej – odsyłamy ją do reklamacji. Zmywarka, pralka, samochód, lodówka, suszarka, lokówka – te urządzenia mają prawo się popsuć, ale nie mają prawa działać coraz gorzej, coraz wolniej z powodu… Błędów czy niezoptymalizowania systemu. Gdyby budzik jakiejś firmy zaczął się spóźniać z powodu niesłychanie ważnej dla jego filozofii działania operacji stałego aktualizowania siebie i czasu przez internet, to zmieniłbym go na nieaktualizujący. I nie spóźniający się. Proste?

Po co aktualizować skoro działa dobrze?

Wiele osób z mojego otoczenia (nie liczę “geeków” oraz siebie) w ogóle nie aktualizuje aplikacji w smartfonach i tabletach. Niegdyś spowodowane było to np. brakiem wystarczającego pakietu internetowego – bądź, co bądź, takie dwie – trzy duże aktualizacje Google czy Facebooka potrafią zjeść 200 MB. Ale obecnie większość ma albo duży pakiet, albo WiFi. Więc dlaczego nie aktualizują?

Bo wszystko działa po aktualizacji gorzej. Zawsze.

Tak twierdzą znajomi, a ja jestem zmuszony się z tym zgodzić. Nowe wersje powodują powstawanie nowych błędów, które łatają następne wersje. Nowe wersje zawierają dodatkowe funkcje, które nie są w większości nikomu do niczego potrzebne (kto pamięta casus Winampa?) i nagle okazuje się, że ktoś mówi – cholera, niepotrzebnie to zainstalowałem, wszystko popsułem, więc, jeśli tego jeszcze nie zrobiłeś, to NIE AKTUALIZUJ!

Taka np. domyślna wersja Twittera na moim smartfonie działa znacznie szybciej, niż najaktualniejsza, najnowsza. I generuje mniej błędów. Aplikacje z wersji na wersję zmieniają rozkład przycisków, dokładają reklamy, wymagają więcej zgód na dostęp, a przy okazji działają coraz wolniej, potrzebują coraz więcej zasobów. Aktualizacje systemu też najczęściej nie spełniają oczekiwań – ci, którzy czekają na poprawę istotnych dla nich błędów, otrzymują poprawki jakiś notatników, latarek czy czytników kodów kreskowych. Moja teściowa, które aktualizowałem smartfona, w jednej poprawce dostała jakąś aplikację do oglądania mistrzostw świata, a w drugiej… usunięcie tej aplikacji (bo już po mistrzostwach).

Nawet ktoś, kto jest w ogóle nie techniczny, patrząc na takie rzeczy zaczyna się drapać w głowę i powie – na cholerę mi to?

Cukrzycy czekający na lizaka

Ale czekam na Androida 5.0 Lollipop na moim LG G2. I mnogość informacji o tym, że ten czy tamten sprzęt już go ma powoduje u mnie wzrastająca frustrację. Co prawda jestem raczej pewny, że ją dostanę (nie tak, jak z HTC One S, który po wielu zapowiedziach że otrzyma Kit Kata nagle okazało się, że go nie dostanie), ale… Jestem wręcz pewien, że poza Material Designem, nowymi tapetami, zmienioną kolejnością czegośtam w czymśtam tak naprawdę nie będzie w nim nic, co spowoduje, że powiem – kurczę, na to czekałem! Nie zmniejszy się obciążenie RAMu, nie zmniejszy istotnie zużycia baterii (przez “istotnie” rozumiem, że w moim standardowym działaniu potrzyma dwie-trzy godziny dłużej, nie zaś, że w spoczynku, bez sieci). Mój smartfon nie odżyje nagle, jakby dostał świeżego powietrza w płuca, tylko dostanie nowy puder na twarz i nowy cień na oko. I może nowe sandałki.

Aktualizacja ta nie spowoduje, że mój fon stanie się znów nowy i nie będę coraz bardziej łapczywie patrzył na LG G3, czy inne flagowce. Nie. Ona jest głównie po to, by firma mogła powiedzieć – patrzcie, dbamy o Was, macie nowego Androida. Choć on wcale nie będzie najnowszy, wszak jest już i lizak 5.01, i 5.02… A nawet 5.1. W Indonezji. Za to zapewne zaraz znajdę jakąś aplikację, która nie będzie chciała z Lollipopem współpracować. Znów będę musiał poświęcić czas na szukanie jej równie dobrego odpowiednika. Znów będę musiał stracić czas. Być może znów zrobić reset, czyli znów robić backupa potem wszystko konfigurować o d nowa… I znów weekend pójdzie się… Wiecie co i gdzie.

Ale mimo to wszystko, mimo tego, że jestem marudą i zrzędą i nie wierzę w aktualizacje tak samo, jak nie wierzę w UFO w Roswell czy niepokalane poczęcie, czekam na Androida 5.0 jak dziecko liżące cukierek przez szybę. Jak wielu z Was, jestem chory na aktualizacje, wymagam ich, pożądam, bez nich czuję się opuszczony, niekochany, jak amant porzucony w walentynki, z tak niezaktualizowaną, tak szarą i nijaką miłosną, elektroniczną kartką wielkości 5, 7 czy 10 cali w ręku.

Exit mobile version