EA

Pogadajmy o grach: Alice: Madness Returns. Zapraszamy na nowy cykl cotygodniowych felietonów

Cześć, Czytelnicy! Przed Wami nowy cykl cotygodniowych felietonów, w których będę Wam opowiadać o aktualnie ogrywanych przeze mnie tytułach – tych starszych i nowszych. Dowiecie się z nich zarówno ciekawostek o danej produkcji, jak i moich subiektywnych wrażeń z rozgrywki. Będzie trochę merytorycznej paplaniny, odrobina recenzji i szczypta interesujących szczegółów. Dzisiaj na ruszt wrzucimy Alice: Madness Returns – świetną grę akcji studia Spicy Horse, którą ukończyłem dzięki usłudze Xbox Game Pass dopiero 3 dni temu…

Szaleństwo w Krainie Czarów

Gdy udawałem się w swoją pierwszą podróż po pogrążonej w szaleństwie Krainie Czarów, wciąż zadawałem sobie jedno pytanie – dlaczego odpalam tę produkcję dopiero teraz? Od premiery Alice: Madness Returns minęło przeszło 10 lat, a ja – choć o samym tytule swego czasu sporo słyszałem – to nigdy nie wydawał mi się on szczególnie interesujący. Oj, tak bardzo się myliłem.

Lewis Caroll byłby zachwycony

Zacznijmy od początku. Alice: Madness Returns to trzecioosobowa gra akcji z elementami platformówki, w której wcielamy się w tytułową Alicję. Jest to bezpośrednia kontynuacja pierwszej części z 2000 roku. Nie będzie to jednak jedna z wielu cukierkowych historii, jakie znamy z bajek Disney’a czy książek Lewisa Carolla. Twórcy pobawili się bowiem konwencją i, z klasycznej opowieści o dziewczynie przemierzającej Krainę Czarów, uczynili nietypową historię o bohaterce zmagającej się ze schizofrenią.

Już po samym włączeniu gry wita nas niezwykle klimatyczny soundtrack, nasuwający skojarzenia rodem z psychodelicznego thrillera. Oprawa audiowizualna odgrywa zresztą kluczową rolę w budowaniu napięcia – zapętlone sekwencje soundtracku skutecznie wprowadzają poczucie nieustannego niebezpieczeństwa i odbijają się echem w głowie na długo po wyłączeniu gry. Z typowo bajkowej grafiki ulepiono coś z pogranicza horroru. Jest mrocznie, szaro, brudno i groteskowo zarazem.

Zaprojektowane modele postaci przerażają swoją karykaturalną formą i wpasowują się w kompozycje poszczególnych lokacji. Przyznam szczerze, że pomysłowość twórców w tym obszarze powaliła mnie na kolana. Nie mogłem wyjść z zachwytu nad formą stworzonego świata, który – pomimo prostej budowy – aż chce się eksplorować i przemierzać.

Od początku intrygował mnie też pomysł pokazania Alicji w krzywym zwierciadle. Oto urocza i niewinna dziewczynka, którą pamiętałem z bajki z 1951 roku, została ogołocona z wszelkiej wrażliwości, a fantastyczny świat, który w dzieciństwie pokochałem, stał się synonimem krwawego szaleństwa. Potrzebowałem kilkunastu minut, by wiedzieć, że spędzę z tą grą najbliższych kilkanaście godzin.

Bez spoilerów o fabule

Jak już wspomniałem – główna bohaterka cierpi na schizofrenię. Choroba uaktywniła się po tym, jak w tragicznych okolicznościach straciła rodziców. Alicja walczy o normalne życie (aż!) 10 lat i w końcu decyduje się na pomoc psychiatry. Ten z kolei wprowadza ją w stan hipnozy, co automatycznie przenosi naszą bohaterkę do Krainy Czarów.

Pierwsze lokacje w zaczarowanym świecie wyglądają raczej przyjaźnie. Jest zielono i magicznie. Szybko jednak okazuje się, że podczas nieobecności Alicji, Kraina Czarów popadła w obłęd. Znane z bajki postacie toczą ze sobą krwawe boje, z podziemi wypełzają śmiertelnie groźne stworzenia, a cały magiczny świat gnije i rozpada się od środka. Wyposażeni w sporych rozmiarów nóż kuchenny i coś w rodzaju karabinu – wyruszamy przed siebie, by odkryć mroczną tajemnicę. Co ciekawe, sama fabuła ma nieliniowy przebieg.

Soulslike w Krainie Czarów

Przyznam szczerze, że straciłem nie jedną myszkę i nie jedną klawiaturę, wyrywając sobie jednocześnie włosy z głowy podczas ogrywania Soulsów i wydanego nie tak dawno Sekiro. Nie należę do cierpliwych graczy, toteż tego typu gry szybko mnie frustrują i tym samym nakręcają do kolejnych podejść.

Odpalając Alice: Madness Returns nie miałem o tej produkcji zielonego pojęcia. Miałem tylko świadomość, że taka gra istnieje, ale rozpoczynając zabawę, nie wiedziałem, czego się spodziewać.

Mechanika gry została oparta na fundamentach zręcznościowych. Większość czasu pokonujemy bowiem najróżniejsze przeszkody – od przepaści z lawą, po niezsynchronizowane ze sobą latające podesty. Tego typu zabiegi momentalnie skojarzyły mi się z grą Santa Claus in Trouble, na którą za dzieciaka bluźniłem, raz po raz spadając Świętym Mikołajem w otchłań wraz ze wszystkimi zebranymi prezentami.

W Alice: Madness Returns nie było inaczej. Mozolnie posuwałem się do przodu, przeklinając pod nosem na widok kolejnej złożonej pułapki czy przeszkody. Podczas rozgrywki często też zdarzają się elementy logiczne – dość proste łamigłówki w stylu „przesuń coś, żeby otworzyć przejście”. Najtrudniejsza jednak była walka…

Jak już wspomniałem, nasza piękna Alicja posiada wielkich rozmiarów kuchenny nóż, którym możemy kroić wrogów, a także dość mocną broń dystansową. Obie z nich możemy ulepszać, zbierając kryształki w kształcie zębów. Do dyspozycji mamy również kilka podstawowych ataków oraz akrobatycznych uników. Jak zapewne się domyślacie – jednych przeciwników pociachamy nożem, na innych wykonamy wyrok przez rozstrzelanie. W praktyce jednak wcale nie jest to takie proste.

O tyle, o ile uśmiercanie randomowych przeciwników nie stanowi większego problemu, tak walka z bossami jest nie lada wyzwaniem. Wygrana wiąże się z koniecznością rozpoznania sekwencji ataku danego przeciwnika i zastosowania odpowiednich kontrataków lub uników. Dodajmy do tego ograniczone pole walki, pułapki i dziesiątki pomniejszych przeciwników kąsających nas z każdej strony. W trakcie niektórych potyczek musiałem zrobić dłuższą przerwę, żeby ochłonąć i powrócić z nową energią do walki.

Oczywiście, nie jest to poziom soulsów, ale i tak podobieństwo poszczególnych mechanik nie mogło być przypadkowe. Z drugiej strony, może to po prostu ja reprezentuję zbyt żałosny poziom umiejętności koordynacyjnych.

Ogrom nawiązań do bajkowego pierwowzoru

Podczas zabawy niezmiernie cieszył mnie fakt, że twórcy nie poszli drogą na skróty. Każda postać i każda lokacja jest karykaturalnym odbiciem ich pierwowzorów z książek. Coś wspaniałego!

Swoją drogą, nasuwa mi się tutaj kolejne skojarzenie do gry Telltale Games pt. The Wolf Among Us – w tym przypadku twórcy zastosowali bliźniaczy chwyt, przenosząc bohaterów z baśni do prawdziwego świata pełnego przemocy i mroku. Pomysł ten spodobał mi się tak bardzo, że wciąż z niecierpliwością oczekuję drugiej odsłony opowieści o Złym Wilku.

Oczywiście, biorąc pod uwagę, jak wyglądały pierwsze wydania baśni braci Grimm, nie jest to znowu wielkie odkrycie, ale pomysł z uczłowieczeniem baśniowych bohaterów i odarcie ich z całej baśniowej świętości uważam za fenomenalny zabieg, wprowadzający do świata gier potężny podmuch świeżości. Motyw ten wykorzystało też CD Project RED w Krwi i Wino – kto grał, ten wie, o co chodzi.

Przyjemnie jest popatrzeć na zamek Królowej Kier lub Fortecę Drzwi ukazane w formie popadających w ruinę budowli oraz na ogarniętego szaleństwem Kapelusznika. Kapitalnie też został ukazany Kot z Cheshire, któremu dodano niemal diabelskiego wyglądu. Zresztą, zerknijcie sami:

Podsumowanie

Reasumując, jeśli szukacie gry, która pochłonie Was na kilkanaście godzin i zapewni nutkę adrenaliny – to Alice: Madness Returns będzie doskonałym wyborem. Tytuł ten ogracie m.in. dzięki usłudze Xbox Game Pass, ale niestety będziecie musieli się obejść bez spolszczenia. Na szczęście, gra nie obfituje w ściany tekstu, więc do zrozumienia całości wystarczą zaledwie podstawy znajomości języka angielskiego.

Alice: Madness Returns to naprawdę kawał świetnej gry. Żałuję, że dorwałem się do niej dopiero teraz. Cieszę się też, że twórca poprzednich odsłon – American McGee, nadal pracuje nad kontynuacją serii, czyli Alice: Asylum. Liczę, że podobnie, jak poprzednia część, tak i następna będzie trzymała ten sam (lub wyższy!) poziom. I, cóż, jak tylko emocje opadną biorę się za kolejny tytuł z mojej „półki wstydu”.

Do poczytania wkrótce!