Trochę o antykonsumenckich zagraniach Apple na przykładzie dziwnie cichej afery przełącznikowej w MacBookach

Apple to temat rzeka, dlatego poruszanie go stanowi dla mnie lekkie wyzwanie. To nie tylko firma, produkująca różnego rodzaju urządzenia, a już pewien rodzaj kultu. O sprzęcie firmy z Cupertino powiedziano już wiele, ale mam wrażenie, że jest jedna rzecz, która zbyt często wydaje się być przemilczana. Chodzi tu mianowicie o duże niedoróbki techniczne i specyficzne podejście Apple do ich naprawy. Zapraszam Was w podróż, po której być może nigdy nie spojrzycie na sprzęt tejże firmy w ten sam sposób.

W poszukiwaniu ultrabooka idealnego

Przydałoby się lekkie wprowadzenie. Mianowicie od pewnego czasu rozpocząłem poszukiwania ultrabooka. Spowodowane jest to tym, że codziennie dojeżdżam i wracam z pracy łącznie przez około 2,5 godziny. Czytanie książek oraz granie na 3DS-ie wypełnia mi ten wolny czas, ale fajnie byłoby też obejrzeć sobie jakiś serial, albo co ważniejsze – zająć się czymś produktywnym i napisać jakiś tekst w trakcie podróży (Kasia zdecydowanie przyklaśnie, czytając te słowa).

Moje wymagania odnośnie takiego ultrabooka nie są przesadnie duże. Potrzebuję bowiem:

Musicie zatem przyznać, że moje oczekiwania nie są jakieś nadzwyczajne. Ta święta trójca to absolutna podstawa współczesnych komputerów przenośnych i jestem pewien, że wielu z Was ceni sobie wymienione wyżej cechy. Moje główne zastosowania takiego sprzętu? Pakiet Office, przeglądanie sieci, prosta obróbka graficzna i oglądanie filmów/seriali/innych materiałów wideo. Od całej reszty mam w końcu stosunkowo potężną jednostkę stacjonarną w swoim mieszkaniu.

Naturalnie więc nadeszła pora, że w trakcie przeglądania ultrabooków, natknąłem się na któregoś MacBooka. Urządzenie, za które Apple woła sobie przynajmniej 5500 złotych, bo z racji zachowania zdrowego rozsądku, zwyczajnie pomijam tu starożytną pod względem konstrukcji serię Air. Po zdecydowaniu się na produkt z „nadgryzionym jabłkiem”, otrzymałbym komputer w zupełności spełniający moje założenia, a przy tym MacBooki mają też całą plejadę zalet. Piekielnie szybkie SSD, świetne wyświetlacze czy pakiet uniwersalnego oprogramowania to tylko początek plusów. Nie muszę nawet wspominać o tym, że dzięki Apple otrzymałbym nowe, ciekawe doświadczenie, związane z użytkowaniem systemu operacyjnego, innego niż Windows.

Jestem jednak typem konsumenta, który jeśli planuje zakup, to zaczyna bardzo mocno badać dany produkt. W końcu powierzam dużą ilość pieniędzy na rzecz, od której oczekuję, że podziała przez najbliższe kilka lat. Alternatyw w przypadku MacBooków jako takowych nie ma, bo macOS siłą rzeczy na innym urządzeniu nie uruchomisz (poza Hackintoshami).

Pomyślałem sobie zatem, że warto poczytać opinie w sieci na temat komputerów Apple, ale poza samymi pozytywnymi od standardowych, niedzielnych użytkowników, wiele nie znalazłem. W tym natknąłem się na pełno wpisów na różnego rodzaju blogach/portalach, gdzie autorzy opisywali „technologiczne oświecenie”, jakich doznali jako świeży posiadacze MacBooków. Nic tylko kupować.

Nie wszystko złoto, co logiem jabłka się błyszczy

Po pewnym czasie znalazłem tekst w sieci, mówiący o wadliwych klawiaturach w nowych ultrabookach Apple. Wczytałem się w szczegóły, zobaczyłem podejście Apple do tego problemu i nagle czar prysł. W końcu jak to możliwe, że coś tak podstawowego w komputerze wartym 5500 złotych może zostać pokonane przez ziarenko piasku? Problemem dotknięte były wszystkie komputery z przełącznikami typu „butterfly”, czyli urządzenia chociażby z 2015 roku. Z jednej strony sprawa brzmi komicznie, z drugiej jednak wygląda to na tragiczny błąd inżynierów Apple. Takie niedopatrzenie powinno zostać poprawione praktycznie natychmiast. Nie podczas ukazania się następnej serii tychże ultrabooków, a na taśmie produkcyjnej kolejnej partii obecnej edycji.

Główny winowajca całego zajścia | źródło: idownloadblog.com

Apple, jak zresztą na Apple przystało, całkowicie odcinało się od tego problemu przez 3 lata. Oficjalnym rozwiązaniem na wystąpienia tej usterki było przedmuchanie klawiatury sprzężonym powietrzem. Jeśli to „jakimś cudem” (czujcie ten sarkazm) nie rozwiązało problemu, to jedynym wyjściem było już tylko udanie się do najbliższego punktu „Jabłka” i oddanie sprzętu na gwarancję.

Nie posiadasz takowej, albo nie jesteś członkiem drogiego programu Apple Care? Cóż, czeka wymiana nie pojedynczego klawisza, a całej górnej obudowy, której koszt wyliczono na 700 dolarów, czyli ponad 2000 złotych. Jesteśmy już blisko połowy wartości pierwotnie kupionego komputera.

Dobra, przypuśćmy jednak, że jesteś na tyle odważny i spróbujesz naprawić ten problem sam. Szczerze? Życzę powodzenia. Proces wymiany klawiatury na własną rękę wymaga użycia specjalistycznych narzędzi i… odczepienia baterii na stałe przydzielonej do maszyny, podobnie zresztą, jak i płyty głównej. Teraz pozostaje dosłownie wyrwać stare przyciski, pozbyć się pozostałych po nich gwintów, a następnie przyczepić nową klawiaturę, wartą na zachodnich aukcjach przynajmniej 200 dolarów. Potem znowu trzeba przytwierdzić wcześniej odklejone komponenty i wreszcie modlić się, że maszyna się uruchomi. Ten proces trwa kilka godzin, jest piekielnie bolesny i nie gwarantuje sukcesu… a wystarczyłoby, żeby inżynierzy Apple dali jakiś prostszy sposób na wymianę poszczególnych klawiszy, co u innych producentów jest normą od wielu lat.

Apple w końcu uległo i krótko po otrzymaniu pozwu zbiorowego w temacie klawiatur motylkowych, ruszyło ze swoim programem wymian tychże wadliwych elementów. Przypominam, mamy rok 2018, więc minęły aż 3 lata od premiery pierwszych switchy „butterfly” i jakieś ponad 1,5 roku od nagłośnienia całej sprawy. W tym czasie Apple nie przyznawało się do istnienia problemu i zmusiło wielu sfrustrowanych nabywców do wydania kolejnych tysięcy na naprawę lub zakup zamiennego urządzenia.

Wyobraźcie sobie frustrację ludzi, którzy faktycznie wydali te pieniądze jeszcze przed pojawieniem się programu, czyli w czasach, kiedy producent ignorował istnienie tejże wady. To się nazywa dopiero dobre i transparentne podejście do swojego klienta.

https://www.tabletowo.pl/2018/06/23/wadliwe-motylkowe-klawiatury-apple-macbook-akcja-serwisowa/

Wydawałoby się, że nowa polityka Apple rozwiąże cierpienia wielu konsumentów… niestety, to jeszcze nie koniec historii. Jak się bowiem okazuje, program uwzględnia tylko maszyny, które mają na karku mniej niż 4 lata od momentu pierwotnego zakupu. Pierwsi nabywcy nowych MacBooków mają zatem jeszcze lekko ponad rok na ewentualne odesłanie swojego sprzętu w ręce firmy z Cupertino. Dodatkowo Apple wymienia wszystkie klawiatury na dokładnie takie same modele, więc problem ten prędzej czy później powróci… oby w trakcie trwania 4-letniego wsparcia.

Ostatnio Apple wypuściło odświeżone MacBooki Pro, których przyciski nie są skutecznie zabijane przez kurz czy ziarnko piasku. Wszystko to dzięki nałożeniu dodatkowej warstwy silikonu, przez którą brud nie jest w stanie przedostać się do centrum przełącznika. Potrzeba było zatem 3 lata, żeby załatać tego rodzaju lukę w tak banalny sposób.

Dodatkowo starsze ultrabooki, objęte programem wymiany, nie otrzymają nowych wersji klawiatur z cienką gumką (tutaj, w ostatnim akapicie, macie potwierdzenie). Zamiast tego firma z Cupertino woli bawić się w ciągłą wymianę wadliwych elementów na te, które w dalszym ciągu są po prostu tykającą bombą.

Klawiatura motylkowa to tylko jeden z przykładów

Głównym problemem całej afery jest to, że producent MacBooków nie umie przyznać się do błędu. Wystarczyło pozostać szczerym ze swoimi klientami i błyskawicznie zapewnić naprawę, zamiast przeciągać temat przez 3 lata. Przełączniki „butterfly” to absolutna porażka na linii technicznej, przez co cierpi bardzo duży procent użytkowników. Dla mnie praktyki tego typu to podstawa do założenia na Apple potężnej sprawy sądowej, a ostatecznie narzucenia równie odczuwalnych kar finansowych za świadome „postarzanie” swojego produktu.

Czy Tim Cook i spółka je otrzyma? Oczywiście, że nie. Inni producenci już dawno widnieliby na czarnej liście wielu osób, ale w przypadku sprzętu Apple to zjawisko zwyczajnie niemożliwe. Użytkownicy tych urządzeń są bardzo oddani marce i prędzej widzę ich w kolejce po kolejny egzemplarz danego produktu niż jako wojowników walczących z niesprawiedliwością sianą przez firmę z Cupertino.

Ktoś pomyśli, że przesadzam i eskaluję pojedynczy problem głupich przełączników, bo „to teraz modne jechać po Apple”. Nic bardziej mylnego, ponieważ podobnych, „technicznych wpadek” w historii tej firmy jest cała masa i praktycznie każdy MacBook z jakiejś serii miał mniejsze czy większe defekty. Były one rezultatem złego designu inżynierów giganta z Cupertino, słabej implementacji niektórych podzespołów i niedokładnie przeprowadzonych procedur testowych.

Tych problemów jest cała masa i jeśli chcecie znać szczegóły, to polecam przejrzeć kanał Louisa Rossmanna na YouTube – osoby profesjonalnie zajmującej się naprawą MacBooków. To istna kopalnia wiedzy, bo w końcu kto, jak nie serwisanci wiedzą najwięcej o awaryjności danych komponentów.

źródło: ifixit.org

Przełączniki „butterfly” to tylko wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o anty-konsumenckie zagrania Apple na rynku elektroniki. Firma z Cupertino odmawia często napraw swoich urządzeń, nawet tak drogich, jak iMac Pro, którego cena zaczyna się od 24 tysięcy złotych. W tym samym momencie prawnicy Tima Cooka niesłusznie ścigają wiele zewnętrznych serwisów technicznych, z kolei tym certyfikowanym zwyczajnie utrudnia się życie.

Apple robi po prostu wszystko, żeby ich sprzęt był trudniejszy do naprawy, a do tego malała również liczba osób, skorych podjąć się tego typu czynności. Widać, że celem tego technologicznego giganta jest zmuszenie swoich konsumentów do zakupu zupełnie nowego egzemplarza produktu. A pragnę tu tylko przypomnieć, że cały czas mówimy o sprzęcie klasy premium.

Chciałoby się powiedzieć – quo vadis, Apple?

Nie, nie oceniam produktów Apple. Nie, nie atakuję również sprzętu Tima Cooka i wesołej zgrai. Myślę, że Maci oraz MacBooki to naprawdę świetne urządzenia, które mają wiele przewag nad podobnie wycenionymi komputerami z Windowsem. Oceniam za to wsparcie techniczne firmy i jej praktyki odnośnie ewentualnych problemów z komputerami. Te u Apple często wołają o pomstę do nieba i są zwyczajnie anty-konsumenckie.

Jestem bardzo dobrze świadom tego, że urządzenia innych producentów też się psują. To normalne, że każdy produkt boryka się z mniejszym czy większym problemem, bo ideałów zwyczajnie nie ma. Różnica między działaniem Apple, a konkurencji jest jednak spora. Lenovo, HP czy Dell nie utrudnia życia swoim serwisantom, zaś same części wymienne kosztują u nich akceptowalne pieniądze.

Dużo dokumentów, tłumaczących naprawę poszczególnych komponentów, można też znaleźć w sieci, więc tym samym warto nawet pokusić się o próbę „uleczenia dolegliwości” na własną rękę. Wspomniana trójka producentów jest też w stanie wypuścić na rynek laptop tańszy, przynajmniej dwukrotnie, od komputera Apple i zadbać o to, żeby ten miał działającą przez kilka lat klawiaturę.

Jak zatem zapewne się domyślacie, nie zdecyduję się na zakup MacBooka w najbliższym czasie. Nie zamierzam wspierać firmy kultywującej tego typu praktyki. Za kilka lat oczywiście mogę zmienić zdanie, bo może będę potrzebował skorzystać z pakietu oprogramowania dostępnego wyłącznie na macOS. Kto wie? Ciężko przewidzieć przyszłość, choć jednego jestem pewien – zła polityka Apple względem swoich konsumentów jeszcze szybko nie ulegnie zmianie. Historia pokazuje, że tego typu zagrywki uchodzą Timowi Cookowi płazem, więc na nagłą poprawę nie ma co raczej liczyć.

grafika główna: 9to5Mac

Exit mobile version