Back to 1998 – recenzja staroszkolnej przygódówki point&click, która będzie mi się śnić po nocach

Lubię czasem odskoczyć od dużych produkcji AAA i zagrać w coś małego, nietypowego, ale z ogromnym potencjałem. Taka też była dla mnie gra „Back to 1998”, autorstwa warszawskiego studia „Bold Pixel”, założonego w 2018 roku. Ich strona głosi, że uwielbiają stare, ale jare, ośmiopikselowe gry. No, a „Powrót do 1998” jest przykładem staroszkolnej przygodówki „point&click”, które kiedyś rozchwytywano na każdym kroku. Czy ten powrót zakończył się nutą ekscytacji? Czy warto było szaleć tak? Na te i wiele więcej pytań odpowiem już za chwilę, faktycznie wracając do dziecięcych lat.

Gra zachwyca już na samym początku swoją przystępnością. Kosztuje 35,99 zł (co wydaje się dość wygórowaną ceną), zajmuje raptem 30 MB na dysku (z czego instalator 18) i uruchamia się natychmiast, bez praktycznie żadnych ekranów ładowania (tylko logotyp producenta na początku). Od razu wita nas przyjemnym, męskim głosem narratora wprowadzającego do historii. Produkcja została w pełni zlokalizowana, jest dostępna także w języku angielskim. Główny bohater to zwykły, przeciętny „korpoludek”, który znowu zostaje w pracy po godzinach. No, ale przecież samo się nie zarobi, prawda? Wtem, do drzwi podjeżdża kurier, przywożąc tajemniczą paczkę. O tej porze? – dziwi się bohater. Przecież to nie ma sensu. Już na tym etapie przejmujemy kontrolę i możemy „wyklikać” całe otoczenie. Niektóre przedmioty zostały stosownie podpisane i możliwa jest, wzorem dawnych lat, jakaś interakcja z nimi.

Reklama
To jedna z minigier, z którą będziemy się zmagać – bardzo fajna swoją drogą

Klikam zatem na paczkę, aż tu nagle dostaję telefon od wściekłej żonki „dziś są urodziny Andrzeja, pamiętałeś? Gdzie Ty jesteś?!”. No i masz babo placek, w momencie otwierania nie zauważyłem rozsypanych na ziemi kulek, które ochoczo wyskoczyły z pudełka. Niewiele było trzeba, żeby wywinąć na nich orła. Stało się, uderzyłem z impetem głową o podłogę. Świat nagle zawirował, a ja całkiem straciłem rachubę. Po chwili budzę się… tylko… gdzie? Jak? Ale… przecież, zaraz, momencik. To mój pokój… Ale… Co jest? Jestem nastolatkiem? Rany, mam znowu 16 lat! Ale jak to się stało? Ktoś mi musiał czegoś dosypać do kawy, przecież to nierealne!

Miłe złego początki?

W taki „nietypowy” sposób rozpoczyna się właściwa historia i walka o powrót do teraźniejszości. Mamy zatem zmyślne nawiązanie do dziecięcych lat wszystkich współczesnych, dużo starszych już, fanów 8-bitowych przygodówek, którzy zagrywali się w nie będąc wtedy nastolatkami. Siedzimy przed komputerem, który… nie działa. Główny bohater nie zamierza wyjść z pokoju, póki nie zagra, więc musimy rozejrzeć się po pomieszczeniu i znaleźć jakiś sposób na naprawę. Szukamy, szukamy… dobra, mamy gumę. A tu się okazuje, że kabel od zasilania jest przegryziony przez… papugę. No dobrze, guma powinna pomóc. Działa! Ale w stacji dyskietek brakuje gry, więc… trzeba ją ściągnąć z szafy, z samej góry. Tyle, że to zbyt wysoko, nawet jakbym stanął na krześle. Co tu zrobić? Wiem, schowam się za zasłoną! Papuga wtedy poleci na szafę i strąci pudełko. Tak też się dzieje, gra wypada, my odpalamy ukochaną produkcję na kompie, a na ziemi ląduje za to… kulka. Których musimy znaleźć 16, by dobrnąć do oczekiwanego finiszu.

Uwaga na kota! No i na błędy językowe, których jest tutaj całkiem sporo.

Ktoś powie, że brzmi to banalnie i ma rację, ale… chodzi tutaj przede wszystkim o dobrą zabawę. Mamy tylko kilka lokacji. Nasz pokój, podwórko, kiosk, park, salon gier arcade czy salę gimnastyczną. Po wyjściu z domu wpadamy na… kota, który z nami gada! Mówi, o co chodzi z kulkami i co się tak właściwie wydarzyło. Potem zmagamy się z szeregiem zagadek do rozwiązania, w staroszkolnym stylu, biegając po każdej z lokacji i logicznie łącząc fakty ze sobą. Pierwsze zadanie? Skołowanie prezentu dla cioci. No dobrze, tylko… co jej kupić? Rozwiązaniem okazuje się buteleczka wykwintnego trunku. Jej zdobycie to już inna para kaloszy. Nie chciałbym Wam zdradzać przebiegu całej historii, bo warto ją samodzielnie odkrywać.

Dla fanów 8-bitówek to prawdziwy raj. Tutaj wszystko zostało zrobione na modłę tamtych czasów. Grafika to zlepek ogromnych, kolorowych pikseli, które w bardzo przyjemny dla oka sposób składają się w pełen świat gry. Główna postać, gdy nic nie robi, zapala szluga. Brakuje tu oczywiście oczu, mimiki twarzy, a kwestie wypowiadane przez ludzi są zwykłym „przytakiwaniem” i „jąkaniem”. Właściwe dialogi wyświetlają się za to w kwadratowych polach. Ma to swój urok. Interakcji ze światem nie ma zbyt wiele, w zasadzie gra sama prowadzi nas za rączkę. Możemy zrobić tutaj tylko tyle, ile zaplanowali twórcy, a jeśli spróbujemy połączyć dwa niewłaściwe przedmioty, to otrzymamy komunikat, że jest to „nie do zrobienia”, albo „nie da się”.

Sprawcy całego zamieszania – zwykłe, ładne kulki

Każdy kolejny krok przybliża nas do osiągnięcia sukcesu. Dużą zaletą są niewątpliwie minigry, z których jedna, w salonie gier arcade doprowadziła mnie do białej gorączki. Autentycznie, miałem ochotę wyrzucić komputer przez okno. Zmagałem się z tym, we współpracy z moją dziewczyną, przez blisko dwie godziny. W końcu poszło, ale to taki wyciskacz potu i łez, że miałem go dosyć. Mówię to z pewnym uśmiechem na ustach, bo jak zakładam, twórcom właśnie o to chodziło. Nawiązanie do zamierzchłych czasów jest konkretne i trafione. Niestety, nie udało mi się skończyć „Back to 1998”, bo… nie ma tu opcji zapisu. W pewnym momencie wyskoczył błąd krytyczny i cały postęp w rozgrywce mogłem wyrzucić do śmietnika. Rozczarowałem się, a drugi raz nie chciałem przechodzić przez te mordęgę. Może kiedyś…

Mówię tu o mordędze głównie ze względu na te minigrę, której ukończenie jest niestety wymagane, by popchnąć fabułę do przodu. Podoba mi się, że twórcy wracają do tamtych czasów na każdym kroku. No ale brak zapisu? To sprawia, że gra nie jest zbyt długa i przy dobrych wiatrach można ją ukończyć w dwie-trzy godziny (dlatego uważam, że cena jest nieco wygórowana). Główny bohater ma oczywiście kieszeń, do której wpadają wszystkie przedmioty. Chcąc wykonać daną interakcję, musimy zajrzeć do tej kieszeni, chwycić za daną rzecz i przeciągnąć ją na właściwe miejsce. Dla mnie bomba. Wymusza to kombinowanie, co do czego pasuje i w jaki sposób powinniśmy to wykorzystać. Szkoda, że rozwiązanie zawsze jest jedno – ba, nawet kolejność łączenia elementów musi być taka, jak zaplanowali to sobie twórcy.

Dawno już żadna gra mnie tak nie wymęczyła, jak ta…

Z dziennikarskiego obowiązku muszę jeszcze wspomnieć – nie ma tutaj żadnych opcji, gra uruchamia się w natywnej rozdzielczości ekranu, mając przy tym szalenie niskie wymagania (raptem 128 MB RAM, procesor x86 i jakaś grafika VGA). Niestety, mamy trochę błędów językowych i niedopatrzeń w dialogach (jak powyższe „ostrzeżenienie”), ale w ogólnym rozrachunku jest całkiem nieźle. Żałuję też trochę, że czasem mało jasne są kolejne kroki do podjęcia, co wymusza na nas logiczne myślenie, ale też błądzenie po omacku. Wiele z tych niedopatrzeń można jednak wybaczyć, bo Back to 1998 właśnie takie miało być i w tym największy jego urok.

Czy mi się podobało? Tak, z całą pewnością. To dobrze zrealizowana przygodówka, która przypomina wspaniałe lata młodości, gdy co druga gra była z gatunku „point&click”. Trudno się oderwać. Poza tym, Bold Pixel zadbało o ludzi grających na padach i na dotykowych wyświetlaczach. Przy klasycznym PC sterujemy za pomocą myszki, a minigierki obsługujemy klawiszami kierunkowymi. Prosto, łatwo i przyjemnie.

Stary dobry salon gier arcade – kiedyś to było

Mam teraz pewien kłopot z oceną, bo… z jednej strony ten tytuł przywraca wspaniałą końcówkę lat dziewięćdziesiątych. Z drugiej strony, przez błąd krytyczny, nie mogłem go ukończyć. Jest schematyczny, prosty i krótki. A przy tym nostalgiczny i multum rzeczy tutaj można wybaczyć. Niech to dunder świśnie.

AKTUALIZACJA (24.04.2019)
Zostałem bardzo mile zaskoczony. Napisał do mnie producent gry, Pan Kamil, który postanowił zweryfikować występujący błąd krytyczny i naprawić grę. W efekcie, stosowna łatka jeszcze wczoraj pojawiła się na Steam. Tym samym, wskazany bug nie powinien już nikomu zepsuć zabawy, a mnie udało się przejść Back to 1998 w całości. Doceniam takie działania i cieszę się, że mogłem pomóc przy rozwoju produkcji.

Back to 1998 – recenzja staroszkolnej przygódówki point&click, która będzie mi się śnić po nocach
Wnioski
Piękny powrót do młodzieńczych lat, który niestety nie ustrzegł się wad
Grafika
9
Poczucie nostalgii
10
Dialogi
7
Oprawa dźwiękowa
9
Fabuła
5
Warstwa techniczna
8
Rozgrywka
8
Stosunek cena/jakość
7
Ocena użytkownika0 głosów
0
Zalety
nostalgia
świetna, 8-bitowa grafika, taki prawdziwy pixelart
mnóstwo nawiązań do końcówki lat dziewięćdziesiątych
wymagające minigry
bardzo niskie wymagania sprzętowe
jest staroszkolnie pełną gębą - brak zapisu, ekranów wczytywania, brak opcji, odpalamy i gramy
kot!
Wady
błąd krytyczny, przez który nie mogłem ukończyć gry (błąd naprawiony!)
brak zapisu z jednej strony fajny, ale z drugiej... nie chciałem drugi raz do tego wracać
schematy, wszędzie schematy
krótka, ale taka miała być
dość wygórowana cena
drobne wpadki językowe
bardzo prosta fabuła
szkoda, że wszystko musimy robić dokładnie tak, jak zaplanowali to sobie twórcy
czasem nie ma jasno określonego, kolejnego kroku
7.9
OCENA